Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Biblioteka Arterii. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Biblioteka Arterii. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 24 maja 2011

Konrad Ciok, "Mamałyga".


Upalnie, coraz upalniej. Dopiero wieczorem w piwnicy można odetchnąć. Pogadać po staremu, poczytać ja dawniej, kiedy za małym oknem groźny wiatr ciskał mrozem.
Dziś w piwnicy trzymam w ręku książkę Konrada Cioka „Mamałyga”. Dobre wiersze na upalne dni. Autor podzielił książkę na dwie części.
Druga część to przede wszystkim wspomnienia z dzieciństwa. W narracyjnych, obszernych wierszach Ciok chciał zawrzeć wszystko, czego posmakował, zobaczył, co poczuł zmysłami. Smalec, cebula z jabłkiem, wątróbka, boczek, fasola, chleb z cukrem maczany w wodzie. Czyli taka wieś, rozumiecie. Wsi sielska, wsi wesoła. Taka natura. Przy okazji sam sobie powspominałem i ucieszyłem się, że chleb w wodzie maczany z cukrem, smalec i wątroba, to coś, co przydarza się również poetom. Pojechałem do teściowej i popiłem mleka, zsiadłego również, śmietany, kartofli, jajek. Odbiło mi się jedynie zapachem. Konradowi C. odbiło się wierszami.
Trzymałem książkę i utwierdzałem się w przekonaniu, że żyję w dobrym miejscu tej ziemi. Można tu tanim kosztem tyć. Daleko tu do artystów, wielkich galerii handlowych, kin, itede. Do wierszy też tu daleko. Nikt tego nie czyta, każdy raczej w głowę się puka. Może to i lepiej.
Tak myślę sobie trzymając książę Cioka, że tu gdzie jestem można jeszcze poczuć się jak 30 lat temu. Muzycy zamknięci w piwnicy grają coś czego nikt nie rozumie. Poetów nie ma, nie ujawniają się, ewentualnie w piwnicy ktoś coś mruknie. Cisza i spokój. Emerytura.
Okładka książki: ręce dotykające ziemi. Książka jest bliska ziemi, tego co ziemia wydała łącznie z Konradem Ciokiem.
Debiut tego poety pozwala myśleć, że autor jeszcze poszukuje. W końcu nie widać w „Mamałydze” drogi poetyckiej. To pozbierane z pamięci obrazy, sprawnie zweryfikowane. Nie zdziwiłbym się, gdyby Ciok zrezygnował z pisania wierszy, w końcu przecież każdemu znudzi się opisywanie pamiątek z dzieciństwa. Chyba że zrobi z tego pasję, temat życia.
Zdjęcie autora zamieszczone w książce pozwala przypuszczać, że zajmuje się fotografią (taki ogolony w czarnych okularch robi zdjęcie lustrzanką pewnie. Okulary radziłbym zdjąć do takiej czynności, czy to nie ma znaczenia?). To szukałem w tych wierszach zdjęć słowem pstrykanych. Nie ważne czy znalazłem. Nie ważne czy Ciok będzie jeszcze pisał. Ale trzymam kciuki.
I czekam na wiersze, które podejmują temat daleki od dzieciństwa. Ale jaki? Sam nie wiem. Co może być tematem współczesnej poezji prócz dzieciństwa?



Fiszbin

Od opisu wody,
zrogowaceń i ciepłej krwi
toczonej jak ropa
przejść delikatnie
do fałdek tłuszczu na twoim udzie.

Zrobić kilka śmiałych fotografii,
odłożyć aparat.

Wszystko tu bezchmurne.
Otrąbić światu tę dobrą wiadomość.



Konrad Ciok, „Mamałyga”, Biblioteka Arterii, Łódź 2010



piątek, 22 kwietnia 2011

Michał Murowaniecki, "Spięcie"


Słońce wylazło niespodziewanie. Wyprałem grubą kurtkę, by połazić jeszcze w niej, kryć gnaty przed surowym wiatrem a tu słońce pokazało swoją bladą dupę. Czuję się jakby przez nie ktoś patrzył na mnie jednocześnie mnie oślepiając, bym nie skumał kto tak lampi się we mnie. Sprytnie by to było urządzone, sprytne szpiclowanie.
Skoro na zewnątrz cieplej się zrobiło, to i wieczory w piwnicy już rzadsze, bo człowiek to zwierze, które wraz z owadami opuszcza gniazdo, gdy tylko ciepły wiatr zawieje. Pleanerowa pogoda kusi.
Dziś przed słońcem ratuje mnie Michał Murowaniecki książką „Spięcie”. Wystarczyłoby powiedzieć, że książkę jednak coś łączy z książkami Cioka i Orlińskiego, czyli pozycjami wydanymi w Bibliotece Arterii w 2010 roku. To przede wszystkim wrażliwość na otoczenie, w którym poeta się znajduje, Próbuje je opisać poetyckim sznytem jakby to miało coś zmienić. No i właśnie. Mam wrażenie, że książka Murowanieckiego nie została napisana w myśl jakiejś idei. Poeta pisze, bo lubi świat słowa. Tak wymyślił siebie, taki ma pomysł, by w świecie, na który się nie prosił funkcjonować jako poeta.
Przecież ta książka nie jest ani kontrowersyjna, ani nawet wyjątkowa pod względem języka, rekwizytów jakimi się posługuje. A jednak przyciąga uwagę. To jej duża zaleta. I zawsze tak jest, kiedy autor pisze lekką ręką.
Niebezpieczeństwo takiego poetyzowania polega na tym, że kiedy poecie wiersze wychodzą jak pewnemu znajomemu włosy, to w końcu będą podobne do siebie, rozmyją się, staną się masą białych niewolników w rękach czytelnika, który będzie mógł sobie o nich mówić, co mu się spodoba. A chodzi jednak o to, by to wiersze górowały nad czytelnikiem, by były jednoznaczne, silne i agresywne. Wytrenowane i zawsze gotowe do konfrontacji.
Na szczęście Murowanieckiemu nie grozi stanie się wychudzonym brandzlusiem poezji. Wie czego chce, pisze. Notuje to, co mu utkwiło w pamięci: głos Nelly Furtado, świerszcz nad lustrem, pługi. Rejestruje ołówkiem niczym mózg okiem. Czepia się wszystkiego, co odbierze zmysłami. Nie zawsze mogę sobie w wyobraźni odwzorować, to co bohater tych wierszy widzi, odczuwa. Może to kwestia warsztatu albo mojego sposobu widzenia tych rekwizytów. Dość powiedzieć, że przykuwa uwagę. Że poeta znalazł sposób na płodzenie wierszy. Sam przyznaje w wierszu „Backspace”:

Mógłbym tak o sinych korytarzach i owadach na suficie,
O atomach powietrza odklejonych od lamperii.


Trudno przy tym powiedzieć o czym jest zestaw tych wierszy. Już po wierszu „Grań” odniosłem wrażenie, że istniej on sam dla siebie, jakby znalazł się tu przypadkowo. Ta książka to piwnica z klamotami, do której człowiek donosi kolejne znalezione dziwactwa, resztki wydalone przez podwórka, kuchnie, strychy. Zresztą, nawet poszczególne wiersze nie mogą się zdecydować, co chcą powiedzieć. To specyficzne podejście do wiersza: pozwolić mu płynąć według własnego uznania, niech zmienia bieg, kierunek. Jak w cytowanym wierszu „Backspace”. Bohater wiersza najpierw mówi o szpitalu (ciekawie, efektownie) potem powraca wspomnieniami do pasztetu jedzonego z ojcem. Niby takie tam, byle co, byle jak. No nie, nie byle jak. Te wiersze są jak dni. Nie wiadomo, dokąd zawiodą, czym się skończą.

Jest ciepły wieczór. Kusi, by pobrać konkretną dawkę rozbujawkujającej cieczy w plenerowych warunkach. Słyszę jednak kroki kogoś, kto ma ochotę na ogórki kiszone, które nie są puste w środku, w tym roku wyszły chrupiące i soczyste ( he, w tamtym). Nie wyjdę stąd. Nie wyjdę stąd chyba nigdy.


GRAŃ

Niech zmęczenie ogranie wszystkie nasze drogi
Jacek Bierezin


Okazuje się, że chowamy przepaść w ustach, że jutrzejsza
Spowiedź będzie bryłką lodu w gardle. Kartki wypełniają

Każdą kieszeń spranej kurtki. Znaki drogowe zaczynają kłamać.
Oraz dłuższe wersy, szosy wyludnione, poszarpane wiatrem.

Tyle rzeczy gdzieś pozostawionych; godziny, które wypadły
Z przedziału. Przespane krańcówki. To zmęczenie, ta ukochana

Podróż. Ta częstotliwość drgań.


Michał Murowaniecki, "Spięcie", Biblioteka Arterii 2010

wtorek, 29 marca 2011

Marcin Orliński, "Parada drezyn"


W „Paradzie drezyn” Marcina Orlińskiego znalazłem dla siebie kilka żywych obrazów pochodzących z dzieciństwa. Przypomniałem sobie kumpli z 15-go Grudnia dzisiejszej Piastowskiej: Rolans ( dziś Manolo, rzadko, ale można go spotkać w mojej piwnicy), Lolo, Siwy, Jacek. Widziałem budowę domu towarowego, która trwała całe moje dzieciństwo. Tam spędzaliśmy większość czasu a trzeba wiedzieć, że w domu bywaliśmy tylko podczas posiłków. Nikt nie bawił się z mamusią i tatusiem. Zabawa w wojnę, zawody w skoku w dal, piłka – to nasze dzieciństwo.
Co pamięta Marcin Orliński? Brudny chlebak, w którym chowano słodycze, pieczone ziemniaki, miedzianego konika bez nogi. I tym podobne szczegóły, których autor używa, by powiedzieć, że trudno jest odnaleźć tamten czas, tamten wiatr. Brzmi banalnie, ale tylko w moich palcach wystukujących tę zachętę do czytania wierszy Orlińskiego.
Książka podzielona na trzy akty: 1. „Lato, wściekłe lato”, 2. „Zwrotnice”, 3. Ślady po stopach” już pierwszymi wierszami wprowadza nas w stan niepewności. Czytelnik prowadzony przez korytarze wspomnień nie wie dokąd dotrze. Bezpośrednie zwroty do mnie: „Wyobraź sobie lato jako wnętrze łodygi …” uświadamiają mi, że to nie tylko sprawa autora. Być może Orliński zna jakąś uniwersalną prawdę i wie jak do niej dotrzeć?
Oczywiście nikt mnie nie zaprowadzi do żadnej prawdy. Ale towarzystwo jest ciekawe, intrygujące. Tematy poruszane podczas podróży rzeczywiście na chwilę pozwalają patrzeć na autora jak na kogoś kto wie o mnie nieco więcej niż ja sam.
Wspomnienia z dzieciństwa, ten świat, który w książce ożywa nie istnieje sam dla siebie. Poeta zdaje się pytać co dalej, gdzie teraz szukać siebie tamtego, gdzie szukać tego, co w nas prawdziwe, nieskalane. Ach, ta tęsknota za szczerością, za sobą!
Książka Marcina Orlińskiego należy do tych, które najlepiej sprawdzają się w czytaniu, nie zaś w dyskutowaniu o nich. Nazbyt jest wyraźna, oczywista to złe słowo, zbyt konkretna to tez złe słowo, bo konkret rozmywa się tu jak jak straszny sen nad ranem, po śniadaniu.
Mam duże szczęście, że mogę czytać „Paradę drezyn”. Wiecie do czego służą Google? Oczywiście, do wyszukiwania. Proszę wpisać tam: Marcin Orliński+Parada drezyn. Może ktoś was lubi i sprzeda ten wysublimowany świat.
Uwaga!

LISTY Z ISLANDII

Magdzie

Trzeba szukać świata na jego obrzeżach,
wśród mchu. Tam, gdzie rosną grzyby o nieznanych
nazwach, zapisano śmierć naszych bliskich, Twój
kolorowy kącik z rodzinnego domu, kudłate łby
tamtych zwierząt. Wiem o tym doskonale,
choć nie wierzę w kołowroty pamięci absolutnej.

Te wszystkie epoki, geologiczne skorupy gdzieś tam są,
majaczą. Szkoda czasu na przeglądanie książek
telefonicznych, ważenie w dłoni cyrkla, kserowanie
listów. Lepiej zanurzyć twarz w lustrze. Wino i krew
to oblicza tego samego wysiłku, tej samej tężni,
której na imię chwila.


Marcin Orliński, „Parada drezyn”, Bibiloteka Arterii, Łódź 2010

środa, 9 marca 2011

Marciusz Moroń, "Pali zalewa burzy"


Czego szukać? Co jeszcze może zaskoczyć. Pewnie każdy krok. Każda książka? No, nie każda. Wygrzebałem z piwnicy książkę Moronia. Usiadłem na skrzypiącym krześle i czytałem. Czytam do teraz i nie wiem, co myśleć. Jedno jest pewne: ten autor potrafi mnie zaskoczyć. Nagłe zwroty "akcji" w jego wierszach rozszerzają oczy. To jak samochód, który pojawia się nagle, z zaskoczenia naprzeciw twojego i nie wiesz, w którą stronę skręcić, co zrobić. Słów cięcie gięcie, żeby odwołać się do pewnego programu - tu ma swoje spełnienie. Polecam!



DMIE


twe dobre intencje źle o tobie świadczą

jeśli nie ma boga, gdzie jest mój księgowy? tu

skorupka na pięcie obraca się w kurę, które

to zaduszki, zadośćuczynienia? o!


jakże radośnie tym pustynnym ściegiem nacieramy

skronie nasze powszechnego wzruszenia. świtat

się ściera z czasem. tylko z czasem. nawet.


ŚWIĘTY PLANKTON


śniadanie naprzeciwko obiadu. kolacja się zapomina

zupa z wczoraj mydli oczy; zpleśniałe ogryzki

ogryź mnie z mięsa, a zostaną płucka. pół cacka

to nie całkiem cacko. fajka, jak mówił znajomy


jonasz podrzucając przepis. albowiem brzuch

wieloryba nie trawi współczucia jeno plankton,

szłyszysz! dla jednych plan to dla innych woda

po kądzieli rowek. płytki. woda po


Marciusz Moroń, "Pali zalewa burzy", Biblioteka Arterii, 2009

niedziela, 6 lutego 2011

Piotr Gajda, "Zwłoka". Lizanie brudnych ścian.


Nowej książki Piotra Gajdy byłem bardzo ciekawy. Wszystko za sprawą „Hostelu” – pierwszej książki, w której autor pokazał mi świat, jakiego do tej pory w poezji nie widziałem. Świat pustych pomieszczeń, w których przedmioty nie mają właścicieli, świat pozbawiony ludzi. Otoczenie „Hostelu” najkrócej rzecz ujmując było zniszczone, brzydkie pełne „wygłodniałych zlewów”, „łusek w wannie”, ‘rozgrzebanych pościeli jak brudny śnieg u podnóży gór”.

Druga Książa Piotra Gajdy „Zwłoka” pokazuje świat jeszcze bardziej zapleśniały. Tyle, że oczy opisującego wyszły z pomieszczeń, widzą, co się dzieje na zewnątrz. To jednak pierwsze wrażenie, które zmienia się wraz z kolejnymi wierszami. W końcu zaczynam mieć wątpliwości. Oczy są na zewnątrz? A to:

Nie wiem nic o podróżach tropikalnych owoców. W chłodni,

w ukryciu przed słońcem, na oślep.

(Świat)

Pozostaje mi rozumieć, że bohater liryczny wymyka się czasem z klaustrofobicznego, dusznego siebie i stawia niepewne, pełne lęku sapera kroki po świecie. To co widzi nie napawa radością, optymizmem.

Cała książka sprawia wrażenie zapowiedzi nieszczęścia, zbliżającego się końca cywilizacji. Czytając „Zwłokę” widziałem przestrzenie z filmu „Mad Max” z Melem Gibsonem, ale to tak bardzo na marginesie.

Te bezkompromisowo brzydkie i dosadne wiersze sprawiają wrażenie podróży, jaką autor odbywa w malignie. Jego wyobraźnia zdaje się wymuszać z siebie obrazy rozkładu, wyciskać je podczas zatwardzenia spowodowanego nieznanym mi urazem. Forma która powstaje – czarno na białym, jest imponująca. To jak monumentalna rzeźba będąca zapowiedzią końca świata, wykończona z precyzją i fantazją jednocześnie.

Czytelnik tych wierszy ma prawo pomyśleć, że to tylko wizja poety, że to jego wielka kreacja. Ten świat nie istnieje poza umysłem autora. Postacie, rekwizyty w tym świecie nie mają swojego, przyznanego tylko sobie właściciela. Nawet konkretna wizja, olśnienie, natchnienie, pomysł, nie są dane tylko jednej osobie. Widzę w tym ciekawe przesłanie dla potencjalnych czytelników wierszy Piotra Gajdy. „Wy też możecie tak widzieć otoczenie, też możecie mieć takie sny”.

(…) Jeśli kiedykolwiek śnił ci się kundel,

którego obsiadły wrony, to właśnie ten. Ja też go śniłem,

a potem wyminąłem.

(Rozkład jazdy)

Ciekawie wygląda też tytuł tomiku. Jego brzmienie na pierwszy rzut ucha nasuwa myśl o zwłokach, tym bardziej po lekturze wierszy. Można się z tym zgodzić. W tak zepsutym świecie znajdzie się miejsce dla zwłok. Stawiam jednak na opóźnienie, na niewykonanie w terminie jakiegoś zadania. Czytam te wiersze i nie rozumiem tylko, o jakie zadanie może chodzić. Może to wiersze pisanie dawniej? Może pisane teraz, ale wyrwane przeszłości. Być może kluczem do odpowiedzi na to pytanie są piersze słowa w pierszym wierszu książki: "Zawieszony pomiędzy zamiarem a skokiem". Cały wiersz "Prawidła" jest jak pytanie o sposób podróży, w którą nas zabiera autor, sposób lub cel. Może rzeczywiście jest to jeszcze zwłoka. Najlepsze dopiero przeczytamy, zobaczymy, usłyszymy.

Proponuję jednak nie patrzeć na „Zwłokę” tylko przez pryzmat zepsutego świata doczesnego. To wiersze próbujące również odwzorować niezwykle skomplikowany umysł ludzki. Bohater tych wierszy zdaje się mieć ciągle powracające kłopoty z tożsamością. Nadal pręży się, by odnaleźć swoje miejsce. Zadaje z pozoru absurdalne pytania, które jednak w jego świecie rosną do miana fundamentalnych, bo pytają o drogę do szczęścia, zadowolenia, o drogę do siebie.

Z czyjej skóry zrobiono buty, które mnie tutaj przyniosły?

Wyszedłem do ogrodu zrywać jabłka, a obudziłem się

we własnych wnętrznościach.

(Raj utracony)

Wiersze Piotra Gajdy to wytrawna poezja. Będziecie do niej wracać albo odrzucicie ze wstrętem. W wywiadzie dla portalu WWW.reymont.pl autor przyznaje, że chciał stworzyć coś „podprogowo brzydkiego”. Udało mu się, tym bardziej, że uniknął kiczu, pozerstwa. Czytając te wiersze, nie będziecie mieli wrażenia, ze poeta się zgrywa. I pewnie może to być od początku do końca kreacja, ale przetrawiona w trzewiach i sercu poety. Takie wrażenie sprawia ta liryka.

W tym samym wywiadzie Maciej Robert pyta autora, czy nie bał się uderzenia ze strony Rafała Wawrzeńczyka, który swego czasu obśmiał wiersze Joanny Lech sprowadzając je do wymyślonej przez siebie formuły „wierszy somatycznych”. Piotr Gajda nie powinien się bać niczego ze strony jakichkolwiek krytyków, tym bardziej, że krytyk literacki nie ma najmniejszego prawa wymagać, by autorzy spełniali jego wymagania estetyczne. Nie wiem czy zaliczyć „Zwłokę” do „wierszy somatycznych”, ale jeśli tak, to lubię „wiersze somatyczne”. To że w duchu „somatycznym” wiersze powstają, nie musi być oznaką braku talentu ze strony poetów. Może czytelnik jest bardzo somatyczny. Może wychowujemy się w świecie somatycznym. Ciekawe, że w tak „zgadżeciałym”, elektronicznym świecie krytycy literaccy skojarzeń, porównań szukają w biologicznym aspekcie życia człowieka. Tylko dobrze.

My też wpiszmy się w bardziej naturalny nurt i kupmy książkę Piotra Gajdy w formie papierowej, nie czekajmy na jej wersję elektroniczną. Być może, nie wierze w takie rzeczy, ale być może woń papieru pobudzi jeszcze bardziej nasze zmysły podczas czytania „Zwłoki”.

Dziś poczytajmy na pulpicie.

REWERS

Przepowiesz mi śmierć? Mysz skradającą się

pod sprężynami łóżka, której zamarło serce,

jakby na drodze stała kotka, która karmi kocięta?

Tego samego dnia słońce zsunie się z dachu

i ujrzę przyszłość w lustrze z wrzącej miedzi.

Ostudzę mleko i przez okno przyjrzę się piołunom

na wzgórzu. Wespnę się na parapet.

Ukryję głowę w ramionach, tuż przed trzaśnięciem

szwów, które łączą mnie z żywymi. Zanim w grzbiet

wbije się pazur.

SZYB

Mam to na ciemnych kliszach. Idę sam przez krematoria.

Wy żyliście na ziemi niczyjej, nie było potrzeby jej palić.

Hodowaliście rośliny o gorzkim smaku. Przypominały płynne

szkło. Byliście jak świder, dobywaliście ze mnie grudkę soli

i saletry. Zanurzaliście echosondy, napotykały stojącą wodę.

Lustro tak ciemne i głębokie, że pochłaniało noc.

Piotr Gajda, „Zwłoka”, Stowarzyszenie Pisarzy Polskich Oddział w Łodzi i Poleski Ośrodek Sztuki w Łodzi, Seria: Biblioteka Arterii, Łódź 2010



niedziela, 23 stycznia 2011

Prawie jak w piwnicy. Piotr Gajda, "Hostel".


W starej szafce, w której kiedyś trzymaliśmy cukier, mąkę, kasze, ryż znalazłem książkę z wierszami Piotra Gajdy „Hostel”. Pamiętam ją dobrze, czytałem do szczypania oczu. Czytałem ją znajomym, zwracając uwagę na chłód, ciemność i wilgoć, jaka wyłazi na ścianach, kiedy zaczniesz ją czytać. Zacznij. Książka pochodzi z roku 2008.Rok przeleżała w szafce. Najprawdopodobniej mnie w końcu znudziła albo nie uwierzyłem poecie. Jerzy Jarniewicz wypowiedział się na jej temat bardzo dobrze: „To uważnie skomponowany debiut.” Jarniewicz zauważył też, że w książce Gajdy„zostaje powołany do życia świat nieograniczony, podległy nieustannym przemianom”. I dobrze, bo świat, który się nie zmienia nie jest światem. Cóż,hostel to taki hotel, w którym można zastać lodówkę z napisem free food, jako tako przemieszkać kilka dni i jechać dalej albo wracać. W hotelu, który założył Piotr Gajda jest jak w mojej piwnicy prawie, co oczywiście robi wielką różnicę. Jak w wierszu„Hydraulika”:



Powietrze gęstnieje. Jest wodą, do której dolano

lepkiego soku. Na zewnątrz czerwone niebo,

a jeśli to morze?

(Hydraulika)



Poeta wyznaje, żebrak mu odwagi, żeby wymyślić plażę, zatem nie będzie żadnego morza. Nie ma nadziei na atrakcyjnie spędzone święta albo wakacje, bo nie starcza człowiekowi odwagi, by kreować obok siebie swój świat.

W tym miejscu czytanie przerwała moja żona, która zadzwoniła do mnie z pytaniem, kiedy wreszcie zamontuję ten plafon, co ma świecić w łazience. Odpowiedziałem, że muszę pomyśleć, jak to zrobić, ale nie teraz, bo tu nie myślę o plafonie, ale o książce Gajdy, bo mam bloga i chcę w nim zamieścić post na temat „Hotelu”. A oczy moje ujrzały wersy:



Słychać – sąsiedzi grzechoczą kośćmi,

fundamenty domu ogarnia kaszel. Z naszych

ciał ulatnia się ciepło. Kto za nie zapłaci?

(Sezon grzewczy)



Bardzo dobrze się czyta ten tomik w piwnicy, która służy za miejsce, w którym człowiek przechowuje rzeczy niepotrzebne albo przynajmniej co do, których nie wie, kiedy się przydadzą. Są tu też rzeczy na sprzedaż. Mamy również trochę jedzenia.Wszystko zamknięte w słoikach albo w workach, ewentualnie w kartonach i starych szafkach.

Są w tej książce obrazy zaskakujące:



Opłatek to gruda białego piasku nad ciemnym

stawem, łacha na rzece.

(Trzynaście potraw)



Nie brakuje też sformułowań, którymi jestem, byłem zmęczony już dawno temu, powiedzmy: Drzwi i okna szczerzą się/ w uśmiechu,pokazują gardło. Na szczęście po tej animizacji następują słowa: Uderz w stół,/ a nożyce wytną ciszę spomiędzy firanek

I pajęczyn. Ale i to powoduje jedynie, że robi się lekko weselej. Bo i wiersz dzięki puencie jest raczej frywolny.

Mimo około 40wierszy mieszkających w „Hotelu” czuje się tu pustkę. Jakby nikogo nie było,jakby wszyscy pomarli. To nie zarzut. Całkiem tu przyjemnie, chociaż nie słodko, bo nie ma tu nikogo, kto mógłby posłodzić. I tylko autor przemawia głośno: Chcę żyć, jeść sól, zapełniać piwnice kartoflami/ i węglem(…).

Czy chciałbyś zamontować plafon? Taki co świeci?



Piotr Gajda,„Hostel”, Stowarzyszenie Pisarzy Polskich Oddział w Łodzi i Miejska Biblioteka Publiczna w Tomaszowie Mazowieckim, Seria: Biblioteka Arterii, Łódź 2008.
Marcin Włodarski (18:42)