Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Piotr Gajda. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Piotr Gajda. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 13 lutego 2011

Facet z sześcioma wierszami. Wywiad z Piotrem Gajdą.


Marcin Włodarski: Poetów debiutujących zaraz po liceum jest coraz więcej. Nie wpisujesz się w ten "trend". Dlaczego tak późno? Po czterdziestce?

Piotra Gajda: No tak, aż do roku 2000 powtarzałem za moim ulubionym Wojaczkiem: „Ty mogłeś być poetą. Ale ciągle „nie”/ Uparcie powtarzając dziś nie wiesz, / kimś jest”. A przecież, jeszcze w drugiej połowie lat osiemdziesiątych Marek Garbala na warsztatach literackich we Wrocławiu, na które dojeżdżałem w czasie służby wojskowej z Poznania, po przeczytaniu jednego z moich tekstów publicznie rzekł: „I mamy tu wiersz”. Tym kategorycznym stwierdzeniem poniekąd „namaścił mnie” na poetę i w dodatku wystawił mi ustne, bo ustne, ale jednak świadectwo. Nie mogę w tym miejscu przecenić także roli mojego przyjaciela i poety Krzysztofa Kleszcza, który mnie, „dumnemu” laureatowi kilku lokalnych konkursów poetyckich otworzył oczy ( a było to w roku 2007) na poezję bardziej ambitną od tej, którą zachwycały się zasiadające w jury emerytowane polonistki przyznające mi w lokalnych konkursach pierwsze miejsca i stosowne puchary. Niedługo po tej drugiej dacie już razem wybraliśmy na spotkanie z ludźmi, którzy postanowili założyć Koło Młodych Pisarzy przy SPP w Łodzi. I tak w wieku czterdziestu jeden lat zostałem „młodym pisarzem”. Dlaczego tak późno? Pozwolisz, że odpowiem na to pytanie posługując się cytatem z Kierkegaarda: „Konieczność bycia kimś innym, niż się jest, stanowi dla człowieka źródło najgłębszej rozpaczy”. Przez tzw. „wyższe, życiowe konieczności” długo bywałem kimś innym, niż poetą. Za długo, bo przecież tak naprawdę jestem sobą dopiero wtedy. Życie i cała reszta to niejako przeszkoda, którą za każdym razem muszę od nowa pokonywać, żeby zachować w sobie tamtego chłopca, który przed laty po raz pierwszy „zachłysnął się” wierszem.

M.W.: Twoja poezja jest dowodem na to, że warto poczekać z debiutem. Co w Tobie kiełkowało - miłość do świata czy nienawiść?

P.G.: Nie wiem, czy aby na pewno jest to dowód, którego nie da się obalić. Nie jestem najlepszym obrońcą swoich wierszy – ich obiektywna wartość jest mi subiektywnie nieznana. Zauważyłem, że w drugiej części swojego pytania zawarłeś jedynie dwie możliwe odpowiedzi, dlatego muszę w tym miejscu powtórzyć za Cioranem: „Jeśli jestem coś wart, to tylko dzięki temu, co mnie oddziela od świata”. W tej chwili, kiedy myślę nad właściwą odpowiedzią jestem przekonany, że z jednej strony jestem optymistą zaciągającym długoterminowy kredyt w banku i posiadającym własne dzieci, z drugiej jednak strony dosyć często nie chce mi się pełnić wobec świata jakichkolwiek powinności.

M.W.: Ja odczytuję Twoją poezję jako swego rodzaju oskarżenie świata o jego brzydotę. Mylę się?

P.G.:
Brzydota to jedna z cech nas samych. Stąd oskarżanie świata staje się oskarżeniem kierowanym przeciwko sobie. Ja nikogo i niczego nie oskarżam – w takim samym stopniu odpowiadam za wygląd świata jak i za mój pogląd na jego temat. Sam przecież „jestem światem”, sztuka w tym, żeby być nim dla kogoś jeszcze lub odnaleźć coś absolutnie istotnego w jego (swojej) brzydocie. Właściwie postawić pytanie: co chcę (co mogę) z niej wydobyć na światło dzienne – diamenty, ropę, a może torf, robaki, spróchniałe kości?





M.W.: Czy ludzie są bliżej niedoskonałości zwierząt, czy raczej niezaprzeczalnie jesteśmy istotami, które zostały wyposażone lepiej.

P.G.:
Zarówno my jak i zwierzęta zostaliśmy wyposażeni w ból, strach, głód, radość i sen, ta sama czeka na nas śmierć. To, że akurat jesteśmy dominującym na Ziemi gatunkiem jest poniekąd naszym przekleństwem. Musimy coś jeść, chronić siebie i naszych bliskich przed chłodem, rozmnażać się. Dominując decydujemy o tym, który gatunek zwierząt będziemy hodowali i zabijali a któremu pozwolimy żyć na wolności. Mają świadomość tego, że to ludzie wymyślili i przeprowadzili holocaust „trudno jest być bogiem”. Pewnym pocieszeniem jest myśl, że i wobec nas Bóg bywa często okrutny w sposób zupełnie niezrozumiały. Niezrozumiały bywa jego plan…

M.W.: W Twoich wierszach człowiek otoczony jest destrukcyjnymi siłami przyrody i zwierzętami niosącymi znamiona rozkładu - tak to widzę. To tylko poetycka wizja? Może jest w tym ostrzeżenie?

P.G.:
Poezja nie ma dziś takiej siły, żeby kogokolwiek przed czymkolwiek ostrzegać. Pod jej sztandarami maszerują nieliczni. Towarzyszący moim wierszom rozkład (ciała, pomieszczeń, jazdy) to tylko metafora, wydaje mi się ona być najbliższa tkwiącej we mnie prawdzie, która w takim samym stopniu jest kreacją co światem, jego odbicie znajduje się we mnie
a jednocześnie to także w miarę wierne odbicie mojego „ja” w konkretnej czasoprzestrzeni.

M.W.: Z Krzysztofem Kleszczem prowadzisz blog "Biała fabryka". Skąd pomysł, by zajmować się poezją. Masz na to czas?

P.G.:
Prawda, że to niedorzeczne? Dwóch dorosłych mężczyzn zajmujących się poezją. Widzisz, cała przyjemność w tym, że robisz coś, co dla wielu żyjących obok ciebie ludzi nie przedstawia żadnej wartości. A więc robisz coś tylko dla siebie i w swoim egoizmie jesteś najprawdziwszy. Na to nie szkoda czasu. To naprawdę niezła motywacja.

M.W.: Na koniec. Piszesz dalej? Twoja poezja ewoluuje?

P.G.:
Staram się pisać. Od czasu ukończenia drugiej książki w lipcu ubiegłego roku, napisałem sześć nowych wierszy. Kiedy napiszę następnych dwadzieścia pięć, poszukam wydawcy i opublikuję je razem z tymi sześcioma. Wtedy wyślę ci nową książkę, a ty mi to powiesz. Ode mnie nie oczekuj odpowiedzi, bo ja tego nie wiem.

M.W.: Dziękuję za rozmowę. Czekam na Twoją nową książę, oby ujrzała światło dzienne jak najszybciej. Trzymaj się.


Piotr Gajda - poeta, autor dwóch książek poetyckich: "Hostel" i "Zwłoka". Prowadzi wraz z Krzysztofem Kleszczem blog Biała Fabryka.

niedziela, 6 lutego 2011

Piotr Gajda, "Zwłoka". Lizanie brudnych ścian.


Nowej książki Piotra Gajdy byłem bardzo ciekawy. Wszystko za sprawą „Hostelu” – pierwszej książki, w której autor pokazał mi świat, jakiego do tej pory w poezji nie widziałem. Świat pustych pomieszczeń, w których przedmioty nie mają właścicieli, świat pozbawiony ludzi. Otoczenie „Hostelu” najkrócej rzecz ujmując było zniszczone, brzydkie pełne „wygłodniałych zlewów”, „łusek w wannie”, ‘rozgrzebanych pościeli jak brudny śnieg u podnóży gór”.

Druga Książa Piotra Gajdy „Zwłoka” pokazuje świat jeszcze bardziej zapleśniały. Tyle, że oczy opisującego wyszły z pomieszczeń, widzą, co się dzieje na zewnątrz. To jednak pierwsze wrażenie, które zmienia się wraz z kolejnymi wierszami. W końcu zaczynam mieć wątpliwości. Oczy są na zewnątrz? A to:

Nie wiem nic o podróżach tropikalnych owoców. W chłodni,

w ukryciu przed słońcem, na oślep.

(Świat)

Pozostaje mi rozumieć, że bohater liryczny wymyka się czasem z klaustrofobicznego, dusznego siebie i stawia niepewne, pełne lęku sapera kroki po świecie. To co widzi nie napawa radością, optymizmem.

Cała książka sprawia wrażenie zapowiedzi nieszczęścia, zbliżającego się końca cywilizacji. Czytając „Zwłokę” widziałem przestrzenie z filmu „Mad Max” z Melem Gibsonem, ale to tak bardzo na marginesie.

Te bezkompromisowo brzydkie i dosadne wiersze sprawiają wrażenie podróży, jaką autor odbywa w malignie. Jego wyobraźnia zdaje się wymuszać z siebie obrazy rozkładu, wyciskać je podczas zatwardzenia spowodowanego nieznanym mi urazem. Forma która powstaje – czarno na białym, jest imponująca. To jak monumentalna rzeźba będąca zapowiedzią końca świata, wykończona z precyzją i fantazją jednocześnie.

Czytelnik tych wierszy ma prawo pomyśleć, że to tylko wizja poety, że to jego wielka kreacja. Ten świat nie istnieje poza umysłem autora. Postacie, rekwizyty w tym świecie nie mają swojego, przyznanego tylko sobie właściciela. Nawet konkretna wizja, olśnienie, natchnienie, pomysł, nie są dane tylko jednej osobie. Widzę w tym ciekawe przesłanie dla potencjalnych czytelników wierszy Piotra Gajdy. „Wy też możecie tak widzieć otoczenie, też możecie mieć takie sny”.

(…) Jeśli kiedykolwiek śnił ci się kundel,

którego obsiadły wrony, to właśnie ten. Ja też go śniłem,

a potem wyminąłem.

(Rozkład jazdy)

Ciekawie wygląda też tytuł tomiku. Jego brzmienie na pierwszy rzut ucha nasuwa myśl o zwłokach, tym bardziej po lekturze wierszy. Można się z tym zgodzić. W tak zepsutym świecie znajdzie się miejsce dla zwłok. Stawiam jednak na opóźnienie, na niewykonanie w terminie jakiegoś zadania. Czytam te wiersze i nie rozumiem tylko, o jakie zadanie może chodzić. Może to wiersze pisanie dawniej? Może pisane teraz, ale wyrwane przeszłości. Być może kluczem do odpowiedzi na to pytanie są piersze słowa w pierszym wierszu książki: "Zawieszony pomiędzy zamiarem a skokiem". Cały wiersz "Prawidła" jest jak pytanie o sposób podróży, w którą nas zabiera autor, sposób lub cel. Może rzeczywiście jest to jeszcze zwłoka. Najlepsze dopiero przeczytamy, zobaczymy, usłyszymy.

Proponuję jednak nie patrzeć na „Zwłokę” tylko przez pryzmat zepsutego świata doczesnego. To wiersze próbujące również odwzorować niezwykle skomplikowany umysł ludzki. Bohater tych wierszy zdaje się mieć ciągle powracające kłopoty z tożsamością. Nadal pręży się, by odnaleźć swoje miejsce. Zadaje z pozoru absurdalne pytania, które jednak w jego świecie rosną do miana fundamentalnych, bo pytają o drogę do szczęścia, zadowolenia, o drogę do siebie.

Z czyjej skóry zrobiono buty, które mnie tutaj przyniosły?

Wyszedłem do ogrodu zrywać jabłka, a obudziłem się

we własnych wnętrznościach.

(Raj utracony)

Wiersze Piotra Gajdy to wytrawna poezja. Będziecie do niej wracać albo odrzucicie ze wstrętem. W wywiadzie dla portalu WWW.reymont.pl autor przyznaje, że chciał stworzyć coś „podprogowo brzydkiego”. Udało mu się, tym bardziej, że uniknął kiczu, pozerstwa. Czytając te wiersze, nie będziecie mieli wrażenia, ze poeta się zgrywa. I pewnie może to być od początku do końca kreacja, ale przetrawiona w trzewiach i sercu poety. Takie wrażenie sprawia ta liryka.

W tym samym wywiadzie Maciej Robert pyta autora, czy nie bał się uderzenia ze strony Rafała Wawrzeńczyka, który swego czasu obśmiał wiersze Joanny Lech sprowadzając je do wymyślonej przez siebie formuły „wierszy somatycznych”. Piotr Gajda nie powinien się bać niczego ze strony jakichkolwiek krytyków, tym bardziej, że krytyk literacki nie ma najmniejszego prawa wymagać, by autorzy spełniali jego wymagania estetyczne. Nie wiem czy zaliczyć „Zwłokę” do „wierszy somatycznych”, ale jeśli tak, to lubię „wiersze somatyczne”. To że w duchu „somatycznym” wiersze powstają, nie musi być oznaką braku talentu ze strony poetów. Może czytelnik jest bardzo somatyczny. Może wychowujemy się w świecie somatycznym. Ciekawe, że w tak „zgadżeciałym”, elektronicznym świecie krytycy literaccy skojarzeń, porównań szukają w biologicznym aspekcie życia człowieka. Tylko dobrze.

My też wpiszmy się w bardziej naturalny nurt i kupmy książkę Piotra Gajdy w formie papierowej, nie czekajmy na jej wersję elektroniczną. Być może, nie wierze w takie rzeczy, ale być może woń papieru pobudzi jeszcze bardziej nasze zmysły podczas czytania „Zwłoki”.

Dziś poczytajmy na pulpicie.

REWERS

Przepowiesz mi śmierć? Mysz skradającą się

pod sprężynami łóżka, której zamarło serce,

jakby na drodze stała kotka, która karmi kocięta?

Tego samego dnia słońce zsunie się z dachu

i ujrzę przyszłość w lustrze z wrzącej miedzi.

Ostudzę mleko i przez okno przyjrzę się piołunom

na wzgórzu. Wespnę się na parapet.

Ukryję głowę w ramionach, tuż przed trzaśnięciem

szwów, które łączą mnie z żywymi. Zanim w grzbiet

wbije się pazur.

SZYB

Mam to na ciemnych kliszach. Idę sam przez krematoria.

Wy żyliście na ziemi niczyjej, nie było potrzeby jej palić.

Hodowaliście rośliny o gorzkim smaku. Przypominały płynne

szkło. Byliście jak świder, dobywaliście ze mnie grudkę soli

i saletry. Zanurzaliście echosondy, napotykały stojącą wodę.

Lustro tak ciemne i głębokie, że pochłaniało noc.

Piotr Gajda, „Zwłoka”, Stowarzyszenie Pisarzy Polskich Oddział w Łodzi i Poleski Ośrodek Sztuki w Łodzi, Seria: Biblioteka Arterii, Łódź 2010



niedziela, 23 stycznia 2011

Prawie jak w piwnicy. Piotr Gajda, "Hostel".


W starej szafce, w której kiedyś trzymaliśmy cukier, mąkę, kasze, ryż znalazłem książkę z wierszami Piotra Gajdy „Hostel”. Pamiętam ją dobrze, czytałem do szczypania oczu. Czytałem ją znajomym, zwracając uwagę na chłód, ciemność i wilgoć, jaka wyłazi na ścianach, kiedy zaczniesz ją czytać. Zacznij. Książka pochodzi z roku 2008.Rok przeleżała w szafce. Najprawdopodobniej mnie w końcu znudziła albo nie uwierzyłem poecie. Jerzy Jarniewicz wypowiedział się na jej temat bardzo dobrze: „To uważnie skomponowany debiut.” Jarniewicz zauważył też, że w książce Gajdy„zostaje powołany do życia świat nieograniczony, podległy nieustannym przemianom”. I dobrze, bo świat, który się nie zmienia nie jest światem. Cóż,hostel to taki hotel, w którym można zastać lodówkę z napisem free food, jako tako przemieszkać kilka dni i jechać dalej albo wracać. W hotelu, który założył Piotr Gajda jest jak w mojej piwnicy prawie, co oczywiście robi wielką różnicę. Jak w wierszu„Hydraulika”:



Powietrze gęstnieje. Jest wodą, do której dolano

lepkiego soku. Na zewnątrz czerwone niebo,

a jeśli to morze?

(Hydraulika)



Poeta wyznaje, żebrak mu odwagi, żeby wymyślić plażę, zatem nie będzie żadnego morza. Nie ma nadziei na atrakcyjnie spędzone święta albo wakacje, bo nie starcza człowiekowi odwagi, by kreować obok siebie swój świat.

W tym miejscu czytanie przerwała moja żona, która zadzwoniła do mnie z pytaniem, kiedy wreszcie zamontuję ten plafon, co ma świecić w łazience. Odpowiedziałem, że muszę pomyśleć, jak to zrobić, ale nie teraz, bo tu nie myślę o plafonie, ale o książce Gajdy, bo mam bloga i chcę w nim zamieścić post na temat „Hotelu”. A oczy moje ujrzały wersy:



Słychać – sąsiedzi grzechoczą kośćmi,

fundamenty domu ogarnia kaszel. Z naszych

ciał ulatnia się ciepło. Kto za nie zapłaci?

(Sezon grzewczy)



Bardzo dobrze się czyta ten tomik w piwnicy, która służy za miejsce, w którym człowiek przechowuje rzeczy niepotrzebne albo przynajmniej co do, których nie wie, kiedy się przydadzą. Są tu też rzeczy na sprzedaż. Mamy również trochę jedzenia.Wszystko zamknięte w słoikach albo w workach, ewentualnie w kartonach i starych szafkach.

Są w tej książce obrazy zaskakujące:



Opłatek to gruda białego piasku nad ciemnym

stawem, łacha na rzece.

(Trzynaście potraw)



Nie brakuje też sformułowań, którymi jestem, byłem zmęczony już dawno temu, powiedzmy: Drzwi i okna szczerzą się/ w uśmiechu,pokazują gardło. Na szczęście po tej animizacji następują słowa: Uderz w stół,/ a nożyce wytną ciszę spomiędzy firanek

I pajęczyn. Ale i to powoduje jedynie, że robi się lekko weselej. Bo i wiersz dzięki puencie jest raczej frywolny.

Mimo około 40wierszy mieszkających w „Hotelu” czuje się tu pustkę. Jakby nikogo nie było,jakby wszyscy pomarli. To nie zarzut. Całkiem tu przyjemnie, chociaż nie słodko, bo nie ma tu nikogo, kto mógłby posłodzić. I tylko autor przemawia głośno: Chcę żyć, jeść sól, zapełniać piwnice kartoflami/ i węglem(…).

Czy chciałbyś zamontować plafon? Taki co świeci?



Piotr Gajda,„Hostel”, Stowarzyszenie Pisarzy Polskich Oddział w Łodzi i Miejska Biblioteka Publiczna w Tomaszowie Mazowieckim, Seria: Biblioteka Arterii, Łódź 2008.
Marcin Włodarski (18:42)