wtorek, 28 grudnia 2010

Wojciech Boros, "Złe maniery"




Usiadłem w swojej piwnicy i zapaliłem papierosa. Cisza. Patrzyłem na niedopałki papierosów tonące w słoiku, stare butelki, słoiki pełne i puste. Spokój. Drażniący spokój. Sięgnąłem do worka, pomieszałem, podotykałem sobie zwartość i spośród rożnych zawartości wyciągnąłem książkę. Ech, nie to, nie to. Jeszcze raz włożyłem rękę do worka. Dotknąłem czegoś niewielkiego, śliskiego. Wyciągnąłem. Małego formatu książka z 2008 roku Wojciecha Borosa "Złe zamiary". Chyba nigdy jej nie czytałem. Jeden raz, dwa razy na pewno, ale mi nie wystarczy dwa razy,by zrozumieć. Poczytałem kolejne razy.
Każdy wiersz datowany. Pierwszy napisany w roku 1999 (ile to już lat?Jedenaście?), ostatni z lutego 2006 roku. Gdyby zamiarem autora było ukazanie swojego twórczego rozwoju, to przyznam, że udało się. Już w pierwszym wierszu czytam proste przenośnie, ograny zespół chorobowy przenośni poety, który szuka związku między sobą a słowem pisanym.Przenośnie, które mi w jakiś nieoczekiwany sposób kojarzą się z Baczyńskim: Najwyższe trybunały topoli/ szare drelichy śniegu czy wcześniej kolorową psotnię przedszkolaków/ prowadzą do nieba huśtawek. Zresztą w następnym wierszu nazwisko Baczyńskiego i tak zostaje wywołane z szeregu duchów. Każdy następny wiersz to kolejna historia, która miała miejsce w tym przedziale czasowym 1999 - 2006. Dużo tu wierszy osobistych,uzo córki Wojciecha Borosa. Córka sprawia, że książka staje się bliższa sercu każdemu ojcu. Mnie pewnie też złapała na tą nutę. W końcu dowiedziałem się przecież, że mówiła bieski, kolady. Nie jest to jednak tomik banalny, operujący maskami, sprawdzonymi gestami.To dosyć inwazyjny dla moich zmysłów przemarsz Wojciecha Borosa po miejscach, w których zostawiał kawałki siebie, to znowu szukał siebie.

***
Ochraniam własnym ciałem
zimne instalacje w których skrapla się śmierć
robaczywa noc cieknie mi w oczy
rdza wżera się wszędzie
wszystkie ścieżki dostępu prowadzą do mnie
gwałtownie porzucam ostatnie środki komunikacji
język - pies niewierny przestaje mi służyć

przebijam się kanałami przez pusty Gdańsk
zwykle docieram do granic Wolnego Miasta
na skraj Wątroby

tutaj ścielę Tobie

10. 6. 2002

I tak Boros kombinuje w tej książce, że czytałem ją i czytam nadal. Nie jest to petarda, po której wstać nie można. W końcu tomik składa się z wierszy pisanych na przestrzeni siedmiu lat. Niechby się starał bardzo,to i tak nie uda mu się złożyć w ten sposób książki równej. Za młody jest poeta rocznik 1973, by nie buzowało mu w sercu, nie zmieniało się nic albo zmieniało w żółwim tempie.
Poczytajmy:

***

Prowadzimy niedrogie
dobrze zafoliowane życie
regularnie odprowadzamy VAT
na wszystko mamy pieczątki
na błyszczącym kredowym papierze

nasze imię jest Gratis
wiedziemy 1000 legionów
przed nami miliardy promocji
internet w każdej stodole
a w szkole bomba

to tylko kwestia 50 lat
tyle podobno nam brakuje do śmierci
na statystycznie przyzwoitym europoziomie
gdzieś już drukują banknoty
z nowym logo - in Blog we trust

jeszcze żeby ten blady starzec
przestał się wreszcie ślinić na wizji
na Boga - mamy przecież XXI wiek!

26. 10. 2003

Chciałem przeczytać taki wiersz, nic wielkiego, ale taki chciałem.

Z ogłoszenia

Włada kilkoma językami. Zna się na wielu systemach.
Gdy zajdzie potrzeba umie je obejść.
Nie boi się wyzwań rynku. Jest elastyczna.
Potrafi się dopasować. Ugiąć. By osiągnąć cel.

Dyskretna aż do bólu. Przez jej ręce może przejść wszystko.
Nie oczekuje spełnienia. Ale odczuwa coś na kształt satysfakcji.

He, to zapraszam do piwnicy, miłą panią.

I wiersz, od którego robi się zimno i smutno w piwnicy. Chcę się wracać do domu.

***
Ani

Dotknij mnie dokładnie w to wygodne miejsce.
W doskonały środek. Tam gdzie święty spokój.
Popsuj mi ten punkt. Popsuj go na dobre.

A Ty nic nie widzisz. Mówisz coraz mądrzej
Patrzysz w dal. Daleko. Gdzieś we własną ciszę.

Tymczasem we mnie obcy gest narasta.
Pęcznieje krzyk czysty pod wenecką maską.

Cała jestem z ciała. Nocna jak to miasto.
Dusza moja jasna. Tylko Ciebie nie ma.

2. 3. 2005

Niewiele jest takich wierszy, tak czułych w niepretensjonalny sposób w tym tomiku i w ogóle. Niemniej ta książkę polecam. Celowo nie przeczytam ostatniego wiersza, będącego podsumowaniem drogi w tym tomiku, wiersza igrającego ze wszelką naturą: pisania, poety, człowieka, bla bla. Kupcie sobie "Złe zamiary". Sprawdzałem, są dostępne nawet na allegro.
Wracam do domu.

Wojciech Boros, "Złe zamiary", Gdańskie Towarzystwo Przyjaciół Sztuki, 2008

1 komentarz: