Pokazywanie postów oznaczonych etykietą proza. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą proza. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 18 sierpnia 2015

Sofi Oksanen "Gdy zniknęły gołębie"

Dawno nie czytałem powieści pozbawiającej złudzeń tak skutecznie."Gdy zniknęły gołębie" Sofi Oksanen to powieść rozgrywająca się podczas drugiej wojny światowej w Estonii pod okupacją niemiecką i rosyjską oraz w latach sześćdziesiątych, kiedy to Estonia była już państwem - republiką  ZSRR, podobnie jak Polska.

Sofi Oksanen znana polskim czytelnikom z powieści "Oczyszczenie" z roku 2010 napisała książkę o trudnych wyborach w dramatycznych czasach, kiedy to za głoszone poglądy odpowiadało się głową. To historia dwóch kuzynów Edgara i Rolanda. Edgar chce przeżyć za wszelką cenę i posiada wrodzone talenty i skłonności pozwalające mu przystosować się do każdej sytuacji,każdego rządu, każdej kobiety, każdego mężczyzny ... Roland jest stały w uczuciach, poglądach. Patriota i twardziel. 

Między nimi żyje Juudit - żona Edgara. Kobieta nieszczęśliwa, ale twarda. To w niej przejrzeć mogą się postacie kuzynów, w relacji z nią sprawdzić. Juudit to bohaterka jakich niewiele, bo bardzo realistyczna. W ogóle Oksanen zdaje się pisać o historii jaka się wydarzyła tuż obok niej. Juudit jest przykładem kobiety mogącej przetrwać wiele upokorzeń, która żyje bez nadziei na jakąkolwiek chwilę szczęścia. W całej tej opowieści niewiele jest szczęścia. Zdarzają się złudzenia, płonne nadzieje, ale tylko Edgar - realista i cynik zdaje się być jako jedyny na wierzchu.

Czytając książkę o losach bohaterów podczas okupacji w Estonii szukałem analogii do sytuacji Polaków w latach wojennych. Niewiele ich. Podstawową zaś różnicą jest oczywiście to, że Estończycy czekali na Niemców, którzy wyzwolą od Związku Radzieckiego, do którego zostali wcieleni zaraz po rozpoczęciu wojny. Edgar w zadziwiający sposób daje sobie radę w każdej sytuacji. 

Losy bohaterów poznajemy za pośrednictwem narratora, ale i sam Roland, kiedy chodzi o jego ukochaną Rozalię przemawia w pierwszej osobie. To pozwala przez chwilę ustawić sobie priorytety w tej książce, poznać lepiej samego bohatera i jego uczucia wobec innych. Jego postawa staje się nam bliższa a jego dramat nabiera dynamiki.

"Gdy zniknęły gołębie" to nie powieść dodająca skrzydeł. Nie ma tu jednoznacznych bohaterów. To świat praw ustanawianych przez okupantów, z którymi trzeba jakoś żyć lub jakoś z nimi walczyć. Każdy dzień jest tu walką, każda rozmowa. Jednocześnie książka ta ma swoją moc i ją przekazuje, ponieważ pozwala jednak wskazać tych w swoim świecie, którym chcielibyśmy podać rękę, by wyciągnąć ich z tego bagna.


Sofi Oksanen "Gdy zniknęły gołębie", Wydawnictwo Czarne, 2015

poniedziałek, 27 lipca 2015

Juliusz Strachota "Relaks amerykański". Kto jest winny?

Książka Juliusza Strachoty wyrzuciła mnie z toru, ponieważ opis nałogu w jakim tkwi bohater daleki jest od tego, co czytałem do tej pory. Uzależnienie od leków psychotropowych to dla mnie obszar dotąd niezbadany. Przywykłem do opisu alkoholizmu, nałogu heroinowego itp. Codzienność i popkultura aż po brzegi wypełnia mnie kolejnymi wiadomościami o dopalaczach, alkoholizmie, narkomanii.

Julian – bohater „Relaksu amerykańskiego”, chcąc rozluźnić się przed ceremonią swojego ślubu, połyka pigułkę Xanaxu – leku przepisanego przez lekarza psychiatrę. Lek ten działa rozluźniająco, likwiduje stany lekowe, napięcie, działa nasennie. Julian zasypia na ławce i przesypia swój ślub. Poczucie wstydu próbuje likwidować za pomocą kolejnych pigułek. Uzależnia się szybko od Xanaxu, którego potrzebuje coraz więcej.

Śledząc jego zmagania z nałogiem, poznajemy sposoby zdobywania recept. Rozmowy z lekarzami mającymi świadomość, że mają do czynienia z ćpunem, która to świadomość niekoniecznie budzi ich niepokój, przypominają zakupy w spożywczym. Wizyta kosztuje sto złotych i uiszczenie tej sumy plus kilka kitów na włosku o kolejnej stresującej podróży w ramach pracy fotoreportera wystarczy,  by otrzymać lek pogłębiający stan uzależnienia.

Siłą tej książki jest język jakim posługuje się Juliusz Strachota. To pełen emocji słowotok w pierwszej osobie, obfitujący w wykrzykniki, nie stroniący od wulgaryzmów. To język człowieka, nie pisarza, chcącego nakreślić bieg wydarzeń. To pamiętnikarska narracja człowieka sfrustrowanego, który niekoniecznie ma świadomość, że ktoś go właśnie czyta (słucha). Stąd wiarygodność relacji Juliana w zdobywaniu leku, relacjach z ludźmi.

A wiarygodność jest potrzebna w przypadku tematu jaki podejmuje „Relaks amerykański”. To przecież rzecz o lekomanii, o temacie rzadziej podejmowanym niż inne uzależnienia. Czytając relacje z rozmów podczas wizyt lekarskich, trudno oprzeć się wrażeniu, że sami lekarze są winni nałogowi bohatera i nie zamierzają zmienić swojego kursu w relacji z nim jako pacjentem. Stąd wynika duży problem w mówieniu o tej książce. W końcu ktoś się obrazi, obruszy albo zwyczajnie utnie temat milczeniem wynikającym ze wstydu lub braku umiejętności rozmawiania o tym. A przecież książka ta ma szansę stać się nieco publicystyczną (dobrze to czy źle …?), w końcu porusza duży problem społeczny, w który zamieszane są koncerny farmaceutyczne, czyli byt trudny do uchwycenia czytelnikowi literatury. Łatwo jest oskarżać, łatwo znaleźć „Żyda” odpowiedzialnego za nieszczęście, które nas spotkało. Może nim być państwo, lekarze, koncerny, najlepiej jacyś ONI.


„Relaks amerykański” to książka o współczesnym człowieku niezdolnym do stawienia czoła przy pełni władz umysłowych, na trzeźwo ceremonii ślubnej. Dobrze, że się spóźnił. Nie nadawał się, za słaby jest by pchać ten wózek. Dlaczego? Czytając książkę, doszedłem do banału, ale bardzo istotnego. Brakuje nam dziś miłości. Nie mamy jej nadwyżki. Stąd strach. Poszedłem banalnym kursem i pomyślałem, że to znów kariera, swoboda obyczajów, po Polsku pojęta wolność, wypięcie się na wartości, bez których jeszcze nie potrafimy żyć, za długo nasi przodkowie się do nich modlili… niech i taką wartością będzie kościół, jakiś patriotyzm. Bez tego zostaje tylko robienie kasy i ćpanie. Bez robienia kasy zostaje strach, że nie dam sobie rady z jednym dzieckiem, o kolejnych już nie wspomnę. Takie to kaznodziejskie myśli przyszły do głowy po przeczytaniu świetnej książki Juliusza Strachoty. Nasunęło mi się pytanie: kto jest winny nałogowi? Czy tylko bohater? Tak nigdy nie jest, przynajmniej dobra literatura nie podaje łatwych rozwiązań. 

Paradoks: opowieść, która wyrosła na zatrutym gruncie, dała owoce smaczne i pokrzepiające. Książka przestrzega przed egoizmem prowadzącym do samotności, pretensji do wszystkich o wszystko, spychającym w obszary wiecznego niezadowolenia, strachu przed życiem. To opowieść o świecie, w którym autorytety, jedynie z lekkim niesmakiem zarabiają legalnie na uzależnionych pacjentach.


Juliusz Strachota "Relaks amerykański", korporacja ha!art, Kraków 2015

środa, 25 lutego 2015

Ziemowit Szczerek "Siódemka"

Ziemowit Szczerek tym razem o Polsce. Bohater reportażu – Paweł, wybiera się z Krakowa do Warszawy dobrze sobie znaną trasą E7. Polska widziana z Opla Vectry jest zbiorem przypadkowych elementów i wydarzeń cechujących się przede wszystkim powierzchownością i brakiem refleksji. Już pierwsze kilometry książki ukazują zabawę w Halloween tęchnącą pustką, groteskowością, bo tak muszą wyglądać te postacie na tle polskich dróg i zabytków tego Krakowa. Ten wieśniaczy eklektyzm bez planu i pomysłu to typowa polska jakość, co stara się autor udowodnić przez kolejne kilometry. Czytając „Siódemkę” czuję się jakbym siedział cicho z tyłu samochodu i słuchając, co do mnie mówi Szczerek przyglądał się tym banerom świecącym byle jak przy drogach, stacjom benzynowym z hot-dogami, kawą natrętnie proponowaną. Przyglądam się tej polskiej mentalności charakteryzującej się potrzebą wyróżnienia z tłumu. A to by zarobić, a to by siebie zaznaczyć.

Mówię, że czuję się jakbym siedział w samochodzie, ponieważ Ziemowita Szczerka narracja prowadzona jest najczęściej w drugiej osobie.

„Wracałeś do domu, szedłeś ulicą Dietla.”
„Wjechałeś, Paweł do rowu. Ściąłeś krzyż przydrożny, a właściwie dwa krzyże.”

Mówi sam do siebie, ale mnie to pomaga poczuć się jakbym tam siedział i mowa była do mnie kierowana.

Po drodze zabiera ów redaktor portalu Światpol.pl fana Fantazy, który częstuje go swoimi eliksirami. W nim też widać te zabawną nieco, choć bardziej śmieszną Polskę przebraną. Konsekwencją spróbowania eliksirów jest lekki odlot powodujący kraksę samochodową. Dzięki eliksirom nudna trasa, oklepane widoki nabierają kolorytu westernu. Paweł wreszcie może poczuć się bohaterem lepszego filmu. W końcu przecież Szczerek nie ustaje w uwypuklaniu złych cech narodowych Polaków. Pokazuje nas z każdej strony i każda strona jest nudna i brudna albo zapaćkana banerami reklamowymi. Arogancka i krzykliwa lub pokraczna, przegrana i zakompleksiona. Pijana z wąsami i wypełniona Marcinami i Januszami. Podczas słuchania tego, co do siebie mówi Paweł zacząłem wpisywać go w nurt dąsających się na polskie wąsy zarośniętych redaktorów w bojówkach i wyciągniętym swetrze lub w kurtce M65, co ma dać do zrozumienia, że nie będzie hipsterem. Jest moro i basta. Jest sweter i koniec.

Czytając Szczerka słyszę rozmowy odbywające się w moim otoczeniu. To już się samo przerobiło. Te zawodzenie na brzydki krajobraz zachlapany witrynami sklepowymi. Ruskie okrutne, Niemce dokładne, Czesi bojący a Polacy dzicz pijana, która we wszystkich widzi wroga i jeszcze się stawia, i śmieje z innych. W gruncie rzeczy wielki zbiór kompleksów, bo gdzieś z tyłu głowy mamy wrażenie, że nie pasujemy tu. Nigdzie nie pasujemy a bardzo byśmy chcieli gdzieś się wkleić. Zawsze chcieliśmy. Uczyliśmy się łaciny, potem francuskiego i każdy wąsacz miał pianino, teraz jesteśmy amerykańscy albo europejscy. Zawsze jednak nasza wyniosłość nie pozwalała czuć się dobrze gdziekolwiek, nawet u siebie, ponieważ u siebie mamy sąsiadów naszych, z krwi tej ziemi. I oni też muszą okazać się słabsi. Jeśli czymś w nasze oczy kolą, to trzeba wyśmiać itd. W końcu znajdujemy sobie alternatywę w świecie Sapkowskiego, powiedzmy.

Ziemowit Szczerek daje nam nieustannie burę. Stoi nade mną i się znęca. Wisi nade mną ze wskazówką, za sobą ma mapę Polski i Europy. Szturcha mnie, wyciąga za uszy i wylicza moje błędy. Nic mu się nie podoba. Niczym zeschła umysłowo nauczycielka wypomina makijaż, ubiór, fryzurę i zachowanie.  Próbuje mnie uczyć, wychować. Czyżby nie wiedział, że to niemożliwe? Po tylu kilometrach odbytych po siódemce jeszcze mu się chce prawić morały? Jeszcze ma siłę marudzić. Robi to jednak w tak zabawny sposób, językiem ciętym i plastycznym, że gniewać się nie sposób. A podróż obfitująca w niezwykłe przygody chwilami zdaje się podróżą po innym świecie.

Plus sama trasa od Krakowa do Warszawy, czyli dla mnie obca. Ja przyzwyczajony do Warmii i jej niemieckości widocznej w przedwojennej, ciągle aktywnej architekturze czuję się za Warszawą jak w innym państwie, by powiedzieć z pewną przesadą. Dopiero Ziemowit Szczerek utwierdził mnie w przekonaniu, że wszyscy jesteśmy jacy jesteśmy, bez względu na krajobraz.
\

Ziemowit Szczerek, „Siódemka” Korporacja ha!art 2015



sobota, 14 lutego 2015

MOJA PRAWDA Larry Sloman, Mike Tyson

Mike Tyson opowiedział swoją historię, którą spisywał Larry Sloman. Książka o Tysonie musi być mocna jak sam Żelazny Mike. Boks, seks, koks, alkohol i miliony dolarów – Ameryka. To książka również o Ameryce – marzeniu Polaków przynajmniej z mojego podwórka.

Tyson pochodził z biednej rodziny. Ojciec pojawiał się rzadko, matka przebierała w przygodnych facetach, by jakoś przetrwać biedę i siermięgę Brownsville  w Brooklynie. Jako małolat kradł, zdobywał szacunek ulicy, dostał się do zakładu poprawczego, tam zaraził się boksem, przejął go już na wolności trener Cus D’Mato i powstał bokser, który w wieku dwudziestu lat został mistrzem świata wagi ciężkiej. Kto nie chciałby takiej biografii?

Tyson jednak często podkreśla swoją samotność w świecie boksu. Jego brutalność i wsiąkające pieniądze. Oczywiście sam bohater nie jest bez winy. Niezorientowany w świecie padł ofiarą cwaniaków, prawników i księgowych. I jak każdy przyzwoity biedak po otrzymaniu milionów na konto musiał się nimi pochwalić. Biżuteria, luksusowe auta i finezyjnie wykończone wielkie domy. Rozpasanie w wydawaniu pieniędzy osiągało poziom absurdu. Jeszcze bardziej niedorzeczne wydają się jego sprawy sądowe wlokące się i sączące hajs przez grubą słomkę z konta Tysona.

To oczywiście jego prawda, jego strona, jego widzenie. Opowiedziana tak, że nie sposób nie polubić Tysona za jego szczerość w życiu, paradoksy, dzięki którym sylwetka bohatera nabiera rumieńców. I jak każda biografia wielkiego artysty czy sportowca prócz dramatów, tragedii zawiera wiele humoru, który tylko uwiarygodnia opowiedzianą historię. Jesteśmy po prostu śmieszni dla innych ze swoimi łzami, dramatycznymi zwrotami akcji w życiu. Tyson opowiadając o sobie rysuje smutny pejzaż świata i żyjących w nim ludzi.


Nie czytam biografii. Ostatnio czytałem chyba w 1992 roku o Jimie Morissonie „Nikt nie wyjdzie stąd żywy”. Pisanie biografii to często żmudna sprawa. Trzeba wiedzieć jak kupić czytelnika i tyle. Nie o literaturę tu chodzi a o opowieść o człowieku.


Mike Tyason Moja prawda, Larry Sloman, Mike Tyson, Wydawnictwo Sine Qua Non 2015

środa, 4 lutego 2015

Patrycja Pustkowiak "Nocne zwierzęta"

Opowieść o Tamarze Mortus z 2013 roku autorstwa Patrycji Pustkowiak dla przypomnienia w piwnicy się ponownie otwiera. Bez cienia wątpliwości godna polecenia opowieść o samotności i zagubieniu singielki. Przy czym określenie „singielka” raczej miękko się kojarzy z nauczycielką samotność zajadającą tabliczką czekolady. Tamara nie jest nauczycielką. Codzienne upajanie się alkoholem i wciąganie koki (amfa słaba jej zdaniem, niepoważna, nie dla dziewczyn z wielkiego miasta) plus bezrobocie stawia ją w pozycji zacnie antyspołecznej. Nie skojarzyłem podczas czytania z Ch. Bukowskim, pewnie dlatego, że język Patrycji Pustkowiak jest po kobiecemu ujmujący, nie zaś drażliwy. Oczywiście bywa, że autorka się droczy z czytelnikiem trzymając go w kagańcu współczesnej telewizyjnej, i nie tylko, popkultury, przypominając się odwołaniami do tytułów piosenek, programów itd.

Książka ta to udany zamach na dobre samopoczucie pracowników korporacji, delikwentów lubujących się we wciąganiu kreseczek i zapijaniu ich wodospadem wódy. Tak żyje Tamara i jej znajomi. Autorka jednak celnie ich opisując, pokazuje jak puste i bezcelowe prowadzą życie owe nocne zwierzęta. Uczucia udawane, zabawa udawana, miłość udawana, dziewczyna udawana, nawet poczucie osamotnienia jakby udawane. Braterstwo udawane, ostra jazda udawana. Życie to picie, żarcie i wydalanie. Chwila spania w swojej norze i kreska. Pożyjcie tak chwilę a przekonacie się, że nie wszystko jest poezja.

Tamara żyje we współczesnym mieście ze wszystkimi jego atrybutami łącznie z nowomową, na którą się zżyma a według której mąż to partner. Niejednokrotnie zauważa wraz z koleżanką, że mężczyźni dzisiejsi są nudni i nie mają nic do zaoferowania prócz wygolonych miejsc intymnych, co boleśnie zgodne jest z nowymi trendami. Chłopcy w ogóle bardziej zainteresowani są trendami niż kobietami. Toteż Tamara seks ma sama z sobą przed monitorem komputera.

Tamara być może przyjechała do Warszawy z jakiegoś Susza. Pełna wysokich aspiracji, z marzeniami o wygodnym życiu na stanowisku zjechała w alkoholizm. Przeszła przez jogę, runy anielskie, zieloną herbatę i wszystko inne, co w TV widnieje jako atrakcja dla ludzi sukcesu. Skończyła jako trzydziestoletnia alkoholiczka i ćpunka masturbująca się przy pornosie. Trudno odnaleźć podobny obraz kobiety we współczesnej polskiej literaturze. Patrycja Pustkowiak uderzyła mocno w dawno nie drgającą strunę. Samotna pijaczka, to nie to samo co samotny pijak. Samotny pijak może być tragicznym pajacem lub wzbudzającym litość u innych kobiet chłopcem przyjmującym pomocną dłoń w postaci ciepłego łóżka i piersi. Samotna pijaczka to łatwy łup dla pijanych. Samotna pijaczka budzi się zgwałcona i bez planu na kolejny dzień.

Bohaterka „Nocnych zwierząt” przeczy wszystkim stereotypom na temat kobiet. Przypomnę raz jeszcze jej namiętne (chociaż zdaję się, że tylko dwa razy w tygodniu kilka minut) onanizowanie przed pornosem. Brak partnera i niechęć wobec takowego posiadania. Brak pracy i staranne upijanie się z koką na deser. Przesiadywanie w zapomnianych barach i interesy z dilerami.

Tamara jest zawiedziona wszystkim. Nie spotkało ją w Warszawie nic, co dałoby jej zadowolenie, szczęście, wolność, nie wiem. Próbowała wszystkiego i na wszystkim się zawiodła. Być może powinna zostać w przysłowiowym Suszu, założyć rodzinę i męczyć się w kuchni przy garach. Urodzić dzieci i chodzić na wywiadówki. Marzenia i aspiracje były silniejsze jednak, a może brakowało odwagi by zostać u siebie i męczyć się u siebie, to takie słabe przecież, dalekie od rozwijania się. To jednak już inny temat.

Mam nadzieję, że Patrycja Pustkowiak nie przyzna się do alkoholizmu, co byłoby boleśnie zgodne z najnowszymi trendami. To pozwoli cieszyć się literacką kreacją i docenić wyobraźnię autorki i jej zdolności obserwacyjne, co dla pisarza cenne jest a jakże.


O tej książce nie można zapomnieć!


Patrycja Pustkowiak "Nocne zwierzęta", Wydawnictwo W.A.B. 2013

sobota, 24 stycznia 2015

"Ty ni swaja. Ty bladź.

Kolejna książka Karpowicza jakże odmienna od „Ości”, którymi się można zaczytywać, cytować, wspominać dialogi i w ogóle wynosić jako książkę atrakcyjną towarzysko.
„Sońka” to opowieść o dramatycznym losie kobiety, której matka zmarła przy porodzie a ojciec, obwiniając córkę za śmierć matki, mści się jak zwierzę za swój los. Ignacy Karpowicz powrócił do czasów wojny, gdzie mieszają się drogi ludzi polskich, niemieckich i białoruskich. Mieszają tak bardzo, że i język musi na tym ucierpieć, jednocześnie się wzbogacić, zrozumieć konieczność chronienia siebie samego. Autor opowiedział jak bardzo jesteśmy sobie potrzebni, jak mocno jesteśmy ze sobą związani, niestety najczęściej tego nie chcąc, nie planując. Rodzina, sąsiedzi, rodacy, ludzie, nieustannie stają przeciwko sobie. I jedynie miłość w tym ociekającym krwią i spermą gwałtu świecie stanowi o naszym człowieczeństwie, tylko ona pozwala przetrwać nienawiść do innych i obrzydzenie do siebie. A jeśli to miłość do wroga, staje się jednocześnie miłością wystawianą na boleśniejszą jeszcze próbę.

Tytułowa Sońka opowiada swoje życie reżyserowi zaplątanemu w wiejskie drogi swojego dzieciństwa. Spotyka ją przypadkowo, już starą, potrzebującą jedynie wydobycia z siebie wspomnień, rozliczenia z historią. Karpowicz intrygująco wprowadza nas również do świata młodego i zdolnego reżysera, który reżyseruje na naszych oczach a w swojej wyobraźni spektakl teatralny na podstawie wspomnień Sońki. Ten zabieg warsztatowy jeszcze bardziej demonizuje całą historię. Oto, wstrząsające opowiadanie, coś, czego nie będąc świadkami, nie jesteśmy w stanie sobie nawet wyobrazić, bo jak sobie wyobrazić emocje doznawane przez Sońkę, zostaje przeniesione na język teatru. Służy scenografom, aktorom, może być jeszcze raz, oczywiście kaleczenie, teatr zawsze kaleczy, odegrane.

Spotkanie reżysera z Warszawy ze starą kobietą to spotkanie dwóch przeciwieństw. On młody, odnoszący sukcesy, wspomagany kreską środków stymulujących skutecznie rozpycha się w świecie, nie pozwala marginalizować swoich pragnień. Ona – przeżyła życie wbrew sobie. Miało być inaczej. Ale żyła. Nie zdobyła niczego. Ona ciągle doznawała. Doznawała kar. Żyła za karę? Jakby pokutowała za śmierć swojej matki podczas porodu.

Sońka rozpoczyna opowiadanie jak bajkę: „dawno, dawno temu”. Inaczej nie można opowiedzieć historii kobiety, która to historia zaczyna się w czasach, kiedy to życie kobiety mniej było cenne od życia kozy, jak zauważa Sońka. Z pewnością chodzi tu również o miejsce, czyli mała wieść na rubieżach Białorusi i Polski.

„Śońka” to powieść o miłości. Niestety, to również powieść sugestywnie mówiąca o tragedii wojny. O tym nie da się zapomnieć. Po przeczytaniu tej książki nie można odegnać myśli o tym, że coraz mniej żyje ludzi pamiętających okrucieństwo wojen XX wieku. Oczywiście one ciągle mają miejsce na świecie, ciągle pochłaniają tysiące ofiar. Na naszej szerokości geograficznej jednak to druga wojna światowa wypaliła piętno w ludziach na dwa przynajmniej pokolenia. I to o tej wojnie pisze Karpowicz. Niestety, pisze tak mocno, że Sońka chodzi za mną ciągle. „Niestety” piszę oczywiście w cudzysłowie. Język Karpowicza jest poetycki i wzruszający. Nie muszę dodawać, że unika jakiegokolwiek przesłodzenia. To o czym bohaterka mówi jest tak trudne, że tylko język wspomagany licznymi regionalizmami i uciekający w niezwykle umiejętny sposób od czułostkowości staje się realny i wiarygodny.



Książka miała swoją premierę w maju ubiegłego roku. Od lipca czekała na mnie pod fotelem. Warto czasem przesunąć fotel.


"Sońka", Ignacy Karpowicz, Wydawnictwo Literackie 2014



czwartek, 15 stycznia 2015

Jakub Żulczyk, "Ślepnąc od świateł"

Powieść Jakuba Żulczyka wciąga od pierwszej strony. Językiem sprytnym w krótkie wiąchy, kalambury, przemyślne przekleństwa w iście czasem poetycki sposób wypowiadane podczas dialogów, wprowadza nas autor w świat nocnej Warszawy. Ten miejski Thriller przekonał mnie, że Polska literatura daje sobie świetnie radę w opowiadaniu z dreszczykiem o mieście i jego ludziach.

Bohaterem jest tu Warszawa i jej mieszkańcy. Mieszkańcy, którzy nie należą do ludzi zarabiających najniższą krajową. Mamy tu obraz ludzi ciężko pracujących na duże pieniądze. I kiedy to już noc obejmuje miasto swoimi wilgotnymi skrzydłami, wchodzimy w inną bajkę. To obrazy zdziwaczałych prezenterów telewizyjnych, znerwicowanych polityków, spracowanych menedżerów.

Główny bohater – Jacek, to młody chłopak sprzedający nocnym markom, swoim dobrze prosperującym klientom kokainę. Wie, że towar ma zawsze dobry, porusza się audicą za 90 tysięcy, cieszy się ogólnym szacunkiem, jako nic niewidzący, szybko zapominający itp. Pochodzi z Olsztyna, zerwał kontakty z rodziną, nie pasuje do świata, jaki chciano mu zgotować. To dobry przykład młodego, który szybko chce pieniędzy. Dlatego szybko żyje, szybko je, albo wcale nie je wiele godzin, szybko odbiera telefony, szybko dojeżdża do klienta. Noc jest krótka, czas to pieniądz. A że kupić taniej, sprzedać drożej, to żadna wielka sprawa, robota się podoba, chociaż nie do końca daje satysfakcję, ponieważ wymaga skrajnej anonimowości, wyzbycia się tożsamości. Bardzo przekonujący portret, chociaż dobrze znany.

Akcja prędko wpada w odpowiednie tempo i właściwie nie zwalnia, nie zwiększa tempa …ruch jednostajny. Tylko sukcesy i ciągła jazda wypełniają czas Jackowi. Zdarzają się również kobiety. Co nieciekawe zupełnie, są to kobiety, jakie znamy z amerykańskich filmów o ludziach spędzających dużo czasu w nocy. Samotne, opuszczone, zaniedbywane i bogate. Gotowe oddać się Jackowi, znieważyć stan małżeński, sponiewierać siebie. One zresztą już wiele nie czują, ciągle naćpane, wracają wspomnieniami do pierwszych dni małżeństwa, które okazało się jedynie maszynką do robienia pieniędzy. Nie są martwe uczuciowo, po prostu jest im obojętne w danym czasie, co się stanie za pół godziny. Nieustanna depresja i brak endorfin. Anhedonia wypisana na twarzy kobiety niczego nie spragnionej, pozbawionej po prostu przez jakiś czas kokainy. Szkoda, że jednak niewiele tu kobiet, ciekawych kobiet. W takiej książce przydałoby się poobcować z osobowością kobiety, jej marzeniami wykraczającymi poza biologiczny seks okraszony kokainowym drętwieniem dziąseł.

W pewnym momencie na ciało zaczynają oddziaływać obce czynniki i Jacek wypada z toru. Wskakuje skutecznie na swój tor, ale od tej pory ruch odbywa się po linii krzywej. Oczywiście nadal jest jednostajny, ale autor rekompensuje to opisem miasta, charakterystyką bohaterów, oczywiście powierzchowną, tak, by te pięćset stron nie wyrzuciło nas poza nawias codziennych spraw na dwa tygodnie.

Pewnie, że biorę poprawkę na fakt, że „Ślepnąc od świateł” to nie reportaż a powieść. Dlatego nie biorę sobie do serca zaćpanej i dusznej atmosfery miasta, nie ulegam zbytnio wrażeniu, że cała nocna i bogata Warszawa bawi się usypywaniem równej kreski z pistoletem na stole. To tylko/ aż literatura. Szybka, niewiele z niej dla nas, po prostu zabawa. Wypływa z niej nawet przesłanie-przestroga. Nie chcę zdradzać fabuły, ponieważ piszę, by zachęcić do przeczytania, kupienia tej opowieści, choćby po to, by za 10 lat wrócić do niej i zapytać siebie jak działa tym razem? Wyzwala lęki, obawy? Drażni językiem? Czy język ten mówi do mnie również teraz? Może się okazać, że to książka jak film z Segalem, tyle że stylowo napisana, z wyczuciem czasu, z umiejętnością budowania postaci językiem jakim mówi. To już dużo, tym bardziej, że Jakub Żulczyk obliczył książkę od początku na efekt i nieco refleksji przysypywanej wartkim językiem. Taka próba obrazowania bardziej po wierzchu niektórych Polaków. Plus gęsta ale czytelna fabuła.



Jakub Żulczyk, "Ślepnąc od świateł", Świat książki 2014

poniedziałek, 22 grudnia 2014

Tomasz Białkowski, "Powróz"

Tomasz Białkowski decyduje się zostać jednak przy prozie kryminalnej. Jego cyrk, jego dekoracje.

„Powróz” to oddech po trylogii z Pawłem Werensem w roli głównej. I dobrze. Tym razem powieść Białkowskiego jeszcze mocniej zakorzeniona jest w rzeczywistości, tym razem historycznej. Powieść, jak na dobry kryminał przystało, rozpoczyna się mocnym uderzeniem, mianowicie mającym swoje historyczne potwierdzenie makabrycznym powieszeniem faszystów pracujących w obozie w Stuthoff, co miało miejsce w roku 1946 w Gdańsku. Tomasz Białkowski zadbał o to, byśmy otrzymali obraz gorzki z ambiwalentnym stosunkiem do publicznych egzekucji, nawet jeśli dotyczy to zbrodniarzy wojennych. Na kilku stronach zaledwie udało się autorowi pokazać okrucieństwo wojny i jej siłę w wypłukiwaniu pierwiastków człowieczeństwa z naszego ssaczego gatunku.

Kolejne strony to już współczesna historia podana wzorowo. Miejscem wydarzeń jest prowincja, też nieobca autorowi pochodzącemu z małego mazurskiego miasteczka, być może dzięki temu poświęca co jakiś czas kilka zdań na temat życia na prowincji, relacji między ludźmi, zależności jakie między nimi panują. I tak mamy tu osobę byłego burmistrza, księdza i oczywiście bossa zatrudniającego dużą liczbę skazanych na bezrobocie słabo wykształconych ludzi.

Dochodzenie w sprawie prowadzi nie detektyw, nie dziennikarz a Iga Szpica, kobieta po silnych przeżyciach związanych ze stratą dziecka w ulicznych okolicznościach. Tu Białkowski bardzo bliski jest codziennym wiadomościom oferowanym przez serwisy informacyjne. Zresztą nie tylko w tym przypadku autor bliski codzienności nie sili się na wymyślanie niecodziennych historii. Wszystko, co czytamy, może mieć miejsce w każdej dziurze, w każdej Polsce, w każdej Warszawie, każdego Polaka to spotkać może. Nie mamy tu bowiem do czynienia z odległym naszemu doświadczeniu premierem, prezydentem, naukowcem. To właściwie historia wycięta z kroniki kryminalnej lokalnej gazety.

Lokalność a jednocześnie uniwersalność tej opowieści stanowi o sile „Powrozu”. Cieszę się, że nie musiałem brnąć przez szczegółowe opisy miejsc zbrodni, specyfikacji kolejnej broni palnej, charakterystyk sztuki walki jakie pojął jeden z bohaterów itp. Tomasz Białkowski zaserwował książkę do pociągu bardzo szybko się czytającą. Myślę, że w tym gatunku wypracował już swój rozpoznawalny styl. To styl bardzo oszczędny, omijający konsultacje z detektywami, prawnikami, medycyną sądową. Urok tych kryminałów może polegać na podglądaniu zachowań ludzi, ludzi z naszego otoczenia. Oczywiście autor zadbał, by ci ludzie nie pochodzili ze szkolnej ławki. To nie bohaterowie mający problemy socjalno-bytowe. Lekarze, prawnicy, producenci jachtów mają czas na zbrodnie, tajemnice i niedomówienia. Tu nie jeździ się piętnastoletnim oplem. Mamy za to okazję rozsiąść się w nowym pachnącym japońskim suvie pachnącym świeżością. Autor trzyma się zasad.

Powieść zaczyna się mocno, czyta szybko i kończy niespodziewanie nagle. To oczywiście zasługa, jak już wspomniałem, pewnej oszczędności, jaką wykazuje autor w relacjonowaniu zdarzeń i budowaniu przestrzeni. Dodajmy do tego słońce, nawet upał w małym mazurskim  miasteczku z jeziorem u swych stóp. To dla mnie siła kryminału. Jednak jeśli ktoś lubi brnąć w kryminalne fantazje, arkana dochodzeń, mroczną aurę, niespodziewane reakcje bohaterów, musi poczekać na kolejną historię. Zamykając „Powróz”, czułem, że Tomasz Białkowski siada do pisania kolejnej książki, tym razem zimowej, ciemnej i depresyjnej.


Tomasz Białkowski, „Powróz”, Wydawnictwo OFICYNKA, 2014


piątek, 19 grudnia 2014

Soren Gauger "Nie to/Nie tamto" - zło wisi w powietrzu.

- Marcin tu coś wisi w powietrzu.
-co?
-Coś złego. Jak ty możesz tu mieszkać?

(Rafał P. podczas nocy sylwestrowej w Suszu rok 1993/1994)

Soren Gauger – Kanadyjczyk od piętnastu lat mieszkający w Polsce zarzucił mi pętlę na szyję swoją książką pt. „Nie to/Nie tamto”. Opowieść zawartą w niej podzielił na dwie, niezwiązane ze sobą, części, czyli na „Nie to” oraz „Nie tamto”.
Pętla zarzucona już w pierwszych zdaniach z każdą stroną zaciska się coraz bardziej, by w końcu wyhuśtać mnie od czubków placów, po kleksa w majtki. Zasada jest niby prosta, śniąca się i kusząca do samodzielnej realizacji od dawna, od filmów Tarantino również. Gauger rozpoczyna kilka osobnych historii, które w końcu krzyżują się ze sobą, dochodzi do spotkania bohaterów. Sielska atmosfera, drobnomieszczańskie kokieterie, uśmiechy, cała ta pruderia i forma doczeka się tragicznego końca, jak zresztą zdążyliśmy się już przyzwyczaić w rzeczywistym otoczeniu. Gauger wyrywa nam nas z naszego bloku, rady pedagogicznej, z naszych przyławkowych podszeptów o sąsiedzie, o jego dziecku itede. Wszyscy mamy dobre chęci, każdy jest taki dobry, mamy swoich specjalistów, jesteśmy dla siebie życzliwi. Nie mówimy sobie całej prawdy, by nie urazić. Czy takie zachowanie to właśnie to? Pytam jako pedagog. Oj, Chyba jednak „nie to”.

„Nie tamto” to już osobna historia.
Niepokojąco jednak tożsama z pierwszą częścią, która zmierzała do odkrycia zła uśpionego w człowieku. Skąd to zło? To zło metafizyczne czy wynikające z szerokości geograficznej, na której ma ono żyzną glebę? Być może i to, i tamto. Bohater pierwszej części pozbywszy się brzydkiego guza na szyi postanawia odpocząć podczas lektury poleconej mu przez oderwaną od rzeczywistości kobietę. Przedmowa tej lektury sugeruje, że akcja toczy się w Polsce, czyli w miejscu, gdzie nawet optymizm jeździ na czarnym koniu.
I od początku do końca drugiej części książki nie jestem pewien, gdzie zaczyna się, gdzie kończy cokolwiek. Narrator zmienia tożsamości, zmienia się jego stan świadomości. Akcja pętli się a jej bohaterowie są co najmniej wyrwani z psychodelicznego obrazu, nagle przebudzeni na obcej sobie planecie, którą chcą rozpoznać. To co się dzieje, mogłoby się nie dziać lub dziać inaczej i gdzieś indziej. Nie o to chodzi i nie o tamto też, żeby była jasność.
Po przeczytaniu książki wiem, przekonałem się kolejny raz, że trzeba być czujnym. Nie zawsze to co wiedzę, jest tym, co widzę. Mało tego, swoim uczuciom też nie można zawierzyć bezgranicznie. Jak żyć wobec tego? Chodząc po linie nad przepaścią. Można tę sztukę oswoić do stopnia włożenia rąk do kieszeni podczas spaceru. Tak pisze Soren Gauger.
„Nie tamto” o tyle wiąże się z pierwszą, że wyłania się, podobnie jak pierwsza część, ze sztuczności, stylizacji, jaką są pozostałości murów obronnych w Suszu. Trwa w tych strzępach duma minionych czasów, ale to jednak nie nasza tylko krzyżacka duma. Do tego już poszarpana i pożółkła jak stare listy od Elki.
Nie wiem, co jest rzeczywistością. Dochodzą do mnie głosy różnych epok wystrzeliwane przez napoleońskie armaty ustawione w miejskim parku. Nie wiem czy to czytaliście, ale mnie kojarzy się ta książka przede wszystkim z tymi armatami.
Ostatecznie i tak chodzi przede wszystkim o tezę, jaką bohater słyszy z ust portretu:
„Podstawową kwestię, którą sam musisz rozstrzygnąć (…) stanowi pytanie: czy piwnica istnieje, czy nie. Jeśli bowiem uznasz, że ona gdzieś tam jest, potem zaś uda ci się ją odnaleźć, wtedy nic na świecie nie zdoła sprawić, że jeszcze kiedyś zwątpisz w jej istnienie. Możemy gromadzić naszą wiedzę – nie mówiąc już nic o naszych złudzeniach – niemożliwym jest jednak, aby coś od niej odjąć.”

Trudno powiedzieć, ciężko przechodzi przez gardło, że rozmowa z obrazem wydaje mi się kluczem do tej książki. Nie szukałem żadnego klucza. Przyszło mi tylko do głowy podczas czytania, że rozmowa o potrzebie materializowania swoich marzeń, pomysłów; uzależnienia od tego, co już się stało, że to jest sednem tej książki. Nawet jeśli nie, to już się we mnie wydarzyło i niestety, nie potrafię się tego pozbyć. Wszystko inne jest sztukaterią.

Pisarz próbuje oddziaływać na czytelnika, wywołać emocje świadomie dokonując zabiegów w konstrukcji. To cenne we współczesnej prozie przesyconej „zabiegiem” przyczynowo-skutkowym. Do tego zabawa konwencją opowieści ludowej, może baśni, thrillera podpowiada mi, że nie powinienem się zdziwić, gdyby przedwojenny mnich szczycił się elektrycznym czajnikiem.

Ostatecznie jesteśmy trochę budująco rozbici po książce Sorena Gaugera. My, to znaczy, ja i ten, o którym ciągle myślałem, że ją czyta. Jest jeszcze ta ona, której w myślach czytałem. Zazwyczaj jest blisko, ale tym razem postanowiłem nie czytać jej na głos.
Wszystko i tak zmierza do tragedii, spełnia się złożeniem ofiary z życia. Dobrze, że ofiara złożona jest czytelnym językiem, wnikającym głęboko do sedna sprawy, a jednocześnie bez przykrej nachalności pierwszoosobowego narratora. On skulony w ciemnym kącie uznaje wszystko za obraz zbyt zamazany, by go komentować, żeby niby-sparafrazować cytowanego przez Gaugera Pomponiusza. Wydarzenia serwowane w formie podania ludowego, któremu nie obca jest fantastyka, zaogniają moje relacje z rzeczywistością podczas czytania książki. Duszna, ciasna atmosfera klasztoru, dzielenie jej murów z dwoma podejrzanymi, podejrzliwymi, podtruwającymi się wzajemnie ojcami podpowiada mi, że muszę się ewakuować ze swojej zagrody, choćby na chwilę. Wizyta ojca i jego stawianie warunków przypomina mi moje bredzenie do uczniów. Dzięki książce Sorena Gaugera mamy możliwość konfliktowania się z samym sobą, co bywa pożyteczne. Dodaję do walorów książki jeszcze tę atmosferę dusznego klasztoru w pozbawionym wygód anturażu. Błoto, niepokój, chłód i pleśń. Kojarzy mi się z filmami  takimi jak „Hostel” i książką poetycką Gajdy pod tym właśnie tytułem. A i tak najbardziej książka ( w dwóch swoich częściach) oddaje atmosferę mojego miasta podczas deszczowych, grudniowych dni.
Tak, debiut polskojęzyczny Sorena Gaugera wprowadza dużo fermentu do świata czytelnika. I taka książka zawsze ma swoją honorową półkę w piwnicy. Kto przeczytał wie, że piwnica, wbrew swemu przeznaczeniu, przedłuża życie, ratuje.



Soren Gauger, "Nie to/Nie tamto" korporacja ha!art, Kraków 2014

środa, 3 grudnia 2014

Sorena Gaugera książka ze mną w podróży

O książce Sorena Gaugera "Nie to nie/ tamto"  opublikowanej niedawno przez korporację Ha!art w Krakowie więcej za kilka dni. Na razie leczę rany. Opowieść kanadyjczyka  mieszkającego od  piętnastu lat w Krakowie (przynajmniej w części "Nie to") to puzzle pocięte i samosięskładające. To książka, o jakiej śnię, ale nigdy nie napiszę. Zresztą, po cóż, skoro dużo lepiej zrobił to już Gauger.

"Nie to/nie tamto tnie mnie na części. Potrzebuję apteczki przy sobie o każdej godzinie. "Nie to/nie tamto" wyrzuca mnie na zakręcie i spadam ze stromej górki. To jest to!

środa, 1 października 2014

Mariusz Sieniewicz "Walizki hipochondryka" - Bohater na środkach przeciwbólowych

Emil Śledziennik to bohater nowej powieści Mariusz Sieniewicza. On sam oraz to, o czym mówi, co widzi jest sednem tej prozy. To w nim mogłem się przeglądać jak w lustrze i w tym, o czym mówi widzieć swój los, siebie, a także ludzi ze swojego otoczenia. Sądzę, że nie tylko o moje otoczenie chodzi. Śledziennik to bohater w wieku 40 plus, właściwe aż che się powiedzieć, że alter ego autora (też pisarz, pracownik teatru, więcej grzechów nie pamiętam).

Rozlicza się on ze swojego życia w oczekiwaniu na bolesny zabieg w szpitalu. Wtłoczony do miejsca, w którym panuje hierarchia pacjentów, gdzie jak w wojsku pacjent w relacji z lekarzem jest przedmiotem…tutaj badań powraca pamięcią do swojej przeszłości, przywołuje sprawy teraźniejsze.

Śledziennik jest pisarzem, ale nie tym rozpoznawalnym powszechnie, piszącym poczytne kryminały, romanse czy horrory. Wierzy w wyższy sens literatury aż w końcu przyznaje się, dojrzewa do przyznania się do słabości. On też myśli o tym, by napisać łatwe czytadło, stanąć przy ściance, być sławnym, liznąć splendoru. Ile można dawać niewiele dostając w zamian?

Rozmyślania Śledziennika to jakby gotowe tematy do felietonów. Wszystko w szpitalnej atmosferze wypełnionej bólem i ketonalem. Wydawać by się mogło, że to prosty sposób na książkę (i poniekąd tak jest, Sieniewicz, mam wrażenie, celowo pisze prozę taką jaką chce, bez kombinowania, bez atrakcyjnych zwrotów akcji i jeszcze bardziej atrakcyjnych ofiar, proza człowieka dla człowieka). To jednak trudne zadanie trzymać czytelnika przy książce, w której bohater w szpitalu rozlicza się ze swoim życiem, życiem innych, jeszcze raz ustala swoją relację ze światem. Niby można pisać i pisać, ale jak to zrobić, by nie zanudzić?

Znajdziemy tu wszystko, co wypracował do tej pory Mariusz Sieniewicz. Postacie-jakby nierealne, filmowe, nieco bajkowe byty, fantazmaty. Kocica Jasnowłosa obok Hakawatiego i dotkliwe realnej Ampuły i jego bandy. Plus Fumiasta i Cyganka.

Bohater Sieniewicza jest nam bliski. Przeglądamy się w nim. Każdy z nas uwierzył kiedyś w coś, co odsunęło go od sławy, pieniędzy, splendoru i wygody. I nawet nie wiemy czy tego żałować, czy nie?

My też mamy ochotę zamknąć się w szpitalu i jechać na środkach przeciwbólowych. My też zauważamy, że dziś nawet Sofoklesa należy odnowić, poprawić, odchudzić. Nie pasuje klasyk jako taki, nie może być sobą, trzeba go stjuningować, dodać coś od siebie, by stał się obiektem pożądania. To wyraz arogancji naszego pokolenia, może w ogóle pokolenia ludzi powojennych, tęskniących za cielesnością, pustką. Chcemy być do szpiku wysrani i leccy dzięki temu. Wysrani z treści pokarmowej i sumienia.

Mariusz Sieniewicz osadza swojego bohatera w szpitalu. To rośnie we mnie do rangi jakiegoś symbolu. Oto dzisiejszy bohater, człowiek ciągle odczuwający fizyczny ból. Nieustannie babrze się w tym bólu. Albo leczy rany, albo je sobie zadaje. Nie może żyć bez poprawiania siebie, sobie nosa, ucha, wargi. Musi się odchudzać, więc sili się na siłownię, bieżnię, rower, basen, tenis. Dzisiejszy bohater to już nie olimpijczyk, ale podstarzały maratończyk, który oblizując ręką siwiznę, marszcząc pełną zmarszczek twarz mówi w dziesięciosekundowym materiale telewizyjnym z kolejnego maratonu, że pokonał siebie. Patrzę na niego i widzę jak kładzie się zaraz do szpitala na przetoczenie krwi, jak zaraz mu coś łupnie w stawie kolanowym i znów zamknie się przed światem.

Moja teza brzmi: to przeskakiwanie samego siebie to wyraz słabości. Nikt już nie ma odwagi powiedzieć, że czuje się na tyle lat ile ma? Czy ciągle musze słyszeć, że ktoś czuję się o dwadzieścia lat młodszy?

Tak oto wszyscy wylądujemy na chirurgii z ketonalem w żyłach. I szczęście mają ci, którzy są na to gotowi.

Zwracam jeszcze uwagę na tych, którzy nie idą w stronę pozowania na herosa, przeciwnie – w tym świecie wszechpotrzebnego f i t, kultu zdrowia, byczości, sprawności, młodości w zaparte idą w chorobę. Muszą ci powiedzieć, że oni mają gorzej, bo są chorzy lub chorują członkowie ich rodzin, przeto powinieneś im wybaczyć wszystko. Oni mają więcej praw i więcej im się należy, wszystko im się należy. Nie mogą długo stać, leżeć, siedzieć, w pracy pracować, na czerwonym świetle czekać, itede.

Emil Śledziennik każdego dnia w szpitalu próbuje zrozumieć sytuację, zżyma się na swoje życie. Powoli przygotowuje się do odejścia, być może nie biologicznego odejścia. I to jest jego siła. Sztuka rezygnacji.


W sumie lubię Śledziennika. Lubię jego narzekanie, akty poddawania się są bliższe krwiobiegu człowieka czekającego na bolesny zabieg, jakim jest usuwanie kamieni. Oczywiście korci mnie, by całą sytuację potraktować symbolicznie czy alegorycznie, że to zabieg na sobie, na swojej mentalności. Wykroić sobie coś z głowy, załatwić sprawy z babcią, pogodzić się ze swoim wiekiem, zawodem, relacją ze światem. To budujący akt rezygnacji z wielu imaginacji z jakimi na co dzień borykają się nasi dzisiejsi wielcy bohaterowie.



Mariusz Sieniewicz "Walizki hipochondryka" Wydawnictwo Znak, 2014

sobota, 2 sierpnia 2014

Łukasz Orbitowski "Horror show"

Wznowienie tytułu z roku 2006  pobudza do myślenia. Stawiam na to, że „Szczęśliwa ziemia” potrzebowała kamienia, jak każda dobra proca. Zadałem sobie pytanie czy ten kamień to dobry pocisk?

Nie znam Krakowa. Dlatego, nie poznałem się na jego legendzie, klimacie i cepelii. Bywam w nim średnio raz na 10 lat przez chwilę. Nie wczułem się w jego dekoracje, dlatego nie umiem docenić ich obracania w proch.
Czytelnicy „Horror show”, pewnie przede wszystkim krakowscy, cenią książkę za obraz giełdy na Balickiej. Cóż, nie znam. Znam tylko rynek w Suszu, gdzie sprzedawano raczej żywy inwentarz, jajka, wędki i wszelkie mydło i powidło, z naciskiem na żywy inwentarz. I chociaż nijak się ma ów rynek suski do giełdy na Balickiej, gdzie bohater Giełdziarz handlował pirackimi płytami CD, grami komputerowymi i wszelkim badziewiem, na którym dało się zarobić, co nijak ma się do warchlaków i królików, to jednak wciąga mnie formuła handlu pod chmurką, gdzie ludzie przekrzykują się podczas targowania. Grają w trzy karty, robią lewe interesy. I ponad wszystko mają na spoconych latem twarzach pot człowieka kupującego taniej i sprzedającego drożej. Podstawowe pytanie: ile mogę na tym, ugrać, staje się fundamentem życia, powiedzmy. Ale życia pod gołym niebem, bez ochrony parkingu nad głową i perfum. Bez opieki franczyzodawcy, bez kawiarni po lewej i pizzerii na parterze.

Świat Orbitowskiego w „Horror show” jest tak realny, że aż zaczynam w niego wątpić. Ta gra polega na tym, że, jak sam autor deklaruje, napisana na pełnym wkurwie, proza silnego chłopa, musi wydać się zagadką. Przecież nie ma tu 400 stron, brak stronicowych opisów maszkar wyłaniających się ze ścian, plujących krwią demonów, wyrywających głowy i plączących się w ludzkich żyłach golemów. Tak, to typowa gra, typowy show, tyle że nie ma w nim świateł i dymów.
Orbitowski wymyślił człowieka plującego robakami, bohatera pracującego na giełdzie, któremu wpadają do rąk rekwizyty: układanka i świecznik. Właśnie te fanty są kołem zamachowym akcji. Układanka zmienia układ sił w rzeczywistości. Tylko czym jest u Orbitowskiego rzeczywistość, skoro sam Giełdziarz jest człowiekiem bez imienia, to po prostu Giełdziarz nie znający swojego imienia. Objawia mu się ono dopiero w finale powieści i może być traktowane symbolicznie, ale czy ten symbol jest wyraźny? Potrzebny? Show.

Książka pisana językiem miejscami soczystym swoim przekleństwem, nie mającym skrupułów. Zmierza on jednak ku szybkiej i oszczędnej w słowach relacji z wydarzeń. To też sprawia wrażenie gry.

„Horror show” to również inni bohaterowie. Wyraźni, wymykający się regulaminowemu życiu na etacie. To Szpad, jego żona pijąca, nie bardzo na matkę się nadająca, to dziewczyna Giełdiarza, która okazuje się gościnna dla innych, dobrze na rurze tańcząca. Taki ciemny klimat, taki kryminalny, podejrzany, niebezpieczny. To ludzie innej bajki, bohaterowie, nie dający się łatwo poznać.

Czytałem „Horror show” na rybach, na plaży w Kątach rybackich, w domu, na balkonie. Bywało, że uśmiechałem się, jakbym nie horror czytał a show. Bystrzacha jest ten Orbitowski, a „Horror show” to lekki kamień dla dobrej procy - poleci daleko a krzywdy nie zrobi.


Łukasz Orbitowski, „Horror show” Korporacja ha! art., wydanie II, Kraków 2014

sobota, 5 lipca 2014

Joanna Dziwak, "Gry losowe"

W czerwcu tego roku debiut prozatorski przeżyła Joanna Dziwak. Jej powieść „Gry losowe” wspinała się do druku na stronie korporacji ha!art około dwa lata. Teraz papier. Powieść ta nie jest powieścią konwencjonalną z mocno zarysowanymi bohaterami mającymi swoją przeszłość. To trzy odrębne historie trzech różnych bohaterek. Powieść jest jednak spójna w każdym calu.

Zacznijmy od tego, o czym już wspomniałem. Książka ukazywała się najpierw w odcinkach w Internecie (niczym „Lalka” Prusa w Kurierze Codziennym, zresztą też przez okres dwóch lat). Książka „drukowana” w necie mówi w dużym stopniu o necie i jego bywalcach, czyli pokoleniu ludzi urodzonych w latach 80, ale przecież nie tylko tych. Powieść pisana żywym, elastycznym, zmieniającym się, przystosowującym do potrzeb językiem.  Jeżeli ktoś lubi narrację pełną ironii w stylu Mistrza Ciętej Riposty, zapraszam.

Zresztą, ci którzy nie szukają w literaturze przeintelektualizowanych okrągłych zdań wielokrotnie złożonych z pietyzmem maniaka, też będzie zadowolony. Co więcej, ci, którzy szukają odpowiedzi na pytanie, dlaczego im się w życiu nie powiodło, też znajdą odpowiedź.

To z pietyzmem napisana brzydka proza. Rola odegrana perfekcyjnie. Skupiona na ironicznej frazie, jak te z memów tworzonych przez autorkę niemal zawodowo. Może sprawiać wrażenie płaskiej, pozbawionej refleksji, ale to narracja będąca owocem refleksji. Wyłania się z niej świat ludzi świecących się ubraniami, napromieniowanych telewizorem i laptopem. Tu ludzie mają wysokie aspiracje i małe możliwości. Tu ludzie żyją ciągłym zgrywem. Zgrywają się, próbują wcielać w życie każdy, choćby najgłupszy, pomysł. Tu ludziom wydaje się, że wszystko jest możliwe. Jakby założenie rodziny, spotykanie się z innymi było niczym więcej jak założeniem profilu na portalu społecznościowym. Nic dobrego z tego nie wychodzi.

Rzeczywiście Książa dobra na wakacje. Joanna Dziwak śmieje się ze wszystkiego do łez doprowadzając czytelnika. Bywa jednak, że już łez śmiechu nie starcza i pozostaje jakiś smutek bliżej nieokreślony. Dochodzi do czytelnika, że świat z „Gier losowych” kręci się obok, tuż, tuż, za ścianą, w pracy, na ulicy. To nas dotyka. Te trzy historie pokazują nam jeden z poziomów rzeczywistości, w którym poruszają się ludzi szukający prostych rozwiązań, bezrefleksyjni, z wiedzą zaczerpniętą z Wikipedii. To ważna Książka.


Książka ta powinna być ważna dla nauczycieli i wychowawców, którzy, he, nie mają profilu na facebooku i zamknięci w czterech ścianach swoich dyplomów magisterskich sprzed 30 lat szukają sposobu w regulaminie szkoły, by dobrać się do swoich uczniów. A ci uczniowie nie istnieją tacy, jakimi ich pedagodzy widzą. W ławkach siedzą zupełnie inni ludzie, jakby z innego świata, z innej religii, tradycji, używający innego kodu komunikacyjnego. Zrozumieć ich to wielka sztuka. Jakąś prawdę o nich mówi ich profil na portalu, buty na nogach i focie w komórce. To jednak tylko część prawdy o nich. Jacy są naprawdę? Zagrajcie w „Gry losowe”, może się przekonacie.


Joanna Dziwak, "Gry losowe", Korporacja ha!art, Kraków 2014

wtorek, 24 czerwca 2014

Zachar Prilepin, "Czarna małpa"

"Czarna małpa" nad Morskim Okiem"
„Nikt nikomu do końca nie wierzył, a jednocześnie wszyscy byli gotowi dać wiarę każdej bredni.”

To zdanie z książki Zachara Prilepina pt. „Czarna małpa” może stanowić trafne motto niejednej biografii. Autor jest Rosjaninem, czyli pochodzi z kręgu ludzi, którzy wychowali się w indoktrynacji. My podobnie, jesteśmy, lubimy być, bałamuceni, bo to daje względny, acz chwilowy spokój. Widzę to na co dzień. Nikt nie wierzy, że umiem pisać, mimo, że napisałem kiedyś maturę, ale każdy uwierzy, że mogę okraść człowieka, mimo że dawno nie okradłem sam siebie.

Książka Prilepina czaruje nas okrucieństwem, agresją, która nasyca się w końcu kolorem groteski. Autor ukazuje się jako narracyjny szermierz, który prowadzi nas raz słowotokiem wyciekających, destrukcyjnie wpływających na system nerwowy fraz, innym razem tworzy epicką opowieść o frenetycznym zacięciu, to znowu stylizując wypowiedź na język raportu, podaje rzeczywistość jako narrator o pustym sercu do punktu, w którym pozostaje nam tylko głuchy, przez nikogo nie słyszany śmiech.

Prilepin znany jest już polskiemu czytelnikowi z dwóch powieści. Tym razem możemy być zaskoczeni rozbiciem wątków, że tak się wyrażę. Może ciężko czasem trzymać pion, ustalić kolejność zdarzeń. Mnie jednak taki sposób przedstawienia rzeczywistości odpowiada, bo zgadzam się z tym, to zbieżne z tym, co mnie spotyka. Rzeczywistość w „Czarnej małpie” jakby nie istniała. Rozbija się na kilka platform, które istnieją niezależnie. Instynktownie wiemy, że spotykają się one w jakimś punkcie, ale nie damy głowy za to, w którym.


O czym jest książka? Według mnie o pogłębiającym się szaleństwie bohatera. Trudno wytrzymać w świecie, być może chodzi tylko o Rosję Prilepinowi. Ja jednak nie potrzebuję wiedzieć jakiej jest on narodowości, nie widzę w tej książce również aż tak wiele Rosji. Ta historia może przytrafić się wszędzie. Nawarstwienie zła przytłaczające bohatera i doprowadzające go do obłędu ma miejsce wszędzie. I wszędzie żyją ludzie nie dający sobie rady z tym złem, nie umiejący się oszukać. Nie każdy daje wiarę bredni.


Zachar Priplepin, "Czarna małpa", Wydawnictwo Czarne 2013

środa, 18 czerwca 2014

Andrzej Stasiuk, "Nie ma ekspresów przy żółtych drogach"

W ostatnim numerze Szafy ukazało się kilka słów ode mnie na temat nowej książki Andrzeja Stasiuka.

link tu

Fragment:

"To książka o kraju, przede wszystkim człowieku, żyjącym mentalnie i intelektualnie ciągle na boku. Nawet nie w tyle, ale z boku. Gdzieś na poboczu. Trzeba skręcić z głównej drogi, by spotkać tego człowieka i jego zagrodę. To książka bardzo potrzebna, bo maluje obraz Polski i Polaków, jakiego się wstydzimy, a który, chcemy, czy nie chcemy, znika bezpowrotnie, jak znikają w moim mieście gołębniki stojące dziesiątki lat. Nikomu wcześniej nie przeszkadzały, ale mieszkańcy wsi przeprowadzający się do sześciotysięcznego miasta, chcą to miasto poczuć. Oni uciekli od gołębników, szajerków, rozsypujących się obór nie po to, by tu mieć mniej więcej to samo. Oni nie chcą żadnych synonimów wsi obok siebie. Zatem tu gołębników wszelkiej maści, szajerków i altanek być nie może. Przeszkadzają nawet blaszane garaże. To śmierdzi i brzydko wygląda. Poza tym nie po to bufon za ostatnie pieniądze zrobił dach, za kredyt spłacany do końca życia wybudował śmieszny domek, by teraz obcy gołąb nad jego niebem latał i wysrał się czasem na czerwony dach."

Andrzej Stasiuk, "Nie ma ekspresów przy żółtych drogach", Wydawnictwo Czarne 2013"

sobota, 3 maja 2014

Wiesław Niesiobędzki, "Kochankowie z Lipowej Wyspy"

Tym razem lokalnie, tradycyjnie. "Kochankowie z Lipowej Wyspy. Legendy znad Jezioraka" to napisane przez Wiesława Niesiobędzkiego opowieści w formie właśnie legend dotyczące życia dawnych ludzi na Pojezierzu Iławskim. Spójne, łączące się ze sobą przyczynowo i skutkowo kolejne legendy barwnie opisują zarówno przyrodę lokalną jak i obyczaje dawnych ludzi zamieszkujących te tereney, czyli pólnocych Słowian i Prusów.Nawet nie ma o czym gadać-świetnie się czytają, szczególnie dzieci mogące skupić się dłużej, lubią posłuchać tych zawierających uniwersalne prawdy legend.

Pojawia się tu słownictwo nawiązujące do dawnego języka tych stron, szcególnie w nazewnictwie nazw miejscowości, jezior jak i zwyczajnych zrwotów.

Ujmującym dodatkiem są ilustracje autorstwa dzieci z iławskiej Szkoły Podstawowej nr 2. Niestety bardzo prawdopodobne jest, że nie dostaniemy już tej książki w księgarni. A unikatowe egzeplarze rozsiane są po bibliotekach. Ja znalazłem książkę w bibliotece Gimnazjum im. Kawalerii Polskiej w Suszu. Zatem niech żyją biblioteki, niech będą dotowane w ilości większej niz autostrady i zbrojenia.

Tu link do strony, na której opublikowano kilka wybranych z książki legend


Wiesław Niesiobędzki, "Kochankowie z Lipowej Wyspy", Iława 2004





środa, 26 lutego 2014

Hakan Nesser, "Kobieta ze znamieniem"... znamiona nudy

Nudzi mi się wyraźnie. W piwnicy znów kryminalnie. W chorobie, kiedy to człowiek nie może się skupić, wysilić umysłowo, kryminał Nessera sprawdza się w dechę. Szybka akcja, grad ciosów. Zadnych odcieni szarości. Jedziemy z koksem ciągle do przodu, ku rozwiązaniu zagadki, która zresztą dość szybko przestaje być zagadką. Nesser pozwala, albo mu się to wymknęło spod kontroli, domyślać się jaka płeć i dlaczego dokonuje zabójstw. Wygrywa kombinując w konfiguracjach rodzinnych. 

Fabuła rozopczyna się pogrzebem jej matki. Jej, czyli kogo? Nie od razu ma autor pragnienie nam to wyjawić. Pogrzeb jest szary i tuzinkowy jak jej życie. Życie i śmierć mają tu ten sam mianownik, powiedzmy z pewną przesadą. Córka wspomina podczas tej mutnej uroczystości słowa matki proszącej o to, by córka zrobiła coś wielkiego, coś czemu można przyklaskiwać po śmierci.

Niedługo potem od strzałów w klatkę piersiową oraz w krocze ginie mężczyzna. Wcześniej otrzymywał anonimowe telefomy, nie do kónca głuche, ponieważ dało się słyszeć melodię, jakąs melodię. 
Do akcji wkracza śledczy Van Veeteren wraz ze swoją ekipą. Po raz czwarty na polskim rynku wydawniczym węszy ów komisarz.

Lubię kryminały pozwalające być po stronie przestępcy, bo zło poiąga wszystkich a jeśli odgywa się w książce lub w filmie to tym bardziej mamy ochotę przyklaskiwać zemście, dawać upust własnej frustracji.

Nie jestem stałym czytelnikem tego gatunku i tego autora. Polecam jednak wszystkim będącym w chorobie, w jakimś tam bólu, bo ta narracja i niezawiła fabuła pozwalają zapomnieć o sobie. 

A tego w piwnicy życzymy sobie zawsze najbardziej.



Hakkan Nesser, "Kobieta ze znamieniem",  Wydawnictwo Czarna Owca 2013

niedziela, 23 lutego 2014

"Chiny? Dlaczego nie..." Relacja z podróży

Chiny to tajemniczy kraj. Wielki i owładnięty przez kung fu. Takie miałem o Chinach mniemanie od dziecka, co powodowało, że od rana spoglądałem na wschód. Uczyłem się sam technik kopania, blokowania i tym podobne, by stać się Chińczykiem fruwającym między drzewami. O podróży raczej nawet nie marzyłem. A tu okazuje się, że matka z córką podejmują decyzję w jednej chwili i wyruszają w podróż do Chin. Prwdopodobne, że to jedynie fikcja literacka, ale daje smak.
Dwie kobiety wyruszają w dwutygodniową podróż, pokonując 8 tysięcy kilometrów, zwiedzając jedną z najstarszych kultur świata. W oparciu o swoje wrażenia piszą książkę, która wciąga i daje rozeznanie w kulturze Chin. W ciągu dwóch tygodni miały okazję poznać niezwykłą kuchnię tego kraju, o której niewiele wiemy, mimo barów orientalnych obecnych w Polsce od lat dziewiędziesiątych ubiegłego stulecia. Zwracają uwagę, że smaki docierające do Europy to już tylko mdławe odbicie orginału. Zresztą, to co z Europy dostaje się na daleki wschód również nie wiele ma wspólnego z prawdą o smaku, żeby podać tylko przykład brzoskwiń, jakimi gospodyni chińska chciała uraczyć nasze bohaterki. Zauważają, że nawet w ulicznej kuchni chińskiej najwazniejsza jest jakość i świeżość produktów. Zamawiana kura musi się jeszcze szamotać, by prawie na oczach klienta wpaść do garnka. Osobliwe jak cały kraj.

Malowniczy i sugestywny opis podróży pociągiem rukszą, tuk tukiem, statkiem nie pozwala odłożyć książki z powodu obiadu, serio.

Książka wciąga, choćby dlatego, ze autorki od początku nie ukrywają faktu spontaniczności a co za tym idzie zupełnej niewiedzy w temacie łącznie z niezanajomością języka. Postanawiają wspomóc się ideą couchsurfingu – w szarym skrócie, to sposób podróżowania polegający na instalowaniu się w domach otwartych na podróżnych w zamian za przygotowanie jedzenia oraz odwdziękę w postaci przyjęcia podróżnych u siebie.

Publikacja być może nie jest przepisem na to jak podróżować, nie dochodzą z niej zapachy ustępów na narciarza, ale kreśli nam widoki, na jakie musimy być gotowi podczas zwiedzania Chin. Autorki często wydają się być zadowolonymi z siebie kobietami nowoczesnymi, przed którymi nie ma granic nie do pokonania. Łatwo też ulegają urokowi obcych ziem, dzięki czemu narracja staje się wiarygodna i wciągająca. Razu jednego zauroczone obcą kulturą przywołują opowieść spotkanych obcokrajowców jakoś tam związanych rodzinnie z Polską, opowiadających jak to zapragnęli zajrzeć do Wrocławia. Niestety okradziono ich i dużo czasu spędzili na poterunku. Polski im się odechciało. Historia ta jest tak prawdopodobna, że aż trudno w nią uwierzyć w tych okolicznościach.

W książce pojawiają się ciekawostki dotyczące historii, obyczajów w tym zależności między ludźmi jakie panują w Chinach. Rodzice skazani są na starość na opiekę ze strony dzieci, co w kulturze – obecnie – rodzin jednodzietnych jest nie lada problemem. He, tu mała uwaga, autorki są tak pochłonięte urokami przyrody i kuchni, że zdobywają się na mało fortunne stwierdzenie: „Nie czas jednak dywagować nad losem najliczniejszego narodu na świecie. Pora wznieść się nad chmury i spojrzeć na wszystko z wysoka.” To po co ta mowa, drogie panie, o problemach Chińczyków? Typowe dla zadowolonych z siebie turystów.

Książkę polecam jako dobrze czytającą się relację z podróży.




„Chiny? Dlaczego nie…”, Anna Karpa, Katarzyna Karpa, Wydawnictwo Nowae Res, 2013

piątek, 21 lutego 2014

Cezary K. Kęder, "Rurand. Prequel". O pisanie idzie.


Wsiąkłem w książkę. Ale już po książce. Prequel. Będzie kontynuacja? Dlaczego nie? Pójdźmy znów za bohaterem spotykającym kobiety, różne kobiety, za bohaterem pokazującym je takimi jakimi one są, bez wubujałej kreacji. Pokazuje również i siebie takim jakim jest, bez większych odcieni szarości. Nie wiem czego on chce, dokąd idzie i skąd się wziął. Cezary Kęder pisząc swojego bohatera nie uznał za szczególnie ważnym faktu, że bohater ten mógłby mieć jakąś przeszłość lub przyszłość. Istnieje tu i teraz. Poznaje kolejne kobiety, często wyszukuje je instynktwnie jak zwierze, najmniejszy przejaw kobiecości dobiega jego nozdrzy natychmiast. Poznają się i najczęściej seks następuję szybko, udany lub nie, znamy to. Ci którzy nie znają, niech żałują. Bohater wywala się na plecy czasami, bywa, że przedmiot jego pożądania ulega kontuzji. Tak bywa. Tracimy, zyskujemy, czasem trwamy bez ruchu. Tutejszy bohater jednak na brak ruchu nie narzeka. Podczas jego podróży, chociaż nie jestem pewny czy można to tak nazwać, dowiemy się nieco o nim.

Nikomu nie umknie smaczek polegający na trójosobowości bohatera. Kęder pisze go w pierwsze, drugiej i trzeciej osobie. Taki fragment:
„Przyglądam się jej. Dreszcz przebiega mu po plecach i zaczynasz naprawdę się nią interesować.” Mogą pojawić się pytania dlaczego autor to robi? Czego on chce, co chce powiedzieć i tym podobne. Ja nie wiem. Proponuję, by w tym ciągłym zamieszaniu, mieszaniu osobami poruszać się intuicyjnie, jak ów bohater przemieszcza się po swojej przestrzeni dyktowanej przez Kędera. Świetlicowy snując swój monolog też często nie wiedział, kim jest, bo ta samotność jakaś, bo to, że nie chce się już być tym kim się jest, bo chciałoby się być kimś innym, bo siebie ma się dość, chciałoby się wejść w nią jako ktoś inny. Poza tym czy ja pisząc bohatera, piszę siebie, może ciebie zza tego okna widząc piszę?

Niewątpliwie to sposób narracji, który mnie nie tylko wciąga, ale wydaje się być uczciwy. Dzięki tej schizofrenii dostajemy efekt szczerości, świadomie szczerość określam tu jako efekt, w końcu mowa o książce, narracji, jednak kreacji. Mam kilka ulubionych fragmentów. Podam jeden:
„Jola opiera się o umywalkę, a ja zsuwam jej z pupy majtki, które natychmiast zjeżdżają na ziemię. Z szacunku dla koronkowej roboty szybko wyplątuję je z obcasów i wieszam na kranie. A potem rozchylam jej pośladki i ostrożnie się w nią pakuję. Jola pochyla głowę, jęczy, zagryza zęby na swoim ramieniu, a on widzi w lustrze nad umywalką moją gębę i to go rozprasza. „Chcę widzieć twoją twarz” mówisz do niej i prosisz, żeby oparła się plecami o ścianę.”

Czytając, mówił w uniesieniu: „piszesz taką książkę od lat, od świetlicowego, ale jeszcze nie napisałem.”

W tej książce nie ma puenty. Bohater nie zmierza do nikąd. Fabuła jest skromna, gdzieś jest. Nie o nią chodzi, nie o cel bohatera i nie o jego poglądy idzie. Rurand nie musi wam niczego dawać, niczego mówić, odpowiadać na pytania.

Tu idzie tylko o pisanie. Aż o pisanie. O pisanie bohatera. Siebie. Ciebie. Idzie, po drugie, o czytanie. Siebie. Jego. I ciebie.


Cezary K. Kęder, „Rurand. Prequel”. Wydawnictwo FA-art, 2013.

sobota, 15 lutego 2014

Hans von Lehndorff „Dziennik z Prus Wschodnich”

Hans von Lehndorff urodził się w 1910 roku w Graditzu w Saksonii. Zmarł w 1987 roku w Niemczech. Dzeicińswto i młodość spędził w Prusach Wschodnich, gdzie studiował medycynę, chociaż nie tylko tu. Mieszkał w Trekenach, Królewcu, Insterburgu. Gruntownie wykształcony protestant – studiował w Genewie, Paryżu i Oxfordzie prawo, po czym zdecydował się na studia medyczne, był przeciwnikiem reżimu hitlerowskiego. Członek jego rodziny zginął z rąk faszystów podejrzany o uwikłanie w zamach na Adolfa Hitlera. Autor „Dziennika z Prus Wschodnich” zderzył się z brutalnością wojny zaraz po wkroczeniu wojsk radzieckich na tereny Prus.


Dziennik ten to – muszę przyznać – książka, którą mogę traktować ze szczególnym sentymentem ze względu na to, że Lehndorff opisał w niej swoje przeżycia między innymi związane z miastem Rosenberg, czyli dzisiejszym Suszem, w którym mieszkam od urodzenia. Skarbiec Suski wydawany przez Stowarzyszenie Miłośników Ziemi Suskiej już kilka lat temu drukował ten fragment wpomnień.

Pobyt w Królewcu nawiedzonym przez diabły – jak pisał o Rosjanach to obraz gwałtów na kobietach, chorób i głodu w księżycowym krajobrazie zniszczonego i nadal bombardowanego miasta. Autor z pewnym chłodem, realizmem rysuje obraz rozpaczy i zdziczenia żołnierzy wkraczających do miasta. Opis zachowania Rosjan zmierza do wniosku, że to ludzie innej cywilizacji. Cieszą się jak dzieci z roweru, a najcenniejszą zdobyczą jest zegarek.

„Z jakim zapamiętaniem demonstrują chaos! Do tego ta głucha, szczekliwa mowa, która już dawno pożegnała się ze słowem. I jeszcze podjudzone piętnasto-, szesnastoletnie dzieciaki, które jak wilki rzucają się na kobiety, nie wiedząc nawet dobrze, o co właściwie chodzi. To nie ma nic wspólnego z Rosją ani z jakimś narodem czy rasą – to jest człowiek bez Boga, karykatura człowieka.”

Lehndorff jednak cały czas daje do zrozumienia, że to wojna, czyli czas zmieniający zachowania ludzi. Nie pozwala nam myśleć, że Niemcy poczynali inaczej, nie umniejsza ich win na tle tego, co robili Sowieci.
W tym dramatycznym czasie protestant nieustannie zwraca się ku Biblii. Cytaty mają znaczenie terapeutyczne. Podobnie jak świat przyrody. W dzienniku rejestruje on każdy przejaw życia widoczny z punktu widzenia umierających ludzi, umierających nie tylko fizycznie, ta śmierć jest ostatnią. Najpierw ludzie umierają jako istoty zdolne do odczuwania bólu, wstydu, siebie. Nie ma już moralności, nie ma w tych ludziach boga, wiary w cokolwiek.

„Wkrótce żadna z kobiet nie miała już siły na stawianie oporu. W ciągu kilku godzin dokonała się w nich przemiana, ich dusza umarła, słychać było histeryczny śmiech, który jeszcze bardziej rozjuszał Sowietów. Czy w ogóle można pisać o tych rzeczach, o czymś najstraszniejszym, co dzieje się wśród ludzi?”
W tym czasie Lehndorff odwołuje się do Biblii, dostrzega życie w każdym możliwym jego przejawie. To może być trawa, kura, ptaki.

Ostatnim etapem jego ciągłej ucieczki jest pobyt w Rosenbergu (Suszu), gdzie pracował jako lekarz w miejskim szpitalu. Każdy mieszkaniec naszego miasta będzie się zastanawiał, kto był wtedy komendantem milicji, kto UB. Zrujnowane miasto i jego mieszkańcy wydają się bliscy, mimo że nie żyją już zapewne od wielu lat. Jednak wiemy, kto był pierwszym fryzjerem, kto piekarzem. Krew pierwszych osadników płynie w naszych żyłach nadal.

Niemiecki lekarz powoli przystosowuje się do życia między Polakami. Podkreśla, że nie doznał dotkliwej krzywdy. Widać jednak antagonizmy między Polakami a Rosjanami, stosunki między nimi charakteryzuje ciągła nieufność. Wszystko co złe okraszone jest tu długimi spacerami, podczas których Lehndorff odczytuje z pamięci grażymowskie lasy, pałac w Januszewie należący do jego rodziny, tutejsze jeziora, zagajniki. Zna tu każde drzewo,  być może każde zwierzę. W końcu trzeba przyznać, że jest on jakby z innej planety pośród zdziczałych, głodnych i często krwiożerczych istot. Ten chłodny opis oczywiście nie jest wolny od emocji. Szczególnie, kiedy wspomina czasy dziecinne, młodość i swoją rodzinę. Pobyt w Januszewie, Brusinach to wywoływanie duchów, co tam – demonów dzieciństwa, które ostatecznie pomagają mu przeżyć w świecie wyzutym z ludzkich odruchów, w którym każdy przejaw dobrej woli pozostaje w pamięci do końca życia. Uderzają w moją bezsilną w tym wypadku wyobraźnię słowa autora o wyrzutach sumienia spowodowanych tym, że jednak nadal się żyje w tym świecie opętanym śmiercią.

 „Czyż nie miałem wystarczająco wielu okazji, by rzucić się na napastnika i ponieść przyzwoitą śmierć? Tak, to, że jeszcze żyję, oznacza moją winę, dlatego też nie wolno mi tego przemilczeć.”
„Och, z jaką zazdrością spogląda się na zmarłych! Ta mała kobieta na stole operacyjnym jest dla wszystkich wokół uosobieniem pokoju. Co miałbym jeszcze powiedzieć o tej nocy?(…) Z wolna wsącza się do wnętrza obojętność – najgorszy wróg.”

Dziennik powstał właśnie z wyrzutów sumienia. Autor niejednokrotnie daje to do zrozumienia. Stąd tak często odwołuje się do słów Biblii, przywołuje w pamięci ludzi dających siłę, w końcu za żywo zapisuje w swoim małym notesie szczegółowo wydarzenia, by nie zapomnieć tak chętnie z czasem ulatujących szczegółów.

Zniechęcenie przeplata się tu z niezrozumiałymi wręcz aktami wiary w przyszłość. Przypomnieć sobie wystarczy jak lekarz doglądał ogródka w Januszewie, mimo pukającego się w głowę otoczenia i komentarzy, według których i tak niedługo go zabiorą do Niemiec lub gdziekolwiek indziej. To niesamowite jak oddychając zatrutym powietrzem potrafił robić swoje z ufnością w boży plan.
„I oto nagle głos we mnie, odpowiedź i nakaz – otwórz oczy i patrz, bo wszystko, co się tu dzieje, byłoby naprawdę bez sensu i bez celu jak rechot piekieł, gdybyś ty tego nie widział. To nie jest mgnienie wielkiej historii – mgnienie, które przeminie, to jest wielka historia w jednej chwili, twojej chwili. Dlatego tylko patrz, a ujrzysz chwałę Bożą. I oto ten brudny, wynędzniały ludzki robak, jakim jestem, dygocze przeszyty wielką łaską.”

Można pisać bez końca. O „Warszawiance” z Rosenbergu, płowej zwierzynie w lasach januszewskich obfitujących również w grzyby, o rybach z Jezioraka i ludziach z Siemian. Lepiej jednak spotkać się z językiem Lehndorffa, któremu nie brakuje literackich atrybutów.

Jednocześnie warto przyjechać do dzisiejszego Susza, wejść do legendarnej piekarni istniejącej do dziś, wysiąść na dworcu opisywanym w dzienniku i stanąć naprzeciw „czerwonego szpitala”, który dał niegdyś schronienie autorowi Dziennika a funkcjonującym do dziś jako Dom Pomocy Społecznej. Można też wybrać się na grzyby do Januszewa albo na ryby gdzieś w okolicy.

Nie wiem jednak czy pozwoli to szybko zapomnieć o tym, co przeczytacie w „Dzienniku z Prus Wschodnich.”



Hans von Lehndorff „Dziennik z Prus Wschodnich”, Ośrodek KARTA, Warszawa 2013