sobota, 2 maja 2015
Jakobe Mansztajn "Studium przypadku"
środa, 15 października 2014
Kamil Sipowicz "Choroby kartezjańskie". Tańce.
gil o czerwonym brzuchu wybija dziobem
szczelinę i cieknie z niej nasienne światło.
Czujesz je na języku, taniec korony stworzenia.
sygnaturę drapieżcy, a ty chcesz kolcem języka
przebić się na drugą stronę.
Rozpruta szmaciana lalka, pajacyk,
co zdycha na gruźlicę, dziecinna kuchenka,
oczywiście rozbita.
sobota, 21 czerwca 2014
Rafał Skonieczny, "Dzikie strony". Ucieczka od nadmiaru.
wtorek, 13 maja 2014
Besztam wszystkie rule
niedziela, 13 kwietnia 2014
Marcin Ostrychacz, "Zamiatając pod wiatr"
niedziela, 16 marca 2014
Statystyki zwalają z nóg, Kira Pietrek "Statystyki"
sobota, 28 września 2013
Konrad Wojtyła, "Czarny wodewil"
środa, 3 października 2012
Kamila Pawluś, "Klaustrofobia. Na wynos."
poniedziałek, 27 lutego 2012
Tomasz Bąk, "Kanada"
piątek, 24 czerwca 2011
Przemysław Owczarek, "Pasja"

Nie jestem w stanie docenić poezji Owczarka w pełni. I pewnie wcale nie o to chodzi, by umieć powiedzieć, co dokładnie w wierszach tych przykuwa uwagę, jakiego sposobu użył, by pomóc wyobraźni śnić na jawie. Każdy kto czytał książkę Przemysława Owczarka „Pasja” spotkał się ze światem tak mocno wykreowanym W WYOBRAŹNI AUTORA, ŻE ZASŁUGUJE TEN ŚWIAT W PEŁNI NA MIANO LITERATURY. Tomik podzielony na cztery pasje: wiedzenia, dzielenia śnienia, uzdrawiania. Składnia tych wierszy jest na tyle gęsta, „owczarkowa”, by śmiało mówić o pasji pisania poezji. Motyw ojca, pojawiające się postacie biblijne z całym swoim bagażem semantycznym budzą skojarzenia z męką pańską, czyli z chrześcijaństwem. Jednak boję się, że może to być nadinterpretacja. Zupełnie co innego trzyma przy tej książce. Są to obrazy, skojarzenia poety. Sama postać ojca np. w wierszu „Wkrótce” znaczeniowo nie jest jednoznaczna. Przeplatając się z nawiązaniami do postaci bliblijnych, np. Mojżesza wskazuje, że mam do czynienia z wypowiedzią aspirującą do rangi czegoś uniwersalnego.
Liczne cytaty poprzedzające wiersze, tak zwane motta, próbują mnie naprowadzić na trop. Gdzie mam szukać sensu wiersza. Traktuję to jednak jako zabawę w podchody. Tak też można, ale niekoniecznie trzeba. I tak wiersze napisane są na tyle sugestywnie, że można dokądś dotrzeć.
Podoba mi się ta książka, chociaż jak na razie wolę i tak wiersze bardziej bezpośrednie. Owczarek stara się oczarować słowem, rytmem. Wprowadza rekwizyty tak zaskakujące, że można ulec złudzeniu, że ma się do czynienia z czarodziejem. Kwestia gustu nie może jednak ważyć na opinii o „Pasji”.
Kupujcie! Wakacje. Lato ze swoim upałem sprzyja uciekaniu do piwnicy.
Trzynaście muz na dobę
wieczór, piekielny atak boskości, sto tysięcy Buddów
o melancholijnych twarzach oddawało mocz
na cztery strony świata. gdyby przechodził tamtędy Cioran,
splunąłby z zachwytu. zaprawdę żyje ten, kto łowi
słowo z gorących źródeł. doskonała symetria.
świt. epoka biletów. kochałem się z tobą w butiku
ruda dziewczyno z sutereny. na co ci wiara w silikon?
będziesz łkać i twoje ciało powije szkielet. pewnego dnia
kruk położy na progu beznogą lalkę. docenisz jej smak.
słońce otworzy oko w kuli deszczu. powstanie kantata
południe o dwunastu tonach. czas, żeby aktor wyszedł.
widownia wybaczy mu samobójstwo. parszywa audycja.
odsłoń piersi. wtedy przedmioty
zaczną płakać.
Przemysław Owczarek, "Pasja", WBPiCAK, Poznań 2011
poniedziałek, 13 czerwca 2011
Szczepan Kopyt, "Buch".

„nasza estetyka opiera się na kale
a sprzedaż bezpośrednia na solidnej chemii”
(archeology)
Nie potrafię oddać nudy. Siedzenia w domu. Potrzebowałem do pracy, do ludzi. Stłumić, zgasić, odebrać tlen myślom, rozsądkowi, który budzi się w człowieku, kiedy nie ma do czynienia z systemem (obojętnie jakim – oświaty również). Nagle okazuje się, że przez wiele miesięcy ktoś mi nieznany od kogo jednak zależę jechał po mnie jak po łysej kobyle. Wciskał mi kit, który to szit łykałem bez popitki. Przekazywałem go dalej, często w sposób nachalny, tak jak mnie się go sprzedaje. Gdybym się jednak w porę spostrzegł i zwrócił wszystkim uwagę, że źle czynią, że to nie tak, musiałbym się liczyć z przyjściem do mnie urzędnika o nazwisku ZŁA OPINIA. Zła Opinia zanotowałaby, że nie pojąłem zasad kultury osobistej i mam bardzo poluźnioną gumkę, że niby nie rozumiem się na relacjach między ludźmi.
„kultura to wypadek przy pracy”
Żołądek pracował jak betoniarka. Oddawał zaprawę z uporem maniaka, chociaż nikomu ona nie była potrzebna. Wołałem po lekarzy w lęku przed nimi, chciałem do szpitala bojąc się jego zarazków, brudnych ścian, leniwych pielęgniarek, oszukanych lekarzy, zniechęconych lekarzy, zmęczonych lekarzy, pazernych lekarzy, no lekarze są różni, różne mają problemy. Ważne, że się bałem. Na lęku stoi świat.
„musisz się zawsze urzędu bać
co jest urzędem w rzeczywistym świecie
obawiać się choroby wliczać pobyt w szpitalu
w swój plan na najbliższe dni musisz się stawiać
w określonym dniu w określonym mieście
złożyć podpis bać się państw i ich przepisów
których nieznajomość ma ci szkodzić ma zabić (…)”
(zabawa)
„masz oblicza lęku i obliczaj swój lęk”
(ragga)
Leżąc i piszcząc z bólu, myślałem jak łatwo można mnie wrobić w jakieś gówno i wylać na śmietnik. Pozbawiony czci nie będę miał wstępu do żadnego fryzjera w mieście. W barze będą we mnie rzucać kuflami. Wyobrażam sobie, że jestem inny niż jestem i w pracy nie dają mi żyć. Młodzież pluje mi w twarz przekleństwa i inwektywy. I wtedy ja otwieram gębę i stawiam słowo „skurwysyn” za te kilka lat szczania mi do gęby. Co się wtedy ze mną stanie?
Wyobrażam sobie, że idę z tym żołądkiem w plecaku do lekarza. Rzucam mu go na biurko i stawiam słowa: „Miało być kurwa dobrze! A co jest? Widzisz pan jak się żołądek trzęsie, jaki jest zielony? I wyciągam mu z siatki jelita: Popatrz pan coś narobił! Dziurawe i śmierdzi jak z pachy starej pielęgniary. Co on mi na to? Jak podskoczy, to opiszę go do gazety, na forum, na portal, na drzewo, na mur.
„prawo umiera i umiera państwo
umiera prasa i cały inwentarz pojęć”
(prawo)
Co nam pozostaje? Jak się nie pozabijać? Z kim chodzić do kina, komu mówić prawdę? Czy sport to zdrowie, czy mięso szkodzi? Dlaczego kablówka zamienia programy. Dlaczego niektórzy nie lubią koloru białego?
„musisz być wewnętrznie wolny i nieograniczony miej wentyl i wiej
Z jego powietrzem niech będzie tam słońce które grzeje i muzyka co kołysze
musisz mieć właśnie to (…)
ty jesteś medium swojej prawdy która nie szuka definicji i która nie błysz-
czy bo prawdziwy diament jest w ziemi a błysk to okup krwi Babilon bilon
jego prawo i lewo (…)”
(szpitale)
Do książki z wierszami Szczepana Kopyta zatytułowanej „Buch” załączona jest płyta z muzyką Kopyta i Piotra Kowalskiego. Niektóre wiersze z książki są śpiewane na tej płycie.
Cycaty, przepraszam, cytaty pochodzą z tomu „Buch”.
Szczepan Kopyt, „Buch”, WBPiCAK, Poznań 2011
środa, 8 czerwca 2011
Konrad Góra, "Pokój widzeń". Intesywna intensywność.

Jedno jest pewne: natłok wątpliwości jakie budzą się wobec otoczenia po lekturze „Pokoju widzeń” odbiera oddech, chęć do oddychania. Ilość paradoksów, hiperboli pojawiających się w książce pozwala myśleć, że ma się do czynienia z jakąś barokową wizją świata. To by się nawet zgadzało, bo u Konrada Góry radość podaje rękę śmierci, końcowi. Życie człowieka wydaje się niewiele więcej warte od morskiej fali, żeby się wysilić na grafomańskie porównanie. Poeta obnaża tym sposobem, powiedziałbym, biologiczność naszych pasji, namiętności, wiary. Że spsiło się to wszystko.
popatrz na to inaczej: im ten ktoś
nie umarł, teraz obnoszą się jego odejściem
jako świętem, kiedy niebo grzmi od szczęścia,
którym się dzielimy, bo skończył się chleb.
(Przez frontowe okno)
Sfera sacrum często spotyka się z codziennością w wierszach Góry. Nie wiem czy to zamierzone, nie chciałbym też robić z tego faktu wartości, bo to w końcu żadna nowość. To jednak dla mnie przynajmniej jeden z bardziej widocznych motywów „Pokoju widzeń”. Anafory, paralelizmy składniowe, powtarzające się symbole, powiedzmy też rekwizyty biblijne: chleb, krzyż, ryba, powodują, że niektóre wiersze zyskują litanijny wręcz charakter. Do tego niewybredny język, w którym utrzymane jest tempo jak w dobrym monodramie powoduje, że „pokój widzeń” czyta się jak książkę sensacyjną, hehe. Sposób obrazowania mnie przynajmniej przekonuje, chociaż Konrad Góra nie wydaje się być zafascynowany budowaniem sensualnych obrazów, które nie mają większej treści (czyli myśl czytelniku co chcesz, masz do tego prawo. Ja zaś nie ryzykuję objawiania swoich myśli). Góra z werwą rewolucjonisty wykrzykuje swoje przekonania, podważa kolejne elementy rzeczywistości. Wszystko odbywa się w mięsie słów. Te wersy żyją, poruszają się, zmieniają kolory.
Dlatego powinniście poznać tę książkę.
Przeczytać ją w piwnicy, gdzie wszystko wolno.
MYŚLI SPOD STRUGA
1
Samochód z nadstawką pod pułapem
Nieba podbiera kontener i zaraz
Buldożer oczkuje tkankę – gniazdo
Kłopotliwego światła, w jakim stawia nas małość
2
Naszego języka, a wreszcie natury. Zostaje
Czasu i obrót tarczy gładko oprawia twoje nic-
Niemówiące oblicze, a jego pisklęta żmudnie kwilą
Gwarem trwania, drogą ogłuszenia
3
Źródło ognia wnika w spoiny. Bestia
Pozostanie syta w raju; bestia i jej ślepe
Małe, zagrzebane w sierści. Niebo
Przerzuca się dotąd, póki nie weżre się
W grunt, warstwa za warstwą lęgnie się
4
Nowa bestia i szczepi wiarę ledwie o pamięć za
Wcześnie, pokolenie za pokoleniem syci i poi jej ludzką
Część na wytracenie tekstem już zapisanym, byle życie na
Odwrót. Widzę drzewo: jego sęk starczy złamać o
Kłykcie, żeby uczuć, jakie jest pełne siebie, kiedy jeszcze
5
Korzeń, jeszcze pięść, jeszcze oko, jeszcze wydech, oddech nie.
Konrad Góra, „Pokój widzeń”, WBPiCAK, Poznań 2011
wtorek, 10 maja 2011
Marcin Orliński, "Drzazgi i śmiech" w Tropical Island
Przed wyjazdem zszedłem jeszcze do piwnicy wciągnąć trochę skisłego powietrza i zabrałem książkę Marcina Orlińskiego „Drzazgi i śmiech”. Tak, to ten sam autor, o którym pisałem niedawno. Proszę obie wyobrazić, że w jednym roku opublikował dwie książki z wierszami. Nie mogłem tego ogłosić ot tak sobie w piwnicy, bo naraziłbym siebie na śmiech. Jak to, co ty pieprzysz! Nie wydaje się dwóch różnych książek, w dwóch różnych wydawnictwach tego samego roku! Tak by było, tak by mówili.
A jednak. Orliński nie zna umiaru.
W pierwszy wiersz tego tomu wbiłem się jak szerszeń w mięso. Nosi on tytuł „Tusz”. Po trzecim czytaniu przypomniałem sobie, że kiedyś też pisałem wiersze, czasem jeszcze coś mnie podkusi do tego typu zajęcia. I zawsze wychodziło mi z tego coś, co wszyscy rozumieli. Nigdy nie udało mi się napisać wiersza, który byłby dla czytelnika tajemnicą. Tu mamy wiersz składający się z kilku zamkniętych drzwi. Pierwsza sprawa: zupełnie nie rozumiem dlaczego „Tusz”, skąd taki tytuł? Dalej, cytuję:
W złe, lipcowe popołudnia
drzewa zrzucają korony, a trasy owych pojazdów
o silnikach na ocet krzyżują się
W drewnie.
Jakich pojazdów, co znaczy ocet, skąd nagle te pojazdy? Nie rozumiem. Zawsze chciałem pisać takie tajemnicze wiersze. Chciałem też, by jednak one interesowały czytelnika, by tajemnica wypływała z intencji autora, nie zaś jedynie z pompowanych słowami obrazów, które mętnieją w końcu i stają się błahe, banalne. Postanowiłem poszukać w książce Marcina Orlińskiego tematu. W tomie „Parada drezyn” tematem było dzieciństwo, przynajmniej tym tematem, który nieodparcie rzucał się na mózg.
„Drzazgi i śmiech” – tytuł, który od razu skojarzył mi się z awanturą. Ktoś obraca coś w drzazgi i śmieje się głośno ze wszystkich. Jednak inaczej się dzieje. W wierszu „Niedbale niesiemy trumny naszych umarłych” słowa tytułu książki powracają. Nie są one jednak synonimem rozróby zwieńczonej chichotem. To raczej pamiątki z przeszłości odkrywane przy okazji przeprowadzki, zmiany miejsca. Tyle zostało z przeszłości, z tych lat, które tak bardzo sobie ceniliśmy. Orliński znów grzebie w swojej codzienności, przegląda stare rzeczy, by utwierdzić się w przekonaniu, że miało to wszystko sens.
Pamięć jest najczęściej wybiórcza. Pozostaje w nas to, co najmocniej uderzyło. Nie ważne czy chodzi o przyjemne, czy nieprzyjemne … te no, sprawy. Dlatego poeta stara się uporządkować wspomnienia, złożyć je do kupy. Wychodzi z tego mała walka o poskładanie swojego świata, dotarcie do swojej tożsamości. Zwykłe rzeczy nabierają sensu w świecie Orlińskiego.
W docieraniu do istoty człowieka poeta pozbywa się granic – tych ustalonych przez ludzi i tych, które rodzą się w każdym z nas. Podejmuje walkę ze stereotypami. To z mojej strony odważne stwierdzenie, bo oparte raczej na przeczuciu, nie potrafię wskazać konkretnego fragmentu wiersza, który będzie na to dowodem. Może „Kilka ważnych spraw” zainspirowało mnie do takiej refleksji. No, tłumaczył się nie będę na swoim podwórku! Tak to widzę i chuj.
I w ogóle podoba mi się ta książka. A tym co tak nosy pozwieszali i malkątęcą w nosie niech pokręco.
Gdybym miał dobrych wierszy kupę i możliwość wydałbym i trzy książki w roku.
A żeby milej się jeszcze zrobiło, to powiem, że książka „Drzazgi i śmiech” była ze mną w Tropical Island w Berlinie. Leżałem na leżaku i czytałem polskie wiersze. Obok mnie palmy, liście, dziewczyny jakieś, koktajle, tropikalne ptaki, zapach chloru, morski piasek. A jednak czułem się jak w piwnicy, czułem się jak na podwórku, czułem się jak u babci, czułem się jak w Siemcichach, czułem się jak w Suszu. I to wystarczy.
Un chien andalou
Wygięte szyje chudych rewolucjonistów
i marginesy stron w podręcznikach astronomii,
definicje pulsara i zenitu. Fotografie bezbarwne,
na których ważniejsza od treści okazuje się
gruba kolekcja tlenków i zasuszonych owadów,
sproszkowana kość łokciowa siostry, komputer
brata. I jeszcze ten spowolniony lot rozrzuconych
kartek. kiedy zazdrosny kolega wyjawia
twój wstydliwy sekret. I śmiech dziewcząt,
ich wykrzywione usta w samych jądrze
pożaru. A jeśli masz klaser, możesz wsunąć
za błyszczącą tasiemkę wielkie znaleziska:
białe mydło, opakowanie po Pramolanie,
pilnik do paznokci. A także cienkie, białe
ściany daczy nad rozlewiskiem,
nad którym się siada,
by już nigdy nie wstać.
Marcin Orliński, „Drzazgi i śmiech”, WBPiCAK, Poznań 2010
niedziela, 24 kwietnia 2011
Kira Pietrek, "Język korzyści". Awantura w piwnicy.

To oczywiście skutki czytania wierszy Kiry Pietrek z tomu „Język korzyści”. Nie wiem, co ich wzięło po tych wersach. Ja tam daleki jestem od zachwytu, bo i co w tym wyjątkowego. Gdyby dano nam szansę takie wiersze publikowalibyśmy w liceum, bo i w liceum tak pisaliśmy. Wkurwienie na zwierzęcość człowieka, zrównanie człeka ze świniami. Bardzo udana metafora, kontrast licealny. I zaczęło się. Że niby nie pisaliśmy tak, że bywały takie wiersze, ale książka nigdy nie powstałaby, za mało mózgu mieliśmy niby. No może i tak, może przesadziłem. Największy cwaniak ten, co sam nie potrafi.
Wiersze jednak napisane z odpowiedzialnością za utrzymanie szybkiego tempa. Czułem się jak po rajdzie samochodowym. Bolała głowa i dupa od taboretu. Śmiałem się. A podczas śmiania się podskakiwałem na taborecie jak głupi. Krzyczałem „ohoho, oho” i „ hiha, ła haha” na zmianę.
Świat Kiry Pietrek to wielki kopulodrom, w którym ludzie prócz śladowych ilości mózgu mają przede wszystkim organy rozrodcze. Najczęściej w tym świecie czuć zapach spermy, cip i zwierząt.
czułam dzisiaj zapach spermy w ubikacji
i kilka włosów łonowych pod deską
myślicie że inne biurwy też to czuły?
Człowiek zrównany jest tu ze świnią, która przeżywa te same procesy fizjologiczne. A przede wszystkim jest zwierzęciem hodowlanym. W wierszach Kiry Pietrek człowiek występuje w roli takiego zwierzęcia. Wszystkie zabiegi kosmetyczne zestawione są z zabiegami mającymi na celu poprawienie jakości mięsa świńskiego. Wszystko dlatego, że działamy tylko w imię korzyści.
Kpina, kipiąca piana kpiny, to podstawowy środek, którym operuje autorka. No taka już jest ta poetka. Nie wyrywa sobie włosów, nie modli się tylko prowokuje do śmiechu, jakiegoś dzikiego śmiechu gołego buszmena. To mi się podoba.
Tak o to głównym bohaterem moim wczorajszego dnia był tomik poezji, który wielkiej rewolucji nie zrobi, ale powracał będę do niego często. Powywracał ludziom w głowach i wylądował tylną okładką na posadce. Powracał będę często, bo lubię takie bezpośrednie liryczne rzygnięcie na laptopa. Lubię to tempo, ten szał. Nie ukrywam, że czuję się też bezpiecznie, bo temat już dawno rozpoznany. Słowem, krytykiem nie jestem, ale polecam i biorę za to w łeb, jakby coś się nie spodobało.
Ktoś jeszcze dodawał, że „Babka a takie wiersze Klecie” – w sensie, że mocne. No widać nie stara jest ta babka, hehehe. Nowy typ kobiety? Hehe, poetki, hehe? Ee, to nie ważne. Płeć nie jest ważna. A przynajmniej nie możemy do tego dopuścić. Ogórkami w niego!!!!
A jak jest któryś taki cwaniak, to niech poczyta wiersze Kiry Pietrek. Zmięknie.
PAPIEROWE KUBKI
muszę powiedzieć
to stadium rozwoju nie zadowala
nie liczy się
pobiera samodzielnie pokarm
brawo
muszę powiedzieć nic
mnie już nie dotyka
skończona ekspansja
terytorialna gatunku
specyficzne narządy
słuchu i mowy
stadium nosowego fi fa fą
wiszące spłuczki
open space jest pełen cierniogłowych
z ciałek wychodzą im małe ryjki
opatrzone w haczyki i kolce
ryjki chowają się za pomocą skurczy mięśni
czyli nigdy nie wychodzą
tym paniom brakuje układu pokarmowego
mają tylko wydalniczy i nerwowy
kolejka po espresso z pianką co rano
jest grą pozorów grą nieżywych gruczołów
w szatni na dole wiszą nasieniowody z numerkami
szatnia jest obowiązkowa
obowiązkowe są też czopki entuzjazmu
dostępne w każdej łazience
na każdym koedukacyjnym piętrze
wszyscy czują się wyróżnieni
z szeregu podobnych
olbrzymie jądra to normalka
na stanowiskach kierowniczych
ciało ma tylko przód
muszę powiedzieć
liczy się przód
i mało rozgałęzione jelito
grube
_
osiągajmy rozmiar a jakże
grupujmy się a jakże
na metrze kwadratowym gleby
recepcja stopnia wilgotności
bez zmian
MIX ZDROWIA I KORZYŚCI
trzydniowe warchlaki poddaje się
podstawowym zabiegom sanitarnym
spiłowane kły
spiłowane racice
kastracja bez środków znieczulających
zastrzyki z witaminami
w tym samym czasie na rynek
wychodzi nowy produkt
prowit mix
przy niskim zużyciu paszy
wysoki przyrost mięsa tuczników
po nieudanej promocji worek pełen korzyści
główny marketingowiec anna porębska
zostaje zwolniona
polskie produkty z serii koncentraty i premiksy
nie zawierają jeszcze dodatków modyfikowanych genetycznie
natomiast ściółka dla świń
owszem
prosięta często mają schorzenia kończyn
z powodu zanieczyszczonego podłoża
dlatego bardzo proszę aby zwrócić uwagę
na retusz kolan przed oddaniem reklamy do druku
płyta happy farm w znanym banku fotografii
kosztuje 2,5 tysiąca złotych
jedna fotografia z czystą świnką – na wyłączność
przez 7 lat
30 tysięcy złotych
do dezynfekcji ściółki prosiąt używa się
tych samych preparatów co
do czyszczenia ścieków kanalizacji
zanieczyszczonych jezior i innych wód
kilka tygodni po odejściu z polsko-duńskiej korporacji
anna porębska zakłada pracownię rozwoju osobistego kobiet
jej celem jest
dobroć
rozwój
dotyk ciepłych dłoni
przyjaźń
miłość
oswajanie się z rzeczywistością
nauka mądrym słowem
siła wspaniałych uczuć
jej kolory to
pomarańcz
czerwień
żółcień
błękit
tymczasem paszowcy debatują w Łebie
jeden z pracowników polsko-duńskiej korporacji
uważa że karp to ryba która ma styl
dlatego czas wolny spędza na karmieniu wyżej wymienionej
proteinowymi kulkami o smaku waniliowym
inna z pracowniczek tejże korporacji
pojechała na staż do kopenhagi
gdzie szukała określonego wirusa
w kurczaku z rozciętym tułowiem
jej koleżanka jest pierwszą w polsce kobietą nadzorującą
męski zespół marchendiserów
jej przełożony jest wicemistrzem świata w kickboxingu
uważa że sport daje mu wewnętrzną siłę i spokój
następczyni anny porębskiej
nie ma zielonego pojęcia jak
wyglądają kury nioski
i przyznaje się do tego
telefonicznie
I poważnie. Uprawiajcie kickboxing. Daje wewnętrzną siłę i spokój.
Kira Pietrek, „Język korzyści”. WBPiCAK, Poznań 2010
poniedziałek, 11 kwietnia 2011
Piotr Kępiński, "Słona mgła"

Dużo jest czasu na czytanie, grzebanie w kartonach i workach z książkami. Docieram do najdalszych zakątków piwnicy pilnowanych przez pająki i pamiątki po remontach otulonych wieloletnim kurzem.
Czas bierze się stąd, że go nikt nie zabiera. Prawie wszyscy wyjechali z miasteczka. Jeden by zarabiać, inny by nie zarabiać pracując w nocy po 12 godzin, jeszcze inny by grać na perkusji w zespole, koncertować. Nagle okazało się, że jest dobrym perkusistą. W miasteczku niby wszyscy o tym wiedzieli, ale nikt nie chciał mu przeszkadzać w dojeżdżaniu skuterem do roboty na 12 godzin. W Polsce może i wiedzieli, ale od dawna mają już swoich na podorędziu. Tam okazało się, że człowiekowi dana jest druga, trzecia szansa.
Kolejny, który mógłby zabrać mi czas poszedł na tort do siostrzeńca. No i dobrze, słodyczy wszelkiej brak nad jeziorem. Następny miał do załatwienia kilka spraw, poza tym woli gadać do siebie i słuchać Radia Maryja, co za rozrywki ludzie dziś mają.
Wszystko ma swoje dobre strony. Znalazłem książkę Piotra Kępińskiego „Słona mgła”. Postaram się nie mądrzyć na temat książek poetyckich, dużo jest tego mądrzenia się, inni są w tym lepsi.
Czytam ja sobie tę książkę, w której bywają wiersze odsyłające gdzieś daleko do przeszłości, jednocześnie nie sentymentalne. Wręcz frywolne między wersami.
W STRONĘ OKOPOWEJ
potomkowie szmalcowników
synowie wędkarzy niedzielnych
wietnamczycy z placu grzybowskiego
kierowcy sprzedawcy
polscy Polacy w butach skórkowych
z chleba razowego o noskach ostrych
kołnierz w kołnierz kropla przy kropli
ojciec z twarzą siną matka z gęsią szyją
tętni tramwaj i jedzie
twarze też jadą
spodnie w kant obłocone
nieistniejące drogi do dzisiaj
okadzone okopcone
Wiersze Piotra Kępińskiego dobrze się sprawdzają w głośnym czytaniu.
Piotr Kępiński, „Słona mgła”, WWBPiCAK, Poznań 2006
wtorek, 8 marca 2011
Krzysztof Siwczyk, "Koncentrat"

W każdym razie wiem już, co w numerologii oznacza liczba 33. Wiersz „Koncentrat” objawia się z ta liczbą na czole. Nie wiedziałem, co myśleć i sięgnąłem do numerologii właśnie.
Numerologiczna 33
Jest to wibracja, która uosabia wiedzę, mądrość, harmonię, tolerancję, wyrozumiałość, spełnienie. Ponadto, osobom z tą liczbą mistrzowską, przypisuje się wspaniałomyślność, szlachetność, kierowanie się w życiu dobrymi intencjami, współczucie, wrażliwość i wielkie uduchowienie. Oznacza łagodne usposobienie, oddanie, ciepło i opiekuńczość w szerokim zakresie. Jeśli wibracja jest wyrażana pozytywnie, to mamy do czynienia z człowiekiem spełnionym, zrównoważonym, roztaczającym opiekę nad innymi, służącym radą i pocieszeniem. Ponadto osoby takie są zawsze chętne do pomocy, wyzbyte egoizmu, kierują się dobrem innych, mają wewnętrzne poczucie sprawiedliwości, są cierpliwe, wyrozumiałe i uczciwe. Przestrzeganie zasad moralnych, kierowanie się w życiu dobrem jest dla nich niezwykle istotne. Wibracja 33 oznacza również prawdomówność, przewodnictwo duchowe, umiejętność panowania nad emocjami, dążenie do rozwoju osobistego i do osiągnięcia harmonii wewnętrznej. Łagodność, spokój emanujący z osób z wibracją mistrzowską 33, sprawia, że ludzie do nich lgną, szczególnie tacy, którzy potrzebują wsparcia, pocieszania, podniesienia na duchu i dobrej rady. 33 mają zdolność do wyciszania u innych nadmiernych, niedobrych emocji. Często posiadają wspaniałe zdolności terapeutyczne. Doskonale sprawdzają się jako doradcy duchowi, nauczyciele, psychologowie. Mają nadzwyczaj dobrze rozwiniętą intuicję.
Osobom z wibracją 33 nie można również odmówić cieszenia się dużym uznaniem i szacunkiem. Wobec siebie są bardzo wymagające i najlepiej czują się, jeśli mogą służyć pomocą innym.
Wibracja negatywna 33, może niestety przejawiać się w zbytnim idealizmie, buntowaniu się, robieniu wielkich rzeczy dla publiki, na pokaz. Możliwa jest również nerwowość, skłonność do popadania w uzależnienia, zaniedbywanie obowiązków, niepowodzenia w osiągnięciu sukcesów zawodowych, problemy z utrzymaniem się, wręcz poważne kłopoty finansowe.
Nie chcę zniechęcić do czytania wierszy Siwczyka. Przeciwnie, chciałbym żebyście poczytali sami wiersze z najnowszego tomu autora „Dzikich dzieci”. Przekonajcie się sami, jak daleko poszedł Siwczyk w tworzeniu poetyckich światów. Jaki jest świat „Koncentratu”? To przede wszystkim obrazy poetyckie, których sensu trzeba szukać w trudzie i znoju. Nagrodą będzie samo już wyświetlanie sobie filmów inspirowanych tą poezja. Zobaczyłem fiordy, dryfujące łodzie pełne ludzi, którzy są jak powieleni, każdy ma swojego sobowtóra, który chce się schować w koledze identycznym. Niech kolega identyczny męczy się jako odbiorca „ulokowany twarzą do ziemi”.
W „Wiosce wodnej” mieszkają ludzie pasywni, poddający się apokaliptycznemu nastrojowi. Może to już nie nastrój? W każdym razie i tu czekają na mnie zasieki interpretacyjne w postaci „niebieskiego kota”, armii właściwego rodzaju” i kilka innych.
Kończąc te nieciekawe wywody warto zapewnić, że czytanie wierszy Siwczyka do pewnego momentu wbije was w fotel albo twarde krzesło. Co będzie potem, nie wiem. Na zachętę przeczytam:
Wioska wodna
Coś tutaj znaczy dryfujący kult.
Mało pożywne rybki pląsają w lichych sieciach
Pośród radosnego zgiełku targowiska czółen.
Rzeka prześladowana morem żywi gadzie pastwisko,
Gdzieś w nurcie jest obecne zdekapitowane bóstwo,
O którym wie niebieski kot.
Skwar leje się z nieba zasnutego dymem palonych dekoderów.
Po odejściu ludzi nastała epoka nieznanego wcześniej rozkwitu.
Armia właściwego rodzaju opanowała całe terytorium,
Zarosły delty zasilające państwo króla, rozpoczęło się oblężenie
[świątyń.
Okazjonalnie można jeszcze spotkać ogniska oporu,
Zawodzenie po śmierci mającej się niezgorzej.
Wioska wodna wielokrotnie zmienia miejsce położenia.
W zależności od pory roku jest bliżej lub dalej umownego brzegu.
Nie ma to jednak większego wpływu na czas,
Jaki pozostał nam: nawóz, błoto, pamięć.
Kiedyś w towarzystwie ktoś pyta mnie o przeszłość.
Nagle widzę osiedle relikwii, szyb windy i pusty basen,
Szereg społecznych monopoli, zwartą konstrukcję sensu
Organizowanego podług zmyślnego regulaminu życia,
W którym bez reszty odnajdują się moje sny.
Nie to co teraz,
Nie to co jutro,
Odnajdę w wiosce wodnej, która pali oczy.
Analogicznie przebiega utylizacja jakiejś głębi,
Możliwych schematów własnych pragnień,
Materiału wspomnień, z którego jestem lepiony
Ileś już tam lat, trwam przy tym, ile się da, żeby o czymś była mowa.
W wiosce wodnej powoli płonie świat tego rodzaju.
Koncentrat
Kostki twarzy skierowane w strony.
Tu spoczywa królestwo tego świata.
Wzrasta naciek drzew, zawłaszcza obóz,
Za którym dogasa słońce, plewy i
Wszystko to widzi nas.
Najwyraźniej.
Mnisi drelich w świetle szumi
Pod wiatr, gdy zapada się głos
Nad równiną, o jakiej teraz myślimy
Bez nas, tak jakby coś miało miejsce,
Miało czas i mogło istnieć
W naszej postaci.
Nic nie istnieje w naszej postaci.
O tym milczy drelich, myśli równina,
To widzi czas. W miejscu rusza się
Naciek, kostki spadają po stopniach,
Które prowadzą w górę.
Trzydzieści trzy.
Ludzie bazowi
Wiem o ludziach bazowych, zasnęli. Zamieszkują w przeciw-
-świecie, w ciałach ciepłych niczym opuszczone w pośpiechu
gawry, spustoszone zbyt silnym nurtem żeremia, nic więcej nie
łączy ich z obrazem natury, jaki znałem z topornej kreski podręczników,
które pisała instytucja kultury, w punktach skupu
makulatury i butelek był ruch, można było coś wymienić, zaproponować
sobie dowolną przyszłość, tryb przypuszczający,
cywilny cmentarz, wykopki. Ludzie bazowi idą w widmowej
procesji, niosą sztandary łaski, stacjonują w snach. Wymieniają
mnie w niemych przemówieniach, wskazują właściwy
kierunek, są niekonieczni w każdej postaci, jednak przyjmuję
ich apel, wychodzę naprzeciw oczekiwaniom ludzi bazowych,
którzy chcą języka, pragną mówić o tym, co ich spotkało,
niczyim głosem. Żaden wymowny świat nie przypadł im
w udziale. Najpierw wyszli w morze błota, potem opadł z nich
entuzjazm. Dni stawały się opasłe jak archiwum państwowe,
o tej samej porze to samo słońce topiło lód w rynnach przetwórni.
Szli na taśmę, sprasowani pełgali na blok, mnożyli się
pod szorstkim kocami. Ludzie bazowi uprawiali sztukę mruczanda
w świątyniach bogów nikłych jak księga skarg i zażaleń,
do jakiej wpisywali imiona utraty. Na tej stronie ślad się
urywa. Tyle wiem o ludziach bazowych. Ta wiedza w niczym
nie oddaje radości ze spotkania, kiedy milczymy w głębi płytkiej
jak tu ziemia.
Krzysztof Siwczyk, „Koncentrat”, Wydawnictwo Wojewódzkiej Biblioteki Publicznej
i Centrum Animacji Kultury w Poznaniu, Poznań 2010
wtorek, 1 marca 2011
Broń biologiczna. "Gram, mózgu", Robert Rybicki

Po pierwszym wierszu kłódka ściąga rękawice i rzuca mi ją pod moje omszałe nogi. Proszę w myślach, by nie modlił się za mnie dżem, który od lat fałduje mi przełyk swoimi błędami ortograficznymi.
Coś zawiało w ucho. Skręcam się i uciszam pod żebrami. Znów coś zawiało, ale jakby lżej. Zaledwie drobny szept żółwia. Powoli odkręcam głowę, lekko trzeszczy nienasmarowana. Słoik mruga okiem, że wszystko dobrze, że nie stoję na linii strzału. Odwracam się coraz odważniej, ale nie szybciej. Czuję się lżejszy niż zwykle, jak to? Poezja odchudza? Kryptoreklama bioenergoterapeuty? Wystrzeliwucha mylnopauzy? Krystaledwoliczna pryncypałowucha? Nie. Z rogu ściany wystaje słoik bez jednego ogórka w środku. Szpeci mnie swym blaskiem, omamia moje zmysły chodzenia po klawikordzie przestarzałego podmuchu czterdziestu dwóch wiosen, wciąga mnie oko słoika, wsysa w swoje jelito. Krzyczę, wołam panów od czesania butów, ale oni są daleko, daleko, daleko. Zagrzmiało niezwykle radośnie i tragicznie zarazem. Nad głową usłyszałem zakręcaną pokrywę słoika. To Rybicki – poeta z niebios aklamacji partykuł wszechrzeczy. Tylko cmoknął na znak niezadowolenia. Za chudy jestem, za chudy. Widzę jeszcze, jak wędką zwija swoją książkę i wkłada ją do czopka na reumatyzm. Nie patrzy już na mnie żadnym uchem, tylko sam zwija się w czarny kwadrat i wsiąka w podłogę. Wszystko płonie jak wnętrze głowy ministra.
Mi powoli brakuje powietrza. Ogórki rozpychają się grabiami, ciągle oglądają ten sam film o porodach parzystokopytnych podczas kolacji Puszki Pandory. Powoli się wykańczam, dałem się złapać, zarezerwowano mną miejsce, jestem już tylko numerkiem z szatni kieszeni Rybickiego. On przypala mnie elektronicznym papierosem i zdaje się mówić: masz za swoje. Chciało ci się wiersze czytać, to teraz płać za to swoją surowacizną.
Przymykam oczy. Chciałbym stąd wyjść, ale wiem już, że każdy chciałby wyjść, wszystko zaczyna się od wyjścia. Jestem tylko systemem, który działa jak każdy komunikat.
Moje wysilanie się na jakiś „absurd” jest niczym wobec pisarstwa Rybickiego. Ja zrobiłem to dla zabawy, on pisze śmiertelnie poważnie. Nie, nikt już nie pisze „śmiertelnie”. On to robi na serio.
Pozwoliłem sobie na wypluwanie z palców stosu słów, nieudolne wypluwanie w porównaniu do sposobu, w jaki to robi Rybicki. Dlaczego? Co mam robić, co mam myśleć, czytając o Dzikołakach? Przekonajcie się sami. Zmierzcie się z tą poezją!
Poczytajcie wiersze z tomu „Gram mózgu”. Można to zrobić tu, co prawda pod innym tytułem występuje książka: http://www.paleta.org/index.php?strona=poezja&id_albumu=2
Wierzyć w sens, w prawdę, szukać sensu, prawdy, to zadanie, które uważam za kluczowe. Szukać w dźwiękach, w słowach, w barwach, w pieniądzach, w sieci, w kieszeni, za oknem. Rybicki przeciąga znaczenia, wywraca je, pokazuje z innej perspektywy. To szalona poezja. Przez chwile pobudza adrenalinę, daje odpocząć sumieniu, bo zaczynam widzieć swoje czyny inaczej, patrzę na nie przez pryzmat innych znaczeń, innych słów. Dokąd to jednak prowadzi? Gdzie jest tu komunikat dla mnie? A może to wystarczy?
Czasem mam wrażenie, że to głupie, nic nie znaczy. Wymyślam tym wierszom, że powstały dla zgrywy. To tylko błyskotliwe połączenia wyrazów, które nie mają treści. No, ale jakiej niby treści?
Podobny problem miałem, czytając „Stos gitar”. Wiele czytałem wierszy takich jak „To jest stół. Lekcja”. Jednak tylko Rybicki postanowił taki opublikować. Dostarczył materiału analitykom języka? Ale wiersz z tomu „Stos gitar” przeczytam kiedy indziej, już bez komentarza.
Jedno jest pewne: Rybicki znalazł sposób na pisanie, na oryginalność. To stwierdzenie zakłada, że kalkulował, że mielił się ze sobą w słowach, by ujawnić się jako poeta. Niekoniecznie tak musiało być. Bardzo prawdopodobne jest to, że Robert Rybicki taki się urodził. Jeśli tak jest w istocie, to gratuluję. Że się urodził taki.
Wiersze Rybickiego są jak broń biologiczna uwolniona ze słoików w mojej piwnicy. Objawy zatrucia: paraliż narządów mowy przeplatany z nagłymi atakami gadulstwa, halucynacje, zaburzenia równowagi pomiędzy neuroprzekaźnikami pobudzającymi i hamującymi, w konsekwencji epilepsja.
W końcu poddaję się i czytam niczego nie oczekując, wiedząc, że te wiersze spowodują w końcu wewnętrzne krwawienie.
I rzeczywiście jest eksplozja. Coraz częściej jednak powstaje w mojej głowie pytanie, dlaczego? Co chce mi on powiedzieć? Ile ma charakteru? Znów książka, która rzyga słowami, frazami, niewiele mówi, chce się ją czytać, ale dlaczego?
Pośród tych słów błądzę i niewiele widzę. Czuję jednak, że nie mogę liczyć na pomoc od ludzi. Dochodzi do mnie, że jestem tu sam. I wy też, każdy z was jest sam w gruncie rzeczy. Otoczeni sprzętami, pojęciami, zmuszeni do wykonywania zajęć zgubiliśmy swoje ślady. Teraz już nie wiemy nawet dokąd one mogły nas zaprowadzić. Ukręcę łeb wierszom Rybickiego!
Dlaczego wychodzicie przed dom i spoglądacie przed siebie zmęczeni? Dlaczego zasłaniając okna zatrzymujecie wzrok nieświadomie na jakimś punkcie albo pozwalacie, by rozmywał się w przestrzeni? Dlaczego zamiast tego nie spróbujecie chociaż poczytać wierszy Roberta Rybickiego?
A macie za swoje:
Obrzyn czasu
Dzikołaki przyszły w stringach.
Zjadłem jajecznicę i osiągnąłem
constans. Dotarł do mnie
światopogląd bakterii. Spójrz na
chody ludzi! Wszystkich ludzi.
Mój mózg jest łowicką wycinanką.
Na palecie wydrapane tęczówki.
Poezya jest po to, żeby jej nie
było. Konnica rastafarian, z
siekierami, gna w rododendrony.
Wyłącz lampkę serca z kontaktu,
bo wszyscy będą widzieć. Wkład
z czerwonym żelem obok krwi i
dyskietki kasy chorych; łatka
z żyłkowanej skórogumy do
przyszycia. Nie chcę mieszkać
w Polsce, bo mnie na nic nie stać.
Nie chcę! Rzemieniem owinąłem
łyżeczkę. Poczułem się jak lód
w pucharku. Co to jest penis?
Zza paska wysuwa się obrzyn
czasu. To, że się komuś nóż
otwiera w kieszeni, to jest
zwykła, podwórkowa gangsterka.
Obadej obrzin, maczeta, ja?
Będziemy siekać urzędników.
Siekać jak szczypiorek.
Sikać.
Znaleziono czaszkę Bogga.
Na brzegu rzeki leży trup
syrenki z podwiniętym
ogonem. Na brzeżku
wargi sromowej.
Jeszcze słówko o Wielkim Szyfrze Świata
i przerwa na reklamy.
Rury. Cipunkt.
Początek to transenergetyczna euforia.
Na środku pokoju rośnie stos języków.
Oczodoły, z wepchniętą śliwką, świecą.
Zgraja pijanych chłystków, rzekł biskup.
Daję oto komunię człowiekowi, który
nie wierzy w Boga, rzekł biskup.
Fajny masz tyłeczek, rzekł biskup.
I wtedy górnicze czaka odżywają.
Noże odzyskują swój dawny blask.
Pod kołdrą mchu skarpety spływają
z piszczeli. Statek ląduje we
wgłębieniu dłoni. Lufka
wypada i rozpada się na piksele.
W moim mózgu zamarznięty mamut.
Moje korzenie zalewa mazut.
Dobrze, że mazut nie wpłynął do zalewu,
z którego utopce wyjęły koło od ciągnika.
Usta straciły wiarygodność wraz
z pojawieniem się pierwszego Słowa.
Za tydzień będzie święto eksplozji, bo
wiatr wypiął na nas tyłek z cellulitem.
Ziemia jest jednym z bunkrów Bogga-
-epileptyka, który ćwiczy starośpiew,
cień starośpiewu. Ludzka świadomość
składa się z takich właśnie kryjówek.
Uczymy się wypowiadać swój śmiech.
Z pobliskiej rzeki wyłowiono Murzyna.
Tysiące uśmiechniętych twarzy na plaży.
Jedyne, co pamiętam, to elektrownia song
i wzmożoną ofensywę bakterii cola.
Usłyszałem w ciemności szept: ja pierdolę.
Widziałem na BB C, jak działa PCP.
Jestem intelektualnym mordercą dla
inteligencji awangardy przedemerytalnej.
Łojcze, łoddal łody mie tyn kielon, rzekł biskup.
Uwolnij swą świadomość i zamieszkaj w lesie.
Zanim powstanie wiersz, z dala majaczą
frazy, kołyszą się, zataczają, niezła faza.
Krytycy zakopują teksty w kopcach kultury.
Do oczu wpadają drobinki deszczu z cynfolii.
Andrzej Ptak kopniakami turlał ze wzgórza
obudowę pralki automatycznej SILE SIA .
Ojciec zamyka oko po podliczeniu
ostatniej cyfry. Ćwierkające szlifierki.
Epifania to wizja, która rozświetla
duszę intelektualnego parobka.
Nad rzeką grassują bakterie...
To jest literatura regionalna!
Poczułem się prawdziwy, gdy
zwątpiłem we własne istnienie.
Koniec to pangalaktyczne wycieńczenie.
Robert Rybicki, "Gram mózgu", WBPiCAK, Poznań 2010








