Pokazywanie postów oznaczonych etykietą WBPiCAK. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą WBPiCAK. Pokaż wszystkie posty

sobota, 2 maja 2015

Jakobe Mansztajn "Studium przypadku"

Co tu mówić? Nowy zbiór wierszy Mansztajna to ironiczna prowokacja, unosząca się w lekkich oparach absurdu opowieść o samobójcach, śmierci i pokracznych truchłach tłukących się między żywymi i podglądający nas. Największą siłą tej książki jest właśnie ten lekki i ironiczny ton nadany makabrze. W świecie, w którym wszystko zostało już wyśmiane, kiedy to najbardziej absurdalne pomysły traktowane są poważnie Jakobe Mansztajn doszedł do wniosku, że język ironii jest najwłaściwszy. Pewnie tak, a przynajmniej nie musi go bronić, ironia zazwyczaj broni się sama. Poza tym pretensjonalne, wybuchowe emocje czynią nas często groteskowymi. W świecie tysięcy ofiar podanych na tacy przez komercyjne telewizje na informację o śmierci, na mówienie o śmierci trzeba znaleźć swój język.

Z drugiej strony to ucieczka od emocji, fasada, za którą kryją się odważne metody i techniki nauczania i wypowiadania się, że tak się dydaktycznie nieco wyrażę. Czy jednak studium przypadku rysuje się pod wpływem emocji? Nigdy tak tego nie robiłem.

Może to poetyckie studium przypadku samego autora, może kolejnych wspomnianych w wierszach poetów i muzyków samobójców lub samej śmierci. Owe studium podglądane jest, widziane z perspektywy kamery filmowej.

„trzask, kamera odjeżdża i dopiero teraz widać”

Następują kolejne obrazy, ujęcia o różnej długości. Bohaterowie ujmowani są w różnych planach, wszystko z filmowym zacięciem.

Wiarygodności Mansztajn nabiera, kiedy uświadomimy sobie, że w drugiej jego książce powraca zmarły przyjaciel. Temat zdaje się powracać jak mantra, i tylko określenie „mantra” nie pasuje to poetyckiego dorobku Mansztajna. To raczej obsesja kryjąca się za parawanem ironii, która pozwala przeżyć dojmujące doznania, myśleć, bez nurzania się w obłąkaniu, o śmierci.

„Studium przypadku” to rzeczywiście dobra Książa poetycka, ponieważ jest w niej wszystko, co takowa powinna zawierać, czyli: obsesja, śmierć, „melanchujnia” (określenie Julii Szychowiak cytowane w książce), ironiczny język, czyli zestaw do przeżycia w trudnych warunkach ery „Celebrity Splash”, gdzie rolnik szuka żony pod wodą. To „Skowyt” na miarę nadbałtyckich młodych wioślarzy. Jeśli Jakobe Mansztajn oszaleje (czego mu nie życzę) napisze książkę kultową (czego mu życzę), nie wiem jednak, czy jemu na tym zależy.


W końcu najczęściej chyba pojawiającym się zwierzęciem domowym (?) he, jest pająk, uosobienie samotności i cierpliwości. I takie wydają się być wiersze Jakobe Mansztajana. Soczyste, lewitujące gdzieś w rogu tego świata, czujne i mówiące z perspektywy cierpliwości dla wszystkiego.


Jakobe Mansztajn, "Studium przypadku", WBPiCAK, Poznań 2014

środa, 15 października 2014

Kamil Sipowicz "Choroby kartezjańskie". Tańce.

Szyszynka w wierszach Sipowicza pojawia się tak często, że nie sposób niepotraktować jej poważnie. Taniec również wije się między wersami tej poezji - zarówno ten pszczeli (opisany, zwikipedizowany), jak i ten muszy, jeszcze intuicyjny, poetycki aż tylko.




Szalona/szalony

idziesz Marszałkowską
spotykasz siebie samego na Kruczej
Brackiej i Widok
całuje cię w usta
szalona/szalony


Już pierwszy wiersz zapowiada walkę o wiedzę na temat komunikacji. I tak już zostanie. Często zawiła, intertekstualna poezja. Jeśli pojawia się w wierszu parszywa dwunastka, niech będzie małą literą, to jeszcze nie ma strachu. Jednak wiersze Sipowicza najczęściej są bardziej wymagające. Bywają wiersze - jak "Widzenie Krzysztofa Płonki" przypominające frazą poetę młodego, biegnącego i wykrzykującego kolejne wersy w popłochu, jakby chodziło tylko o wykrzyczenie komunikatu, bez dbania o dotarcie do odbiorcy. 

Język
W fonemach, zgłoskach, kwarkach mowy
gil o czerwonym brzuchu wybija dziobem
szczelinę i cieknie z niej nasienne światło.
Czujesz je na języku, taniec korony stworzenia.
Kot pazurem w krysztale języka wydrapuje
sygnaturę drapieżcy, a ty chcesz kolcem języka
przebić się na drugą stronę.
Ale to twój krąg, łagodny terroryzm.
Rozpruta szmaciana lalka, pajacyk,
co zdycha na gruźlicę, dziecinna kuchenka,
oczywiście rozbita.



Kamil Sipowicz, "Choroby kartezjańskie", WBPiCAK Poznań 2014

sobota, 21 czerwca 2014

Rafał Skonieczny, "Dzikie strony". Ucieczka od nadmiaru.

(…) Przyzwyczajamy się
do przestrzeni sterylnych i odgłosów pralek,
a potem idziemy w niepamięć piwnic,
nauczyć się bałaganu, zrozumieć bałagan,
zamieszkać w centrum niczego.

Za wiersz „O tym, co ponad to” z książki wydanej w roku 2010 przez Wojewódzką Bibliotekę Publiczną i Centrum Animacji Kultury w Poznaniu autorowi Rafałowi Skoniecznemu dziękuję. Ten wiersz przybił kropkę nad i, kiedy pierwszy raz  wydarłem książkę z dna worka w swojej piwnicy, gdzie jak wiadomo znajdują się rzeczy zapomniane i niepotrzebne moralności pani Dulskiej reprezentowanej przez ludzi z wyższym wykształceniem w naszym kraju.

Lubię jasne sytuacje w sztuce poetyckiej, niczym trzy akordy w muzyce punk rockowej. Język może być zawiły, ale temat chciałbym słyszeć wyraźnie ja w So What M. Davisa. Skonieczny podaje na tacy pt. „Dzikie strony” 31 wierszy z jasno określonym tropem, którym idę podczas ich czytania.

Tytułowe „Dzikie strony” to ucieczka. Tak, zawsze jest jakaś podróż i ucieczka. Tu mowa o ucieczce od kultury, cywilizacji. Wiersze mówią wyraźnie o tym, że ich autor jest zawiedziony kierunkiem postępu kultury człowieka. To ucieczka ze znajomego domu, na który pracuje się całe życie, ucieczka spod bezpiecznego dachu, obfitującej w świeże mięso i owoce aglomeracji miejskiej, w jej ciemne strony, dzikie strony. Łąka na nas nie czeka. Nasza dzikość, nasza rezygnacja to rezygnacja ze świeżego miasta na rzecz ulic ociekających fetorem nieświeżości. Do dzikiej kultury. W mieście się zaczyna i tu kończy wysoko wykształcona kultura.

Ostatecznie rezygnuję z pierwszego dziennego
tramwaju, żeby wypróbować nogi, a jeszcze
przed chwilą było mieszkanie złożone z odcisków
ludzi i kotów(…)

(…)Przydzielony do złej grupy po prostu musiałem
zwiać.

(Ostatni spacer O’Hary)


To nie wina podmiotu lirycznego, nieco śmiesznie mówiąc, akademicko ćwierkając, ale systemu wtłaczającego bezmyślnie lub z myślą o interesie innych jednostkę tam, gdzie nikt na nią nie czeka.

Wiersz w tytule nawiązujący do Franka O’Hary może być również przyznaniem się Skoniecznego do nurtu o’harystów traktowanych jako barbarzyńców literatury. W tym widzę konsekwencję autora z jaką cały czas nawiązuje do przyznawania się do rezygnacji z dóbr kultury. Jednocześnie codzienność uznając za punkt wyjścia do tworzenia literatury.

Dokąd uciekać? O tym Skonieczny nie pisze. Jeśli już się uprzemy, to zobaczymy jedynie śmierć, tylko ona zostaje, ona czeka na mecie. Ktoś powiedziałby, że to mało oryginalne, proste. Tak, bo czekają na nas tylko proste rozwiązania. Wszelka wirtuozeria jest domeną sztuki, imaginacji. „Dzikie strony” to jednak książka nie o sztuce, ale o życiu. A ono nie jest poezją.

Zdarzają się wiersze do bólu szczere, bez maski. Jak wiersz  „Przynieś trochę śniegu”, który bez skrupułów rozprawia się z autorem, jego głodem jej. Miłość, tęsknota, głód ciała, to też kierunek ucieczki.

Siedzę w piżamie przy otwartym oknie,
jak starzec albo upośledzony. Zasypiam w świetle
latarni, przy podniesionych roletach, żeby wielkie oko
napatrzyło się.

Całkiem filmowy obraz człowieka zgnębionego tęsknotą. Łóżko, światło latarni wpadające przez okno. Amerykański malarz Hooper mógłby to w udany sposób odmalować.

(O, słyszę straż pożarną. Jadą na plażę, robią dla dzieci program "Bezpieczne wakacje")

Śmierć często gości w wierszach Skoniecznego. To poważnie brzmiące wersy dające do zrozumienia, że autor jest świadomy tej pani, która sprawiedliwie przyjdzie po każdego. Nie jestem jednak pewien czy rzeczywiście autor do niej zmierza, czy może przyznaje, że już w pewnym sensie, mentalnym, historycznym już dawno jest po drugiej stronie i właściwie nie ma już sensu wszelka ucieczka, bo nie ma dokąd.

Należę do pokolenia, które dawno umarło,
Na dnie wyschniętego jeziora znajduję drewniany statek
I spróchniałego wioślarza(…)

Pokolenie dawno umarło albo jeszcze się nie narodziło.
Wszystko jedno, należę do ciebie, piachu.

(Piosenka samobójcy)

Tytuł wiersza sugeruje kierunek ucieczki. Niestety, może przez owego „spróchniałego wioślarza”, który jest marną metaforą, gubię się w intencjach autora. Żyje on czy nie żyje ów liryczny? Zapewne nie wszystko jest do określenia. Z pewnością jednak autor śmierci oddaje hołd albo przynajmniej swój dobytek.

Myślałem, że mówię za siebie,
nie za zmarłych. Nie wiedziałbym
gdybyśmy nie śnili tego samego.

(Nowa Apokalipsa)

Trudno oprzeć się wrażeniu, że tu dzieje się, dzieje, ale na granicy realności. Może to tylko wielki pozór, jak wszystko, co widzę w telewizji i w kinie. Niby żyje, ale to tylko nagranie, gra, ustalone przez chwilę reguły, zrealizowane mniej lub bardziej pieczołowicie.

W czyim imieniu mówię? Co ja właściwie mówię? Czy to, co mówię, to moje zdanie? Również takie pytania rodzą się podczas lektury wierszy Skoniecznego.

Wszystko się pomieszało.
Wykształceni nie czytają. Nie maja zainteresowań. Nie lubią tego, co robią. Nie są zaangażowani w cokolwiek. Chcą mieć.

Pracujemy całe dnie, męczymy się w pracy, bo nie lubimy pracy. Nie lubimy, bo zostaliśmy wychowani w pogardzie dla pracy, nauczeni, że pracujemy dla kogoś, kto nas wykorzystuje. Męczymy się jednak dla tych pieniędzy, które składamy, ale mamy do nich pretensje, że są za małe. Z uskładanej górki podbieramy na telewizor, nowy fotel, płytki ceramiczne. Zapraszamy sasiadów, by zobaczyli nasz sukces. Na koniec wychodzimy zmęczeni nowymi sprzętami do garaży, piwnic, gdzie nikt nas nie widzi, niczego od nas nie chce. Chowamy się w tych krzakach, w tych dzikich stronach. Wracając do domu trudno jest się pozbierać. Co jest moja rzeczywistością? Ja żyję? Gdzie ja żyję?

Tak rozumiem, tak słyszę temat wierszy z książki „Dzikie strony”. Nieco naciągam, bo wiem, że tak dziś chcę słyszeć. Autor z pewnością będzie miał kilka machnięć ręką, bo w końcu nie udało mi się dotrzeć do sedna. Nie chcę, wystarczy mi, że książka jest inspirująca. I po czterech latach aktualna.

Zanim zaczniecie czytać przygotujcie się, że pierwsze wiersze, być może do wiersza pod tajemniczym i nic nie mówiącym tytułem „K.”, nic wam konkrenego nie powiedzą. To wyrwane z kontekstu obrazki, tchnienia, próby, przepraszam za określenie, honetyzmu. Od 16 strony zaczyna się temat. Natomiast wcześniejsze wiersze są swoistym wprowadzeniem, robią klimat, jak to się mówi na balkonie z sąsiadem.
Zakończę pierwszymi wersami pierwszego wiersza o ironicznie w tych okolicznościach brzmiącym tytule „Exit”.

Odwróciłem się od serca
na jakiś czas. Gadałem jak opętany,
ale już wracam w te dzikie strony,
gdzie trzeba uważać. Trzeba uważać,

kiedy jest się u siebie.


Rafał Skonieczny, "Dzikie strony", WBPiCAK,  Poznań 2010

wtorek, 13 maja 2014

Besztam wszystkie rule

Zmagam się z tymi wierszami Adama Pluszki z tomu "Zestaw do besztań". Uwierzyłem im na słowo, nie wiem, może to błąd? Tłumaczę sobie każdy wiersz z osobna i usiłuję wytłumaczyć jego obecność w tym tomie. Sytuacja rzadko sptykana: wiersze urzekną bez powodu, powodu szukam potem. Nie wiem czy znajdę, może mnie te wiersze wyrzucą za drzwi, wyśmieją. Staram się napisać coś o nich do Szafy. Wiele daje rozmowa, ciekawy wywiad z autorem, wywiad również do najbliższej Szafy. Adam Pluszka wspomniał o Arystotelesie, mi przypomina się raczej Nietzsche, ale to dalekie echa...
...człowiek rzeczywiście na co dzień przypomina raczej zwierzę, które w tajemniczy sposób nauczyło się płakać i śmiać.

niedziela, 13 kwietnia 2014

Marcin Ostrychacz, "Zamiatając pod wiatr"

Podoba mi się w tych wierszach wiara, że skoro mam pomysł na to jak zacząć wiersz, to jakoś pójdzie. I idzie. Słowa leją się Ostrychaczowi łagodnie, bez niepotrzebnych przestojów. Potem kwestia puenty. Ta zazwyczaj nieco sentymentalna jak u dziewietnastoletniego  poety lat 90 mieszkającego w kwidzyńskim internacie.

Podoba mi się w tych wierszach to, że bez obawy są nieco przegadane. Ostrychacz to gaduła. Widzę w tym szczerość i wiarę, że skoro tak się napisało, to niech tak zostanie.

Autor w dowód dojrzałości poetyckiej odchodzi z pierwszego planu, skupiając się na temacie wiersza. Prosty pomysł na formułę tekstu może urosnąć to wagi tematu, jak w wierszu „Pod łóżkiem”.


Ten wiersz nie mówi o wycinaniu piersi
O wysypiskach płodów w dalekiej Kanadzie
Czy samobójstwach uregulowanych prawnie. (…)

Kusi go oczywiście niepotrzebny wygłup, jak każdego. Zrobić coś dziwnego, nawet barokowego. Nie ważne czy to potrzebne, ważne by brzmiało niecodziennie. Na szczęście nie zdarza się to często. Taki powiedzmy „amalgamat bezużytecznych staroci” w wierszu „Szara kartka”. Już w pierwszym wersie taki gargamel, wiedziałem od razu, że nic nie zrozumiem z tego wiersza, że nie przebiję się do niego. Ale to wybór poety, a jego wybór czytelnik ma uszanować. Zresztą ratują go słowa: „W moich wierszach nie ma brzydkich dziewcząt”, bo widzę oczami wyobraźni to, co chcę zobaczyć, w okolicznościach dla mnie kluczowych. A „świat na ostrych kołach zjeżdża ze stromej ulicy.”

Można się bawić tymi wierszami, czytając je na kilka sposobów. Trudno jednak dobrać np. do recytacji, na scenę taki, który jest rzeczywiście sceniczny, zawiera emocje, mówi o emocjach. Nie jest jednak beznadziejnie, szczególnie te przegadane, jak pisałem, wiersze, rzeczywiście coś mówią o poecie, o jego otoczeniu. Mówią bez zbędnych udziwnień, mówią bardzo odważnie.

„Oczy Marysi” to wiersz o tym, że wszystko jest szare tylko nie jej oczy. Tych szarości, przyznam, wszystkich nie doczytałem, szkoda mi było czasu. Taki jest Ostrychacz – on nie przejmuje się tym, że czytelnik ma już dość, nie chce, nie jest ciekawy, co jeszcze poeta uważa za szare, tym bardziej, że niczego nowego to już nie wnosi. Ale ten autor ma to gdzieś. Uznaję tę postawę za właściwą, nawet jeśli wiersz jest chujowy. Słowem, rzeczywiście zamiata pod wiatr.

Podsumowując, dużo życia w tych wierszach, w całym tomie. To życie jednak widzę przez szybę. Dzieje się tu, dzieje, ale nie mam możliwości wejścia w to życie.



Marcin Ostrychacz, „Zamiatając pod wiatr”, WBPiCAK, Poznań 2013




niedziela, 16 marca 2014

Statystyki zwalają z nóg, Kira Pietrek "Statystyki"

Na nowy tomik poezji Kiry Pietrek składają się dwadzieścia cztery wiersze oraz rysunki jej autorstwa, będące ciekawym uzupełnieniem treści wierszy. Z lekkim drżeniem rąk rozpocząłem czytanie „Statystyk”, jako że trzy lata temu pierwsza książka Kiry Pietrek „Język korzyści” rozmontowała mnie i całe towarzystwo piwniczne na drobne elementy. Tempo i język tych wierszy dźgał w mózg. I chociaż twierdziłem, że książka rewolucji nie zrobi, to ucieszyłem się na wieść, że otrzymała Silesiusa.

Nowa książka potwierdza klasę zawodnika. Myślę, że śmiało może krzyżować rękawicę z największymi faworytami wagi ciężkiej. Przede wszystkim tematy poruszane przez poetkę wydają się mało poetyckie, ale Pietrek umiejętnie osadza je na tej ziemi zagnieżdżonej przez babobaby wielce liryczne. Język skłania się często ku niusom prasowym, co jeszcze bardziej twarz wbija mi w piach. Forma jest tu ściśle związana z treścią, co tylko przekonuje, że przeciwnik nie przetrwa dwunastu rund. W starciu z Kirą Pietrek musimy zejść na ziemię i mocno się jej trzymać. W końcu wiersze te dotyczą często prozy życia , problemów socjalno-bytowych, nieco również sierpem w płciowość, kobiecość prawym na korpus. Świat „Statystyk” to wszystko, co się w owych statystykach mieści, z których pragnie się wyrwać. Bezrobocie, nadzieje na pracę, idiotyczne kształcenie bezrobotnych. „Statystyki” objęły swoim już mniej rozgorączkowanym językiem, językiem bardziej wyważonym i suchym absolwentów marketingu, finansów i uczelni pedagogicznych.

Być może książka Kiry Pietrek nie mówi niczego, czego byśmy nie wiedzieli. Mówi to jednak sugestywnie. Znalazła poetka po raz kolejny sposób na wypowiedzenie tego, o czym rozmawiamy w garażach, na przystankach i innych okolicznościach. To język urzędowy, język miłośników statystyk wszelkiego rodzaju, aktów prawnych, druków ścisłego zarachowania. To język dla tych, którzy żyją w przekonaniu, że papier wszystko przyjmie, co więcej – ważne, żeby było w papierach, reszta jest na drugim planie. Wierszem „Konstytucja”, w którym Kira Pietrek ze stoickim spokojem wymienia zapewnione obywatelowi prawa przez konstytucję, utwierdza w przekonaniu, jak bardzo te zapewnienia są odległe od rzeczywistości; pokazuje ten absurd urzędowych pism.

„rzeczpospolita polska stwarza warunki równiego dostępu do dóbr kultury
siły zbrojne podlegają cywilnej i demokratycznej kontroli
każemu zapewnia się wolność organizowania pokojowych zgromadzeń (…)
każdy ma prawo do ochrony zdrowia (…)
władze publiczne
prowadzą politykę sprzyjającą zaspokajaniu potrzeb mieszkaniowych obywateli
przeciwdziałaja bezdomności
wspierają rozwój budownictwa socjalnego (…)"

W tę formę wpisana jest kpina i rozdrażnienie obywatela.

Znów, niestety, nie wydaje mi się, żeby „Statystyki” przeorały ludziom widzenie otoczenia, ale tylko dlatego, że poezji prawie nikt nie czyta. Przeto zachęcam i polecam do poznania wierszy Kiry Pietrek, by oswajać poezję mocnego pierdolnięcia o bruk.

Statystycznie mało czytamy. Stan czytelnictwa według badań Biblioteki Narodowej w roku 2010:
Do ani jednej książki nie zajrzało 56% Polaków.
Dla porównania we Francji 31%, w Czechach zaledwie 17%. Mimo tego ciągle słyszę, że Polacy są najmądrzejszym narodem w Europie. Ciekawe skąd biorą tę mądrość? Z TV? Z TVN Style? Może Szkło kontaktowe tak bardzo nas rozwija i uczy?
W 2012 roku Czechów z wyższym wykrztałceniem było 25,6%, zaś Polaków 31,9%.  Dotyczy osób w wieku 30-34 lat.
W 2010 roku ani jedenj książki nie przeczytało 25% Polaków z wyższym wykształceniem.
Tylko 12% Polaków przeczytało więcej niż 6 książek w roku.
W ciągu miesiąca tylko 20% Polaków z wyższym wykształceniem czyta teksty dłuższe niż 3 strony.

A ile procent Polaków przeczyta książkę Kiry Pietrek.


„Statystyki” zwalają z nóg.


Kira Pietrek, "Statystyki", WBPiCAK, Poznań 2013

sobota, 28 września 2013

Konrad Wojtyła, "Czarny wodewil"

Niedawno odwiedziłem rodzinne strony mojej babci. Chodziłem łąkami, przemierzałem polne drogi i patrząc w niebo, w dalekie kontury powstałe od drzew na horyzoncie myślałem, że 90 lat temu było tu tak samo. Dokładnie ten sam zapach sierpnia, to samo niebo, te dźwięki przyrody: owady, szum wiatru itd.

Próbowałem odszukać pierwszy dom rodzinny stojący nieco dalej od gospodarstwa dzisiejszego i udało się. Można dojść do tego miejsca jeśli zauważymy, że do tej pory przysypany jest rów przy drodze, by można było z niej zjechać do dawnego siedliska. A i w miejscu, gdzie osadzony był dom po dzień dzisiejszy można znaleźć ślady bytowania tam ludzi.

Nie słyszałem o żadnych mrocznych wydarzeniach w rodzinie, nawet wojna nie dokonała wielkich zmian. Nie słyszałem o pogromach żydów, łapankach, nikt nie mówi o startach w ludziach. Tylko historia o dziadku, który zatrzymał się w gospodarstwie uciekając przed Niemcami. Dobrzy ludzie przechowali go a potem oddali mu córkę – moją babcię. Historia, z której nie ukręci się scenariusza na ciekawy film.

Inaczej ma się rzecz ze wspomnieniami, czy może z wewnętrzną podróżą Konrada Wojtyły do czasów przeszłych, chyba swojej rodziny. „Czarny wodewil” to zbiór wierszy poświęconych ludziom żyjącym, jak rozumiem podczas wojny. To rodzina poety.

Konrad Wojtyła napisał przejmujące wiersze na temat traum rodzinnych pochodzących z czasów wojny. Podczas kolejnych spotkań z książką przypominały mi się bezkonkurencyjne „Radości” Grzegorza Kwiatkowskiego. Wojtyła też zdaje się chce podsunąć nam do twarzy podczas obiadu wykopane szczątki ludzkie. Nie ma tu jednak tego minimalizmu, oszczędności odzierającej obraz ze wszystkiego co zmysłowe, prócz zapachu. Wojtyła ma po prostu inny cel. Opowieść ma go zaprowadzić do przeszłości, chce podejrzeć jak to było dawniej. Było groźnie, strasznie, był głód i choroby. No i chce o tym napisać książkę, napisać językiem cierpliwym, stonowanym i konsekwentnym. Brakuje mi w tej książce emocji, ale mi zawsze i wszędzie ich brakuje.
Konrad Wojtyła próbuje być niejednoznaczny – jak w wierszu „VII”, w którym :

„Zobacz, jeszcze tu
Unosi się duch –
Brali ją chętnie i często.
Na języki. Wzdychała – weź mnie.
Poliż. Czarno-białe zdjęcie.”

Tak sobie Wojtyła kombinuje: niby ją brali, gwałcili, ale może jednak tylko plotkowali. Niby sama chciała, ale nie o ciało chodzi. To dobrze się czyta, ale daje możliwość ucieczki od prawdziwego przeżycia strachu, lęku, obrzydzenia podczas czytania tych wierszy. To oczywiście można poczytywać za zaletę tej liryki, w końcu nie każdy chce ubrudzić się w tym do szpiku. Ja lubię nie mieć wyjścia.

Konrad Wojtyła objawia się również jako sprawny rzemieślnik. Dlatego tak łagodnie wchodzą te wiersze do człowieka. Raz mówi w nich sam autor, innym razem babka Ludka(?) – bohaterka książki.

Wielu poetów odnosi się do przeszłości, swojego dzieciństwa i przodków. Konrad Wojtyła zrobił z tego taniec śmierci. To rzadziej się zdarza i pewnie w tym tkwi również siła jego książki. Każdy kto spotkał się już z jego twórczością powinien poznać „Czarny wodewil”, bo to zupełnie inny wymiar Konrada Wojtyły.




Konrad Wojtyła, „Czarny wodewil”, Wojewódzka Biblioteka Publiczna i Centrum Animacji Kultury, Poznań 2013

środa, 3 października 2012

Kamila Pawluś, "Klaustrofobia. Na wynos."


28.09.2012

Książka Kamili Pawluś "Klaustrofobia. Na wynos" sprawia mi kłopot. Wiersze dobrze się czyta, dużo się w nich dzieje, mam jednak wrażenie, że to działania pozorne. Pozorne, bo w gruncie rzeczy język tych wierszy nie otwiera się przede mną. Pierwszy wiersz SJESTO, DO WIDZENIA wciąga mnie, bo kolejowy most, małe miasto, ryby i woda, czyli moja okolica. W dalszych wierszach podwórka, laptopy, zły Frank...Jednak z każdym przeczytanym wierszem trochę mnie ubywa. Rekwizyty w moim pokoju pochłania mgła, moje myśli uciekają w moja stronę, ale moja strona wcale nie jest już taka moja. Świetny wiersz PATERNOSTER. Nie zacytuję go, ponieważ wolałbym, abyście wydali trochę na książkę, którą można kupić na stronie wydawnictwa. Dlaczego tylko ja i ksiądz mamy kupować książki? Zachęcam również katechetę, fizyka, stolarza, kamieniarza i tego od logistyki.

29.09.2012

To nie jest książka, która dotrze do mnie od pierwszego wejrzenia. Wielu wierszy nie rozumiem. Wiem jednak skąd pochodzą. Wypływają z ulicy, po kawałku z różnych wystaw sklepowych. Gdzieś na rogu małego miasteczka łącza się w całość. Mają na sobie kurtkę H&M a ich głód jest hitem TV. Poza tym to nie jest wcale takie ważne, czy książka dociera do mnie, czy mi się podoba.
Warto mieć te wiersze na podorędziu przez jakiś czas.  Wiersze o ciasnym świecie, który jak wszystko, co zrobione szybko, by szybko się sprzedało, jest również na wynos. Klaustrofobia, która podana jest tu w sugestywny sposób może trochę pomęczyć, czasem zapominam o czym autorka pisze, gdzie w końcu znajduje się ów podmiot liryczny. 
Niektóre wiersze, jak KRONOS, uderzają prosto w układ nerwowy, odbierają ochotę na posiłek. Kamila Pawluś potrafi mocno dyskutować ze światem, stawiać się mu. 

30. 09.2012

Książka o poczuciu odosobnienia. Jak odosobnione jest od cywilizacji małe miasto, biedny lub chory człowiek. Tak odosobniona była przez wiele lat Japonia od świata zachodniego. Wiersz HIKIKOMORI być może podpowiada jak czytać wiersze Kamili Pawluś. Wiersze o życiu na marginesie jako powszechnym juz problemie, a jednocześnie indywidualnym dramacie. Dramat zejścia na margines, co ma być ucieczką od wymagań stawianych przez całe otoczenie, jakiejś presji. W wierszu PARKIET dużo obrzydzenia dla "błaznów i laufrów" próbujących sprostać oczekiwaniom stawianym przez cywilizację pieniądza. 

03.10.2012

Ostatecznie,
tu w piwnicy książka Kamili Pawluś KLAUSTROFOBIA. NA WYNOS przyjmie się bardzo dobrze. To w dużej mierze wiersze o gościach piwnicy, uciekających od głupiego swoimi statystykami świata parkietów i sondaży.

Kamila Pawluś: „Klaustrofobia na wynos”. Wojewódzka Biblioteka Publiczna i Centrum Animacji Kultury. Poznań 2012.

poniedziałek, 27 lutego 2012

Tomasz Bąk, "Kanada"

Debiut Tomasza Bąka poety dwudziestoletniego z Tomaszowa Mazowieckiego to wielki sukces autora, wydawnictwa i świata w ogóle. Czytam te wiersze w piwnicy, ileś centymetrów pod ziemią w końcu i czuję jak te wiersze chcą wyskoczyć na ulicę. Czuć w tym ducha Szczepana Kopyta, Kiry Pietrek, nawet Jasia Kapeli. Podałem kilka nazwisk, oczywiście, że każdy z tych poetów ma własną dykcję. Mówię o tym, że Bąk jest podobnie jak oni wkurwiony. Po prostu wkurwiony, niczym bohater filmu „Made in Poland”, który biega po mieście i ogłasza: „Jestem wkurwiony”. Poetyka Tomasza Bąka daleka jest od chowania się po piwnicach, przeżuwania zjełczałych dni. To nie deprecha, to raczej ufność w to, że można coś zmienić. Dla mnie odmładzająca liryka, która przypomina mi moje rozpostarte skrzydła, no tyle, że ja nie pisałem tak udanych wierszy. Autor „Kanady” nie jest może tak kabaretowy jak Kapela, tak zdeterminowany językowo jak Pietrek czy tak zaangażowany społecznie jak Kopyt, ale to głos najmłodszego pokolenia, autentyczny i własny.

Słychać tu czasem Świetlickiego, jak w wierszu „Opluty strikes back”, ale to echa, które nie przeszkadzają, zresztą, nie można mieć pewności, co do tych odwołań, to raczej wrażenie.

Bohater tych wierszy ma przed sobą cały świat, świat otwierający się przed nim. On jednak widzi w świecie jedynie dziwkę, która chce go okraść za chwilę jakiejś tam ulgi. To oczywiście nic nowego. Gra tu jednak Bąkowa melodia i to przekonuje do książki.

„To jest świat który mnie czeka;
świat, w którym mam złotą kartę,
któremu jestem wierny,
który mi daje dwadzieścia procent gratis.”
                                                   (DYKTA)

Mam pewien problem z odgadnięciem intencji autora w niektórych wierszach, mam problem z osadzeniem go w konkretnej szufladzie. Już w pierwszym wierszu jednak zdaje mi się on przedstawiać jako człowiek nieufny wobec nachalnej lewicowości („Pokaż mi swój łom,/ a powiem ci, jaki z ciebie lewak).

Rozumiem bohatera tych wierszy jako kogoś, kto nie czuje spójności w świecie przechylającym się na lewą stronę, nie czuje się ów bohater pewnie w świecie, w którym produkuje żółty, sprzedaje czarny a zarabia biały, żeby sparafrazować wers z jednego z jego wierszy.

To bohater, który często mówi o samotności. Wynika ona z braku matki, przynależności do kogoś, jakby rzeczywistość absolutnej wolności tej wolności nie dawała, nie dawała pewności w swobodzie. Ma on raczej wrażenie, że jest niewolnikiem wystawionym na sprzedaż.

„Bogatszy słowem każdego poety sprzedanego w promocji (…)
Odziany w baner każdego sponsora, który mnie zechciał.

Nagi i niczyj (…)”
                                 (Krokodyl)

Podobnie w wierszu SELAVIP widzi siebie jako numer statystyczny. „Niepotrzebny nikomu, wciśnięty tylko w państwo,/ krwiobieg podatku.” Aż boli, że dwudziestoletni poeta nie widzi w świecie niczego z czym mógłby się związać na stałe. I tę tęsknotę za stałością gdzieś między wierszami wyczytałem. Tęsknotę za wolnością polegającą na tym, że to ja decyduję, co jest dla mnie dobre, nie zaś państwo, które obecnie zajmuje się przede wszystkim ściąganiem podatków. Wychylam łeb z piwnicy wystarczająco często, by pozwolić oślepiać swoje oczy wykwitem niklowanej głupoty, za którą głupcy biorą ciężkie pieniądze, one stały się wyznacznikiem prawdy, wolności, dobrej sztuki.

Debiut Tomasza Bąka w tomie „Kanada” wziął (jak to się teraz mówi) „na klatę” obowiązkowe motywy młodego, współczesnego poety. To przede wszystkim samotność wśród ludzi, brak poczucia przynależności, bunt przeciw głupocie społeczeństwa, ślepy konsumpcjonizm. A także bunt przeciwko systemowi: „Wymierz w system i dupnij”. Brzmi punkowo. Oczywiście motyw współczesnego miasta, jako miejsca, w którym trudno siebie odnaleźć, gdzie jednostka gubi siebie, swoją tożsamość (KAKOFONIA).

Znajdziecie tu również gierki językowe, niestety powiem, puste gierki językowe, np.

„Usiądę na schodach, żeby wywołać wilka.

Pójdę do fotografa, żeby odwołać twoje zdjęcia.”

To jednak pierwsze kroki poety. Owe gry mogą świadczyć o tym, że poeta czuje się pewnie w świecie języka, słowa rzeczywiście służą mu do zabawy.

Książka Tomasza Bąka przekonała mnie, że warto wyjść z piwnicy i przyklejać wiersze w miejsca zakazane, przybijać je gwoździami do drzew, niech się leśni buntują, niech radni wysyłają zabójców na mnie. Warto wyjść i słowem walczyć o swoje. Oby tylko cierpliwości starczyło.

Tomaszowi Bąkowi cierpliwości pewnie starczy. Niech nie zabraknie mu też pomysłów na kolejne wiersze. Motywy, które podjął wyczerpują się, stają się rzeczywistością handlową, przybierają postać kilkakrotnie wypranych sztandarów. Dziś udało się Tomaszowi Bąkowi rozprawić z nimi ręką wytrawnego, chociaż młodego poety.


Tomasz Bąk, "Kanada", WBPiCAK Poznań 2011

piątek, 24 czerwca 2011

Przemysław Owczarek, "Pasja"



Nie jestem w stanie docenić poezji Owczarka w pełni. I pewnie wcale nie o to chodzi, by umieć powiedzieć, co dokładnie w wierszach tych przykuwa uwagę, jakiego sposobu użył, by pomóc wyobraźni śnić na jawie. Każdy kto czytał książkę Przemysława Owczarka „Pasja” spotkał się ze światem tak mocno wykreowanym W WYOBRAŹNI AUTORA, ŻE ZASŁUGUJE TEN ŚWIAT W PEŁNI NA MIANO LITERATURY. Tomik podzielony na cztery pasje: wiedzenia, dzielenia śnienia, uzdrawiania. Składnia tych wierszy jest na tyle gęsta, „owczarkowa”, by śmiało mówić o pasji pisania poezji. Motyw ojca, pojawiające się postacie biblijne z całym swoim bagażem semantycznym budzą skojarzenia z męką pańską, czyli z chrześcijaństwem. Jednak boję się, że może to być nadinterpretacja. Zupełnie co innego trzyma przy tej książce. Są to obrazy, skojarzenia poety. Sama postać ojca np. w wierszu „Wkrótce” znaczeniowo nie jest jednoznaczna. Przeplatając się z nawiązaniami do postaci bliblijnych, np. Mojżesza wskazuje, że mam do czynienia z wypowiedzią aspirującą do rangi czegoś uniwersalnego.
Liczne cytaty poprzedzające wiersze, tak zwane motta, próbują mnie naprowadzić na trop. Gdzie mam szukać sensu wiersza. Traktuję to jednak jako zabawę w podchody. Tak też można, ale niekoniecznie trzeba. I tak wiersze napisane są na tyle sugestywnie, że można dokądś dotrzeć.
Podoba mi się ta książka, chociaż jak na razie wolę i tak wiersze bardziej bezpośrednie. Owczarek stara się oczarować słowem, rytmem. Wprowadza rekwizyty tak zaskakujące, że można ulec złudzeniu, że ma się do czynienia z czarodziejem. Kwestia gustu nie może jednak ważyć na opinii o „Pasji”.
Kupujcie! Wakacje. Lato ze swoim upałem sprzyja uciekaniu do piwnicy.


Trzynaście muz na dobę

wieczór, piekielny atak boskości, sto tysięcy Buddów
o melancholijnych twarzach oddawało mocz
na cztery strony świata. gdyby przechodził tamtędy Cioran,
splunąłby z zachwytu. zaprawdę żyje ten, kto łowi
słowo z gorących źródeł. doskonała symetria.

świt. epoka biletów. kochałem się z tobą w butiku
ruda dziewczyno z sutereny. na co ci wiara w silikon?
będziesz łkać i twoje ciało powije szkielet. pewnego dnia
kruk położy na progu beznogą lalkę. docenisz jej smak.
słońce otworzy oko w kuli deszczu. powstanie kantata

południe o dwunastu tonach. czas, żeby aktor wyszedł.
widownia wybaczy mu samobójstwo. parszywa audycja.

odsłoń piersi. wtedy przedmioty

zaczną płakać.


Przemysław Owczarek, "Pasja", WBPiCAK, Poznań 2011

poniedziałek, 13 czerwca 2011

Szczepan Kopyt, "Buch".


Przygotowania do Euro 2012 miałem w żołądku, jelitach. Tych jelitach. Przez dwa dni. Koparki, asfalt płynny, schody grożące zawaleniem – wirus. Tyle się mówi ostatnio o nowym szczepie bakterii coli! I nagle buch, nagle bach, bęc.

„nasza estetyka opiera się na kale
a sprzedaż bezpośrednia na solidnej chemii”
(archeology)

Nie potrafię oddać nudy. Siedzenia w domu. Potrzebowałem do pracy, do ludzi. Stłumić, zgasić, odebrać tlen myślom, rozsądkowi, który budzi się w człowieku, kiedy nie ma do czynienia z systemem (obojętnie jakim – oświaty również). Nagle okazuje się, że przez wiele miesięcy ktoś mi nieznany od kogo jednak zależę jechał po mnie jak po łysej kobyle. Wciskał mi kit, który to szit łykałem bez popitki. Przekazywałem go dalej, często w sposób nachalny, tak jak mnie się go sprzedaje. Gdybym się jednak w porę spostrzegł i zwrócił wszystkim uwagę, że źle czynią, że to nie tak, musiałbym się liczyć z przyjściem do mnie urzędnika o nazwisku ZŁA OPINIA. Zła Opinia zanotowałaby, że nie pojąłem zasad kultury osobistej i mam bardzo poluźnioną gumkę, że niby nie rozumiem się na relacjach między ludźmi.
„kultura to wypadek przy pracy”

Żołądek pracował jak betoniarka. Oddawał zaprawę z uporem maniaka, chociaż nikomu ona nie była potrzebna. Wołałem po lekarzy w lęku przed nimi, chciałem do szpitala bojąc się jego zarazków, brudnych ścian, leniwych pielęgniarek, oszukanych lekarzy, zniechęconych lekarzy, zmęczonych lekarzy, pazernych lekarzy, no lekarze są różni, różne mają problemy. Ważne, że się bałem. Na lęku stoi świat.

„musisz się zawsze urzędu bać
co jest urzędem w rzeczywistym świecie
obawiać się choroby wliczać pobyt w szpitalu
w swój plan na najbliższe dni musisz się stawiać
w określonym dniu w określonym mieście
złożyć podpis bać się państw i ich przepisów
których nieznajomość ma ci szkodzić ma zabić (…)”
(zabawa)

„masz oblicza lęku i obliczaj swój lęk”
(ragga)


Leżąc i piszcząc z bólu, myślałem jak łatwo można mnie wrobić w jakieś gówno i wylać na śmietnik. Pozbawiony czci nie będę miał wstępu do żadnego fryzjera w mieście. W barze będą we mnie rzucać kuflami. Wyobrażam sobie, że jestem inny niż jestem i w pracy nie dają mi żyć. Młodzież pluje mi w twarz przekleństwa i inwektywy. I wtedy ja otwieram gębę i stawiam słowo „skurwysyn” za te kilka lat szczania mi do gęby. Co się wtedy ze mną stanie?
Wyobrażam sobie, że idę z tym żołądkiem w plecaku do lekarza. Rzucam mu go na biurko i stawiam słowa: „Miało być kurwa dobrze! A co jest? Widzisz pan jak się żołądek trzęsie, jaki jest zielony? I wyciągam mu z siatki jelita: Popatrz pan coś narobił! Dziurawe i śmierdzi jak z pachy starej pielęgniary. Co on mi na to? Jak podskoczy, to opiszę go do gazety, na forum, na portal, na drzewo, na mur.

„prawo umiera i umiera państwo
umiera prasa i cały inwentarz pojęć”
(prawo)

Co nam pozostaje? Jak się nie pozabijać? Z kim chodzić do kina, komu mówić prawdę? Czy sport to zdrowie, czy mięso szkodzi? Dlaczego kablówka zamienia programy. Dlaczego niektórzy nie lubią koloru białego?

„musisz być wewnętrznie wolny i nieograniczony miej wentyl i wiej
Z jego powietrzem niech będzie tam słońce które grzeje i muzyka co kołysze
musisz mieć właśnie to (…)

ty jesteś medium swojej prawdy która nie szuka definicji i która nie błysz-
czy bo prawdziwy diament jest w ziemi a błysk to okup krwi Babilon bilon
jego prawo i lewo (…)”
(szpitale)




Do książki z wierszami Szczepana Kopyta zatytułowanej „Buch” załączona jest płyta z muzyką Kopyta i Piotra Kowalskiego. Niektóre wiersze z książki są śpiewane na tej płycie.
Cycaty, przepraszam, cytaty pochodzą z tomu „Buch”.


Szczepan Kopyt, „Buch”, WBPiCAK, Poznań 2011

środa, 8 czerwca 2011

Konrad Góra, "Pokój widzeń". Intesywna intensywność.


Konrad Góra opublikował drugi tom poezji. Tym razem zatytułował go „Pokój widzeń”. Piszę o nim (nie będę pisał wiele), ponieważ jak już ktoś pisze cokolwiek, to powinien napisać o tej książce. Czytam ją, ponieważ jak ktoś czyta, to powinien też przeczytać tę książkę. Tak jest dlatego, że ja tak mówię, to primo. Po drugie, ponieważ to druga jego książka i tak samo dobra. Nieczęsto się to zdarza. Dlatego nie wspomnę o tym, że gubię się w tematach podejmowanych przez Konrada Górę. Nie będę się rozpisywał na temat tego, że taka „intensywność intensywnego” języka w końcu podważa moją wiarę w możliwości wyrażenia czegoś słowami.
Jedno jest pewne: natłok wątpliwości jakie budzą się wobec otoczenia po lekturze „Pokoju widzeń” odbiera oddech, chęć do oddychania. Ilość paradoksów, hiperboli pojawiających się w książce pozwala myśleć, że ma się do czynienia z jakąś barokową wizją świata. To by się nawet zgadzało, bo u Konrada Góry radość podaje rękę śmierci, końcowi. Życie człowieka wydaje się niewiele więcej warte od morskiej fali, żeby się wysilić na grafomańskie porównanie. Poeta obnaża tym sposobem, powiedziałbym, biologiczność naszych pasji, namiętności, wiary. Że spsiło się to wszystko.

popatrz na to inaczej: im ten ktoś
nie umarł, teraz obnoszą się jego odejściem
jako świętem, kiedy niebo grzmi od szczęścia,
którym się dzielimy, bo skończył się chleb.

(Przez frontowe okno)

Sfera sacrum często spotyka się z codziennością w wierszach Góry. Nie wiem czy to zamierzone, nie chciałbym też robić z tego faktu wartości, bo to w końcu żadna nowość. To jednak dla mnie przynajmniej jeden z bardziej widocznych motywów „Pokoju widzeń”. Anafory, paralelizmy składniowe, powtarzające się symbole, powiedzmy też rekwizyty biblijne: chleb, krzyż, ryba, powodują, że niektóre wiersze zyskują litanijny wręcz charakter. Do tego niewybredny język, w którym utrzymane jest tempo jak w dobrym monodramie powoduje, że „pokój widzeń” czyta się jak książkę sensacyjną, hehe. Sposób obrazowania mnie przynajmniej przekonuje, chociaż Konrad Góra nie wydaje się być zafascynowany budowaniem sensualnych obrazów, które nie mają większej treści (czyli myśl czytelniku co chcesz, masz do tego prawo. Ja zaś nie ryzykuję objawiania swoich myśli). Góra z werwą rewolucjonisty wykrzykuje swoje przekonania, podważa kolejne elementy rzeczywistości. Wszystko odbywa się w mięsie słów. Te wersy żyją, poruszają się, zmieniają kolory.

Dlatego powinniście poznać tę książkę.

Przeczytać ją w piwnicy, gdzie wszystko wolno.


MYŚLI SPOD STRUGA

1

Samochód z nadstawką pod pułapem
Nieba podbiera kontener i zaraz
Buldożer oczkuje tkankę – gniazdo
Kłopotliwego światła, w jakim stawia nas małość

2

Naszego języka, a wreszcie natury. Zostaje
Czasu i obrót tarczy gładko oprawia twoje nic-
Niemówiące oblicze, a jego pisklęta żmudnie kwilą
Gwarem trwania, drogą ogłuszenia

3

Źródło ognia wnika w spoiny. Bestia
Pozostanie syta w raju; bestia i jej ślepe
Małe, zagrzebane w sierści. Niebo
Przerzuca się dotąd, póki nie weżre się
W grunt, warstwa za warstwą lęgnie się

4

Nowa bestia i szczepi wiarę ledwie o pamięć za
Wcześnie, pokolenie za pokoleniem syci i poi jej ludzką
Część na wytracenie tekstem już zapisanym, byle życie na
Odwrót. Widzę drzewo: jego sęk starczy złamać o
Kłykcie, żeby uczuć, jakie jest pełne siebie, kiedy jeszcze

5

Korzeń, jeszcze pięść, jeszcze oko, jeszcze wydech, oddech nie.






Konrad Góra, „Pokój widzeń”, WBPiCAK, Poznań 2011

wtorek, 10 maja 2011

Marcin Orliński, "Drzazgi i śmiech" w Tropical Island


Nadszedł sądny dzień, w którym musiałem opuścić piwnicę na dłużej. Wszystko dlatego, że postanowiłem zabawić się ekstra i … pojechać na pracowniczą wycieczkę do Niemiec. Wytłukłem kości w autobusie, pozwiedzałem przydrożne stacje benzynowe i ich kible, popatrzyłem na rowery w Berlinie.
Przed wyjazdem zszedłem jeszcze do piwnicy wciągnąć trochę skisłego powietrza i zabrałem książkę Marcina Orlińskiego „Drzazgi i śmiech”. Tak, to ten sam autor, o którym pisałem niedawno. Proszę obie wyobrazić, że w jednym roku opublikował dwie książki z wierszami. Nie mogłem tego ogłosić ot tak sobie w piwnicy, bo naraziłbym siebie na śmiech. Jak to, co ty pieprzysz! Nie wydaje się dwóch różnych książek, w dwóch różnych wydawnictwach tego samego roku! Tak by było, tak by mówili.
A jednak. Orliński nie zna umiaru.
W pierwszy wiersz tego tomu wbiłem się jak szerszeń w mięso. Nosi on tytuł „Tusz”. Po trzecim czytaniu przypomniałem sobie, że kiedyś też pisałem wiersze, czasem jeszcze coś mnie podkusi do tego typu zajęcia. I zawsze wychodziło mi z tego coś, co wszyscy rozumieli. Nigdy nie udało mi się napisać wiersza, który byłby dla czytelnika tajemnicą. Tu mamy wiersz składający się z kilku zamkniętych drzwi. Pierwsza sprawa: zupełnie nie rozumiem dlaczego „Tusz”, skąd taki tytuł? Dalej, cytuję:

W złe, lipcowe popołudnia
drzewa zrzucają korony, a trasy owych pojazdów
o silnikach na ocet krzyżują się

W drewnie.

Jakich pojazdów, co znaczy ocet, skąd nagle te pojazdy? Nie rozumiem. Zawsze chciałem pisać takie tajemnicze wiersze. Chciałem też, by jednak one interesowały czytelnika, by tajemnica wypływała z intencji autora, nie zaś jedynie z pompowanych słowami obrazów, które mętnieją w końcu i stają się błahe, banalne. Postanowiłem poszukać w książce Marcina Orlińskiego tematu. W tomie „Parada drezyn” tematem było dzieciństwo, przynajmniej tym tematem, który nieodparcie rzucał się na mózg.
„Drzazgi i śmiech” – tytuł, który od razu skojarzył mi się z awanturą. Ktoś obraca coś w drzazgi i śmieje się głośno ze wszystkich. Jednak inaczej się dzieje. W wierszu „Niedbale niesiemy trumny naszych umarłych” słowa tytułu książki powracają. Nie są one jednak synonimem rozróby zwieńczonej chichotem. To raczej pamiątki z przeszłości odkrywane przy okazji przeprowadzki, zmiany miejsca. Tyle zostało z przeszłości, z tych lat, które tak bardzo sobie ceniliśmy. Orliński znów grzebie w swojej codzienności, przegląda stare rzeczy, by utwierdzić się w przekonaniu, że miało to wszystko sens.
Pamięć jest najczęściej wybiórcza. Pozostaje w nas to, co najmocniej uderzyło. Nie ważne czy chodzi o przyjemne, czy nieprzyjemne … te no, sprawy. Dlatego poeta stara się uporządkować wspomnienia, złożyć je do kupy. Wychodzi z tego mała walka o poskładanie swojego świata, dotarcie do swojej tożsamości. Zwykłe rzeczy nabierają sensu w świecie Orlińskiego.
W docieraniu do istoty człowieka poeta pozbywa się granic – tych ustalonych przez ludzi i tych, które rodzą się w każdym z nas. Podejmuje walkę ze stereotypami. To z mojej strony odważne stwierdzenie, bo oparte raczej na przeczuciu, nie potrafię wskazać konkretnego fragmentu wiersza, który będzie na to dowodem. Może „Kilka ważnych spraw” zainspirowało mnie do takiej refleksji. No, tłumaczył się nie będę na swoim podwórku! Tak to widzę i chuj.
I w ogóle podoba mi się ta książka. A tym co tak nosy pozwieszali i malkątęcą w nosie niech pokręco.
Gdybym miał dobrych wierszy kupę i możliwość wydałbym i trzy książki w roku.


A żeby milej się jeszcze zrobiło, to powiem, że książka „Drzazgi i śmiech” była ze mną w Tropical Island w Berlinie. Leżałem na leżaku i czytałem polskie wiersze. Obok mnie palmy, liście, dziewczyny jakieś, koktajle, tropikalne ptaki, zapach chloru, morski piasek. A jednak czułem się jak w piwnicy, czułem się jak na podwórku, czułem się jak u babci, czułem się jak w Siemcichach, czułem się jak w Suszu. I to wystarczy.

Un chien andalou

Wygięte szyje chudych rewolucjonistów

i marginesy stron w podręcznikach astronomii,

definicje pulsara i zenitu. Fotografie bezbarwne,

na których ważniejsza od treści okazuje się

gruba kolekcja tlenków i zasuszonych owadów,

sproszkowana kość łokciowa siostry, komputer


brata. I jeszcze ten spowolniony lot rozrzuconych

kartek. kiedy zazdrosny kolega wyjawia

twój wstydliwy sekret. I śmiech dziewcząt,

ich wykrzywione usta w samych jądrze


pożaru. A jeśli masz klaser, możesz wsunąć

za błyszczącą tasiemkę wielkie znaleziska:

białe mydło, opakowanie po Pramolanie,

pilnik do paznokci. A także cienkie, białe

ściany daczy nad rozlewiskiem,


nad którym się siada,

by już nigdy nie wstać.





Marcin Orliński, „Drzazgi i śmiech”, WBPiCAK, Poznań 2010




niedziela, 24 kwietnia 2011

Kira Pietrek, "Język korzyści". Awantura w piwnicy.


Wczoraj w piwnicy od 16 godziny awantura jak się patrzy. Dwa słoiki ogórków w drobny mak, sok wypity, kołnierze oblane. Koper u warg. Chrzan w zębach. Jakaś świnia chciała szczać na schodach, ale okazało się, że musi do domu biec, dziecko robić. A zaczym zacznie robić, musi jeszcze się ogolić, bo to odświętna sytuacja. Wszyscy ludzie pozamykali okna, ogień na dachu, płonęło jezioro.
To oczywiście skutki czytania wierszy Kiry Pietrek z tomu „Język korzyści”. Nie wiem, co ich wzięło po tych wersach. Ja tam daleki jestem od zachwytu, bo i co w tym wyjątkowego. Gdyby dano nam szansę takie wiersze publikowalibyśmy w liceum, bo i w liceum tak pisaliśmy. Wkurwienie na zwierzęcość człowieka, zrównanie człeka ze świniami. Bardzo udana metafora, kontrast licealny. I zaczęło się. Że niby nie pisaliśmy tak, że bywały takie wiersze, ale książka nigdy nie powstałaby, za mało mózgu mieliśmy niby. No może i tak, może przesadziłem. Największy cwaniak ten, co sam nie potrafi.
Wiersze jednak napisane z odpowiedzialnością za utrzymanie szybkiego tempa. Czułem się jak po rajdzie samochodowym. Bolała głowa i dupa od taboretu. Śmiałem się. A podczas śmiania się podskakiwałem na taborecie jak głupi. Krzyczałem „ohoho, oho” i „ hiha, ła haha” na zmianę.

Świat Kiry Pietrek to wielki kopulodrom, w którym ludzie prócz śladowych ilości mózgu mają przede wszystkim organy rozrodcze. Najczęściej w tym świecie czuć zapach spermy, cip i zwierząt.

czułam dzisiaj zapach spermy w ubikacji
i kilka włosów łonowych pod deską
myślicie że inne biurwy też to czuły?


Człowiek zrównany jest tu ze świnią, która przeżywa te same procesy fizjologiczne. A przede wszystkim jest zwierzęciem hodowlanym. W wierszach Kiry Pietrek człowiek występuje w roli takiego zwierzęcia. Wszystkie zabiegi kosmetyczne zestawione są z zabiegami mającymi na celu poprawienie jakości mięsa świńskiego. Wszystko dlatego, że działamy tylko w imię korzyści.
Kpina, kipiąca piana kpiny, to podstawowy środek, którym operuje autorka. No taka już jest ta poetka. Nie wyrywa sobie włosów, nie modli się tylko prowokuje do śmiechu, jakiegoś dzikiego śmiechu gołego buszmena. To mi się podoba.

Tak o to głównym bohaterem moim wczorajszego dnia był tomik poezji, który wielkiej rewolucji nie zrobi, ale powracał będę do niego często. Powywracał ludziom w głowach i wylądował tylną okładką na posadce. Powracał będę często, bo lubię takie bezpośrednie liryczne rzygnięcie na laptopa. Lubię to tempo, ten szał. Nie ukrywam, że czuję się też bezpiecznie, bo temat już dawno rozpoznany. Słowem, krytykiem nie jestem, ale polecam i biorę za to w łeb, jakby coś się nie spodobało.
Ktoś jeszcze dodawał, że „Babka a takie wiersze Klecie” – w sensie, że mocne. No widać nie stara jest ta babka, hehehe. Nowy typ kobiety? Hehe, poetki, hehe? Ee, to nie ważne. Płeć nie jest ważna. A przynajmniej nie możemy do tego dopuścić. Ogórkami w niego!!!!

A jak jest któryś taki cwaniak, to niech poczyta wiersze Kiry Pietrek. Zmięknie.

PAPIEROWE KUBKI

muszę powiedzieć
to stadium rozwoju nie zadowala
nie liczy się
pobiera samodzielnie pokarm
brawo
muszę powiedzieć nic
mnie już nie dotyka
skończona ekspansja
terytorialna gatunku
specyficzne narządy
słuchu i mowy
stadium nosowego fi fa fą
wiszące spłuczki
open space jest pełen cierniogłowych
z ciałek wychodzą im małe ryjki
opatrzone w haczyki i kolce
ryjki chowają się za pomocą skurczy mięśni
czyli nigdy nie wychodzą
tym paniom brakuje układu pokarmowego
mają tylko wydalniczy i nerwowy
kolejka po espresso z pianką co rano
jest grą pozorów grą nieżywych gruczołów
w szatni na dole wiszą nasieniowody z numerkami
szatnia jest obowiązkowa
obowiązkowe są też czopki entuzjazmu
dostępne w każdej łazience
na każdym koedukacyjnym piętrze
wszyscy czują się wyróżnieni
z szeregu podobnych
olbrzymie jądra to normalka
na stanowiskach kierowniczych
ciało ma tylko przód
muszę powiedzieć
liczy się przód
i mało rozgałęzione jelito
grube


_
osiągajmy rozmiar a jakże
grupujmy się a jakże
na metrze kwadratowym gleby
recepcja stopnia wilgotności
bez zmian


MIX ZDROWIA I KORZYŚCI

trzydniowe warchlaki poddaje się
podstawowym zabiegom sanitarnym
spiłowane kły
spiłowane racice
kastracja bez środków znieczulających
zastrzyki z witaminami

w tym samym czasie na rynek
wychodzi nowy produkt
prowit mix
przy niskim zużyciu paszy
wysoki przyrost mięsa tuczników

po nieudanej promocji worek pełen korzyści
główny marketingowiec anna porębska
zostaje zwolniona

polskie produkty z serii koncentraty i premiksy
nie zawierają jeszcze dodatków modyfikowanych genetycznie

natomiast ściółka dla świń
owszem

prosięta często mają schorzenia kończyn
z powodu zanieczyszczonego podłoża
dlatego bardzo proszę aby zwrócić uwagę
na retusz kolan przed oddaniem reklamy do druku

płyta happy farm w znanym banku fotografii
kosztuje 2,5 tysiąca złotych

jedna fotografia z czystą świnką – na wyłączność
przez 7 lat
30 tysięcy złotych

do dezynfekcji ściółki prosiąt używa się
tych samych preparatów co
do czyszczenia ścieków kanalizacji
zanieczyszczonych jezior i innych wód

kilka tygodni po odejściu z polsko-duńskiej korporacji
anna porębska zakłada pracownię rozwoju osobistego kobiet
jej celem jest

dobroć
rozwój
dotyk ciepłych dłoni
przyjaźń
miłość
oswajanie się z rzeczywistością
nauka mądrym słowem
siła wspaniałych uczuć

jej kolory to
pomarańcz
czerwień
żółcień
błękit

tymczasem paszowcy debatują w Łebie

jeden z pracowników polsko-duńskiej korporacji
uważa że karp to ryba która ma styl
dlatego czas wolny spędza na karmieniu wyżej wymienionej
proteinowymi kulkami o smaku waniliowym

inna z pracowniczek tejże korporacji
pojechała na staż do kopenhagi
gdzie szukała określonego wirusa
w kurczaku z rozciętym tułowiem

jej koleżanka jest pierwszą w polsce kobietą nadzorującą
męski zespół marchendiserów
jej przełożony jest wicemistrzem świata w kickboxingu
uważa że sport daje mu wewnętrzną siłę i spokój

następczyni anny porębskiej
nie ma zielonego pojęcia jak
wyglądają kury nioski

i przyznaje się do tego
telefonicznie


I poważnie. Uprawiajcie kickboxing. Daje wewnętrzną siłę i spokój.


Kira Pietrek, „Język korzyści”. WBPiCAK, Poznań 2010

poniedziałek, 11 kwietnia 2011

Piotr Kępiński, "Słona mgła"


Dużo jest czasu na czytanie, grzebanie w kartonach i workach z książkami. Docieram do najdalszych zakątków piwnicy pilnowanych przez pająki i pamiątki po remontach otulonych wieloletnim kurzem.
Czas bierze się stąd, że go nikt nie zabiera. Prawie wszyscy wyjechali z miasteczka. Jeden by zarabiać, inny by nie zarabiać pracując w nocy po 12 godzin, jeszcze inny by grać na perkusji w zespole, koncertować. Nagle okazało się, że jest dobrym perkusistą. W miasteczku niby wszyscy o tym wiedzieli, ale nikt nie chciał mu przeszkadzać w dojeżdżaniu skuterem do roboty na 12 godzin. W Polsce może i wiedzieli, ale od dawna mają już swoich na podorędziu. Tam okazało się, że człowiekowi dana jest druga, trzecia szansa.
Kolejny, który mógłby zabrać mi czas poszedł na tort do siostrzeńca. No i dobrze, słodyczy wszelkiej brak nad jeziorem. Następny miał do załatwienia kilka spraw, poza tym woli gadać do siebie i słuchać Radia Maryja, co za rozrywki ludzie dziś mają.
Wszystko ma swoje dobre strony. Znalazłem książkę Piotra Kępińskiego „Słona mgła”. Postaram się nie mądrzyć na temat książek poetyckich, dużo jest tego mądrzenia się, inni są w tym lepsi.
Czytam ja sobie tę książkę, w której bywają wiersze odsyłające gdzieś daleko do przeszłości, jednocześnie nie sentymentalne. Wręcz frywolne między wersami.


W STRONĘ OKOPOWEJ

potomkowie szmalcowników
synowie wędkarzy niedzielnych
wietnamczycy z placu grzybowskiego
kierowcy sprzedawcy
polscy Polacy w butach skórkowych
z chleba razowego o noskach ostrych

kołnierz w kołnierz kropla przy kropli
ojciec z twarzą siną matka z gęsią szyją
tętni tramwaj i jedzie
twarze też jadą

spodnie w kant obłocone
nieistniejące drogi do dzisiaj
okadzone okopcone


Wiersze Piotra Kępińskiego dobrze się sprawdzają w głośnym czytaniu.


Piotr Kępiński, „Słona mgła”, WWBPiCAK, Poznań 2006

wtorek, 8 marca 2011

Krzysztof Siwczyk, "Koncentrat"


Domyślam się, że Krzysztof Siwczyk w książce poetyckiej zatytułowanej „Koncentrat” tworzy labirynt nieodgadnionych znaczeń. Nieodgadnionych, zapewne, tylko dla mnie. Cała reszta czytelników poezji poradzi sobie z tymi wierszami, będzie wiedziała o co tu chodzi. Ja nie rozumiem dlaczego Siwczyk w swoich wierszach odwołuje się do anatomii roślin (tytuł „dzień w pleromie”) czy do zagadnień matematycznych takich jak lemat. To z pewnością wynika z treści wierszy, ale te zamknęły się przede mną, przynajmniej większość z nich, co oczywiście nie świadczy na ich niekorzyść.
W każdym razie wiem już, co w numerologii oznacza liczba 33. Wiersz „Koncentrat” objawia się z ta liczbą na czole. Nie wiedziałem, co myśleć i sięgnąłem do numerologii właśnie.

Numerologiczna 33

Jest to wibracja, która uosabia wiedzę, mądrość, harmonię, tolerancję, wyrozumiałość, spełnienie. Ponadto, osobom z tą liczbą mistrzowską, przypisuje się wspaniałomyślność, szlachetność, kierowanie się w życiu dobrymi intencjami, współczucie, wrażliwość i wielkie uduchowienie. Oznacza łagodne usposobienie, oddanie, ciepło i opiekuńczość w szerokim zakresie. Jeśli wibracja jest wyrażana pozytywnie, to mamy do czynienia z człowiekiem spełnionym, zrównoważonym, roztaczającym opiekę nad innymi, służącym radą i pocieszeniem. Ponadto osoby takie są zawsze chętne do pomocy, wyzbyte egoizmu, kierują się dobrem innych, mają wewnętrzne poczucie sprawiedliwości, są cierpliwe, wyrozumiałe i uczciwe. Przestrzeganie zasad moralnych, kierowanie się w życiu dobrem jest dla nich niezwykle istotne. Wibracja 33 oznacza również prawdomówność, przewodnictwo duchowe, umiejętność panowania nad emocjami, dążenie do rozwoju osobistego i do osiągnięcia harmonii wewnętrznej. Łagodność, spokój emanujący z osób z wibracją mistrzowską 33, sprawia, że ludzie do nich lgną, szczególnie tacy, którzy potrzebują wsparcia, pocieszania, podniesienia na duchu i dobrej rady. 33 mają zdolność do wyciszania u innych nadmiernych, niedobrych emocji. Często posiadają wspaniałe zdolności terapeutyczne. Doskonale sprawdzają się jako doradcy duchowi, nauczyciele, psychologowie. Mają nadzwyczaj dobrze rozwiniętą intuicję.
Osobom z wibracją 33 nie można również odmówić cieszenia się dużym uznaniem i szacunkiem. Wobec siebie są bardzo wymagające i najlepiej czują się, jeśli mogą służyć pomocą innym.
Wibracja negatywna 33, może niestety przejawiać się w zbytnim idealizmie, buntowaniu się, robieniu wielkich rzeczy dla publiki, na pokaz. Możliwa jest również nerwowość, skłonność do popadania w uzależnienia, zaniedbywanie obowiązków, niepowodzenia w osiągnięciu sukcesów zawodowych, problemy z utrzymaniem się, wręcz poważne kłopoty finansowe.


Nie chcę zniechęcić do czytania wierszy Siwczyka. Przeciwnie, chciałbym żebyście poczytali sami wiersze z najnowszego tomu autora „Dzikich dzieci”. Przekonajcie się sami, jak daleko poszedł Siwczyk w tworzeniu poetyckich światów. Jaki jest świat „Koncentratu”? To przede wszystkim obrazy poetyckie, których sensu trzeba szukać w trudzie i znoju. Nagrodą będzie samo już wyświetlanie sobie filmów inspirowanych tą poezja. Zobaczyłem fiordy, dryfujące łodzie pełne ludzi, którzy są jak powieleni, każdy ma swojego sobowtóra, który chce się schować w koledze identycznym. Niech kolega identyczny męczy się jako odbiorca „ulokowany twarzą do ziemi”.
W „Wiosce wodnej” mieszkają ludzie pasywni, poddający się apokaliptycznemu nastrojowi. Może to już nie nastrój? W każdym razie i tu czekają na mnie zasieki interpretacyjne w postaci „niebieskiego kota”, armii właściwego rodzaju” i kilka innych.

Kończąc te nieciekawe wywody warto zapewnić, że czytanie wierszy Siwczyka do pewnego momentu wbije was w fotel albo twarde krzesło. Co będzie potem, nie wiem. Na zachętę przeczytam:

Wioska wodna

Coś tutaj znaczy dryfujący kult.
Mało pożywne rybki pląsają w lichych sieciach
Pośród radosnego zgiełku targowiska czółen.
Rzeka prześladowana morem żywi gadzie pastwisko,
Gdzieś w nurcie jest obecne zdekapitowane bóstwo,
O którym wie niebieski kot.
Skwar leje się z nieba zasnutego dymem palonych dekoderów.

Po odejściu ludzi nastała epoka nieznanego wcześniej rozkwitu.
Armia właściwego rodzaju opanowała całe terytorium,
Zarosły delty zasilające państwo króla, rozpoczęło się oblężenie
[świątyń.
Okazjonalnie można jeszcze spotkać ogniska oporu,
Zawodzenie po śmierci mającej się niezgorzej.

Wioska wodna wielokrotnie zmienia miejsce położenia.
W zależności od pory roku jest bliżej lub dalej umownego brzegu.
Nie ma to jednak większego wpływu na czas,
Jaki pozostał nam: nawóz, błoto, pamięć.

Kiedyś w towarzystwie ktoś pyta mnie o przeszłość.
Nagle widzę osiedle relikwii, szyb windy i pusty basen,
Szereg społecznych monopoli, zwartą konstrukcję sensu
Organizowanego podług zmyślnego regulaminu życia,
W którym bez reszty odnajdują się moje sny.
Nie to co teraz,
Nie to co jutro,
Odnajdę w wiosce wodnej, która pali oczy.
Analogicznie przebiega utylizacja jakiejś głębi,
Możliwych schematów własnych pragnień,
Materiału wspomnień, z którego jestem lepiony
Ileś już tam lat, trwam przy tym, ile się da, żeby o czymś była mowa.

W wiosce wodnej powoli płonie świat tego rodzaju.


Koncentrat

Kostki twarzy skierowane w strony.
Tu spoczywa królestwo tego świata.
Wzrasta naciek drzew, zawłaszcza obóz,
Za którym dogasa słońce, plewy i
Wszystko to widzi nas.
Najwyraźniej.

Mnisi drelich w świetle szumi
Pod wiatr, gdy zapada się głos
Nad równiną, o jakiej teraz myślimy
Bez nas, tak jakby coś miało miejsce,
Miało czas i mogło istnieć
W naszej postaci.

Nic nie istnieje w naszej postaci.
O tym milczy drelich, myśli równina,
To widzi czas. W miejscu rusza się
Naciek, kostki spadają po stopniach,
Które prowadzą w górę.
Trzydzieści trzy.

Ludzie bazowi

Wiem o ludziach bazowych, zasnęli. Zamieszkują w przeciw-
-świecie, w ciałach ciepłych niczym opuszczone w pośpiechu
gawry, spustoszone zbyt silnym nurtem żeremia, nic więcej nie
łączy ich z obrazem natury, jaki znałem z topornej kreski podręczników,
które pisała instytucja kultury, w punktach skupu
makulatury i butelek był ruch, można było coś wymienić, zaproponować
sobie dowolną przyszłość, tryb przypuszczający,
cywilny cmentarz, wykopki. Ludzie bazowi idą w widmowej
procesji, niosą sztandary łaski, stacjonują w snach. Wymieniają
mnie w niemych przemówieniach, wskazują właściwy
kierunek, są niekonieczni w każdej postaci, jednak przyjmuję
ich apel, wychodzę naprzeciw oczekiwaniom ludzi bazowych,
którzy chcą języka, pragną mówić o tym, co ich spotkało,
niczyim głosem. Żaden wymowny świat nie przypadł im
w udziale. Najpierw wyszli w morze błota, potem opadł z nich
entuzjazm. Dni stawały się opasłe jak archiwum państwowe,
o tej samej porze to samo słońce topiło lód w rynnach przetwórni.
Szli na taśmę, sprasowani pełgali na blok, mnożyli się
pod szorstkim kocami. Ludzie bazowi uprawiali sztukę mruczanda
w świątyniach bogów nikłych jak księga skarg i zażaleń,
do jakiej wpisywali imiona utraty. Na tej stronie ślad się
urywa. Tyle wiem o ludziach bazowych. Ta wiedza w niczym
nie oddaje radości ze spotkania, kiedy milczymy w głębi płytkiej
jak tu ziemia.


Krzysztof Siwczyk, „Koncentrat”, Wydawnictwo Wojewódzkiej Biblioteki Publicznej
i Centrum Animacji Kultury w Poznaniu, Poznań 2010

wtorek, 1 marca 2011

Broń biologiczna. "Gram, mózgu", Robert Rybicki


Wyciągam wiersz Rybickiego i odkręcam nim słoik. Panowie od czesania butów wołają mnie na wiśniówkę, ale nie mogę się z nimi zgodzić od wielu miesięcy. Wolę wiersze Rybickiego śpiewane przez dziurę w ścianie mojej piwnicy. To zaledwie jedno oko, ale widać przez nie cały banał i gówno transgenicznego elktrogenomu frazy poety, który przybył z zamierzchłych czasów i mówi nam zamierzchłe rzeczy.
Po pierwszym wierszu kłódka ściąga rękawice i rzuca mi ją pod moje omszałe nogi. Proszę w myślach, by nie modlił się za mnie dżem, który od lat fałduje mi przełyk swoimi błędami ortograficznymi.
Coś zawiało w ucho. Skręcam się i uciszam pod żebrami. Znów coś zawiało, ale jakby lżej. Zaledwie drobny szept żółwia. Powoli odkręcam głowę, lekko trzeszczy nienasmarowana. Słoik mruga okiem, że wszystko dobrze, że nie stoję na linii strzału. Odwracam się coraz odważniej, ale nie szybciej. Czuję się lżejszy niż zwykle, jak to? Poezja odchudza? Kryptoreklama bioenergoterapeuty? Wystrzeliwucha mylnopauzy? Krystaledwoliczna pryncypałowucha? Nie. Z rogu ściany wystaje słoik bez jednego ogórka w środku. Szpeci mnie swym blaskiem, omamia moje zmysły chodzenia po klawikordzie przestarzałego podmuchu czterdziestu dwóch wiosen, wciąga mnie oko słoika, wsysa w swoje jelito. Krzyczę, wołam panów od czesania butów, ale oni są daleko, daleko, daleko. Zagrzmiało niezwykle radośnie i tragicznie zarazem. Nad głową usłyszałem zakręcaną pokrywę słoika. To Rybicki – poeta z niebios aklamacji partykuł wszechrzeczy. Tylko cmoknął na znak niezadowolenia. Za chudy jestem, za chudy. Widzę jeszcze, jak wędką zwija swoją książkę i wkłada ją do czopka na reumatyzm. Nie patrzy już na mnie żadnym uchem, tylko sam zwija się w czarny kwadrat i wsiąka w podłogę. Wszystko płonie jak wnętrze głowy ministra.
Mi powoli brakuje powietrza. Ogórki rozpychają się grabiami, ciągle oglądają ten sam film o porodach parzystokopytnych podczas kolacji Puszki Pandory. Powoli się wykańczam, dałem się złapać, zarezerwowano mną miejsce, jestem już tylko numerkiem z szatni kieszeni Rybickiego. On przypala mnie elektronicznym papierosem i zdaje się mówić: masz za swoje. Chciało ci się wiersze czytać, to teraz płać za to swoją surowacizną.
Przymykam oczy. Chciałbym stąd wyjść, ale wiem już, że każdy chciałby wyjść, wszystko zaczyna się od wyjścia. Jestem tylko systemem, który działa jak każdy komunikat.

Moje wysilanie się na jakiś „absurd” jest niczym wobec pisarstwa Rybickiego. Ja zrobiłem to dla zabawy, on pisze śmiertelnie poważnie. Nie, nikt już nie pisze „śmiertelnie”. On to robi na serio.
Pozwoliłem sobie na wypluwanie z palców stosu słów, nieudolne wypluwanie w porównaniu do sposobu, w jaki to robi Rybicki. Dlaczego? Co mam robić, co mam myśleć, czytając o Dzikołakach? Przekonajcie się sami. Zmierzcie się z tą poezją!
Poczytajcie wiersze z tomu „Gram mózgu”. Można to zrobić tu, co prawda pod innym tytułem występuje książka: http://www.paleta.org/index.php?strona=poezja&id_albumu=2

Wierzyć w sens, w prawdę, szukać sensu, prawdy, to zadanie, które uważam za kluczowe. Szukać w dźwiękach, w słowach, w barwach, w pieniądzach, w sieci, w kieszeni, za oknem. Rybicki przeciąga znaczenia, wywraca je, pokazuje z innej perspektywy. To szalona poezja. Przez chwile pobudza adrenalinę, daje odpocząć sumieniu, bo zaczynam widzieć swoje czyny inaczej, patrzę na nie przez pryzmat innych znaczeń, innych słów. Dokąd to jednak prowadzi? Gdzie jest tu komunikat dla mnie? A może to wystarczy?
Czasem mam wrażenie, że to głupie, nic nie znaczy. Wymyślam tym wierszom, że powstały dla zgrywy. To tylko błyskotliwe połączenia wyrazów, które nie mają treści. No, ale jakiej niby treści?
Podobny problem miałem, czytając „Stos gitar”. Wiele czytałem wierszy takich jak „To jest stół. Lekcja”. Jednak tylko Rybicki postanowił taki opublikować. Dostarczył materiału analitykom języka? Ale wiersz z tomu „Stos gitar” przeczytam kiedy indziej, już bez komentarza.
Jedno jest pewne: Rybicki znalazł sposób na pisanie, na oryginalność. To stwierdzenie zakłada, że kalkulował, że mielił się ze sobą w słowach, by ujawnić się jako poeta. Niekoniecznie tak musiało być. Bardzo prawdopodobne jest to, że Robert Rybicki taki się urodził. Jeśli tak jest w istocie, to gratuluję. Że się urodził taki.
Wiersze Rybickiego są jak broń biologiczna uwolniona ze słoików w mojej piwnicy. Objawy zatrucia: paraliż narządów mowy przeplatany z nagłymi atakami gadulstwa, halucynacje, zaburzenia równowagi pomiędzy neuroprzekaźnikami pobudzającymi i hamującymi, w konsekwencji epilepsja.
W końcu poddaję się i czytam niczego nie oczekując, wiedząc, że te wiersze spowodują w końcu wewnętrzne krwawienie.
I rzeczywiście jest eksplozja. Coraz częściej jednak powstaje w mojej głowie pytanie, dlaczego? Co chce mi on powiedzieć? Ile ma charakteru? Znów książka, która rzyga słowami, frazami, niewiele mówi, chce się ją czytać, ale dlaczego?
Pośród tych słów błądzę i niewiele widzę. Czuję jednak, że nie mogę liczyć na pomoc od ludzi. Dochodzi do mnie, że jestem tu sam. I wy też, każdy z was jest sam w gruncie rzeczy. Otoczeni sprzętami, pojęciami, zmuszeni do wykonywania zajęć zgubiliśmy swoje ślady. Teraz już nie wiemy nawet dokąd one mogły nas zaprowadzić. Ukręcę łeb wierszom Rybickiego!

Dlaczego wychodzicie przed dom i spoglądacie przed siebie zmęczeni? Dlaczego zasłaniając okna zatrzymujecie wzrok nieświadomie na jakimś punkcie albo pozwalacie, by rozmywał się w przestrzeni? Dlaczego zamiast tego nie spróbujecie chociaż poczytać wierszy Roberta Rybickiego?

A macie za swoje:

Obrzyn czasu

Dzikołaki przyszły w stringach.
Zjadłem jajecznicę i osiągnąłem
constans. Dotarł do mnie
światopogląd bakterii. Spójrz na
chody ludzi! Wszystkich ludzi.
Mój mózg jest łowicką wycinanką.
Na palecie wydrapane tęczówki.
Poezya jest po to, żeby jej nie
było. Konnica rastafarian, z
siekierami, gna w rododendrony.
Wyłącz lampkę serca z kontaktu,
bo wszyscy będą widzieć. Wkład
z czerwonym żelem obok krwi i
dyskietki kasy chorych; łatka
z żyłkowanej skórogumy do
przyszycia. Nie chcę mieszkać
w Polsce, bo mnie na nic nie stać.
Nie chcę! Rzemieniem owinąłem
łyżeczkę. Poczułem się jak lód
w pucharku. Co to jest penis?
Zza paska wysuwa się obrzyn
czasu. To, że się komuś nóż
otwiera w kieszeni, to jest
zwykła, podwórkowa gangsterka.
Obadej obrzin, maczeta, ja?
Będziemy siekać urzędników.
Siekać jak szczypiorek.
Sikać.



Znaleziono czaszkę Bogga.
Na brzegu rzeki leży trup
syrenki z podwiniętym
ogonem. Na brzeżku
wargi sromowej.
Jeszcze słówko o Wielkim Szyfrze Świata
i przerwa na reklamy.


Rury. Cipunkt.

Początek to transenergetyczna euforia.
Na środku pokoju rośnie stos języków.
Oczodoły, z wepchniętą śliwką, świecą.
Zgraja pijanych chłystków, rzekł biskup.
Daję oto komunię człowiekowi, który
nie wierzy w Boga, rzekł biskup.
Fajny masz tyłeczek, rzekł biskup.
I wtedy górnicze czaka odżywają.
Noże odzyskują swój dawny blask.
Pod kołdrą mchu skarpety spływają
z piszczeli. Statek ląduje we
wgłębieniu dłoni. Lufka
wypada i rozpada się na piksele.
W moim mózgu zamarznięty mamut.
Moje korzenie zalewa mazut.
Dobrze, że mazut nie wpłynął do zalewu,
z którego utopce wyjęły koło od ciągnika.
Usta straciły wiarygodność wraz
z pojawieniem się pierwszego Słowa.
Za tydzień będzie święto eksplozji, bo
wiatr wypiął na nas tyłek z cellulitem.
Ziemia jest jednym z bunkrów Bogga-
-epileptyka, który ćwiczy starośpiew,
cień starośpiewu. Ludzka świadomość
składa się z takich właśnie kryjówek.
Uczymy się wypowiadać swój śmiech.
Z pobliskiej rzeki wyłowiono Murzyna.
Tysiące uśmiechniętych twarzy na plaży.
Jedyne, co pamiętam, to elektrownia song
i wzmożoną ofensywę bakterii cola.
Usłyszałem w ciemności szept: ja pierdolę.
Widziałem na BB C, jak działa PCP.
Jestem intelektualnym mordercą dla
inteligencji awangardy przedemerytalnej.
Łojcze, łoddal łody mie tyn kielon, rzekł biskup.
Uwolnij swą świadomość i zamieszkaj w lesie.
Zanim powstanie wiersz, z dala majaczą
frazy, kołyszą się, zataczają, niezła faza.
Krytycy zakopują teksty w kopcach kultury.
Do oczu wpadają drobinki deszczu z cynfolii.
Andrzej Ptak kopniakami turlał ze wzgórza
obudowę pralki automatycznej SILE SIA .
Ojciec zamyka oko po podliczeniu
ostatniej cyfry. Ćwierkające szlifierki.
Epifania to wizja, która rozświetla
duszę intelektualnego parobka.
Nad rzeką grassują bakterie...
To jest literatura regionalna!
Poczułem się prawdziwy, gdy
zwątpiłem we własne istnienie.
Koniec to pangalaktyczne wycieńczenie.



Robert Rybicki, "Gram mózgu", WBPiCAK, Poznań 2010