Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wywiad. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wywiad. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 26 lutego 2017

Marcin Kydryński w Iławskim Centrum Kultury

24 lutego zapisze się w pamięci obecnych na spotkaniu autorskim z Marcinem Kydryńskim na temat jego nowej książki "Biel. Notatki z Afryki", ponieważ gość opowiadał barwnie, chetnie i długo. Swoisty wywiad na żywo przedłuzył się bardzo a ciekawą puentą były pytania od publiczności, które mogły być wyzwaniem dla podróżnika. Wszystkie zajęte fotele widowni kinoteatru Pasja wykupiły książki Marcina Kydryńskiego do zera.

Bohater spotknia podczas podpisywania książek zdawał sie interesować czlowiekiem, który nabył jego pracę.







sobota, 31 grudnia 2016

Michalina Janyszek - wywiad w Szafie


Marcin Włodarski: Lubisz chodzić do lekarzy? Rozmawiać o swoich chorobach, obnażać dolegliwości?

Michalina Janyszek: Kiedyś lubiłam odwiedzać psychologów i psychiatrów. Sporo czytałam na ten temat. Nadal jest to coś, co mnie fascynuje. Do 'zwykłych lekarzy' chyba mniej. Choć ciało z medycznego punktu widzenia zawsze mnie ciekawiło. A szczególnie to jak ja wyglądam w środku i dlaczego jestem tym kim jestem.

M.W: Czy "sztuka medyczna" inspirowana jest rzeczywistością, czy to twoja wyobraźnią?

M.J: Jak chyba w przypadku każdej książki jest to mieszanka. Poezja, myślę, w tym samym stopniu co proza odzwierciedla świat autora. Czy tego chce czy nie.

M.W: Pytam o inspiracje, ponieważ medycyna to ciekawa metafora. Wokół pełno tabletek i maści mających nas cudownie uzdrowić.

M.J: Tak to prawda. Współczesna kultura stara się zapewnić nam iluzje możliwości posiadania idealnie zdrowych ciał i maksymalnie wydajnych zmotywowanych umysłów. Sztuka medyczna gdzieś się w tym plącze pokazując że w tym wszystkim jest coś żywego i delikatnego, co może mieć własny głos.

M.W: Piszesz: "Potrafimy zmierzyć sobie puls/i wszyć go w kogoś nitką skóry" Mieszają się tu fizjologie ludzi, a mimo tego uparcie szukam ducha w tych wierszach, wiem, że gdzieś tu jest. Podpowiesz, gdzie?

M.J: Myślę, że tam, gdzie metafora odchodzi od ciała i związuje je ze światem i drugim człowiekiem. Ale duch jest też w samym ciele.

M.W: "Sztuka medyczna” to pewien spójny projekt, opowiedz o nim.
M.J: Pierwsza wersja tej książki już z ilustrowana przeleżała w szufladzie kilka lat. W zeszłym roku do niej wróciłam. Myślę, że było warto, bo to też kawal dobrej roboty ze strony Magdy Żmijowskiej. To młoda bardzo zdolna ilustratorka z Krakowa, którą poznałam na Digarcie. Gdyby nie internet nie byłoby tej książki, bo to internauci sfinansowali wydanie.

M.W: Pierwszy raz czytając wiersze, mam wrażenie, że czytam książkę, w której jest dużo seksu. Hm, to dlatego, że w „Sztuce medycznej" metafizyka wychodzi z ciała?

M.J: Nie wiem, może? trudno mi mówić o subiektywnych odczuciach. Jest tu dużo cielesności i fizjologii analogia jest dosc prosta :)

M.W: Może powiesz nieco więcej o sposobie finansowania książki?

M.J: Wykorzystałam do pomocy portal Wspieram kulturę. Pomógł mi też Radek Wiśniewski i Stowarzyszenie Żywych Poetów z Brzegu. W zbiórkę trzeba było włożyć sporo wysiłku, ale się udało. O szczegółach tego typu projektów można przeczytać na przykład na stronie, o której wspominałam. Potrzebny jest przede wszystkim pomysł na prezenty dla wpłacających i promocje zbiórki, oraz rzetelny realny kosztorys.

M.W: Cieszę się, że poeci mają sojuszników wspierających wydanie książki. A sama promocja, sposób dotarcia do czytelnika tak mocno oddalającego się od czytania… są jakieś nowe metody?

M.J: Myślę, że takim nowym sposobem jest właśnie internet. Ja dziękuję tej formie, mogę być też bardziej niezależna jeśli chodzi o promocje.

M.W: W lirycznych tekstach rzadko można spotkać tak liczne słownictwo medyczne. Są powody, dla których z rozmysłem stosujesz takie zderzenie języków?

M.J: Z rozmysłem staram się łączyć w poezji języki które pozornie do siebie nie pasują. okazuje się, że często wychodzi z tego nowa jakość. Dzięki stypendium mogłam parę lat temu napisać cykl tekstów inspirowanych pojęciami matematycznymi. Teraz pracuje nad starym projektem 'wiersze wybrane', gdzie mamy silne nawiązania do biblii: tytuły tekstów to nazwy ksiąg lub całych części tej księgi (np. listy). lubię mierzyć się z nową, ciekawą dla mnie tematyką. Dobrze pracuje mi się też nad związanymi ze sobą mocno cyklami.

M.W: Ostatnie pytanie: podmiot liryczny wyłania się w tych wierszach z kolejnych dziedzin medycyny. Która inspiruje cię najbardziej? I czy możemy się spodziewać nowych wierszy?

M.J: Zdecydowanie psychiatria a co do nowych rzeczy… tak jak mówiłam grzebie trochę w tych biblijnych. Ale też próbuje się w prozie, w takich bardzo krótkich formach.

M.W. Czekamy.
© sZA

czwartek, 1 września 2016

Wywiad z Anną Augustyniak



„(…) Wypłynęła na powierzchnię opowieść o miłości” wywiad z Anną Augustyniak sprowokowany jej książką poetycką pt. „Bez ciebie”.


Marcin Wodarski: W Twoich wierszach sakralne spotyka się z tym, co cielesne. Dlaczego?
Anna Augustyniak: To chyba dobrze jak świętość z profanum się zespala? Ciało łaknie nieograniczoności, jakiejś tajemnicy poza swoją egzystencją. Ja czuję pełnię dopiero wówczas, gdy codzienność, ta sfera świeckości, stroi się w przeczucia, wierzenia, obrzędy, gdy widzialne przenika się z niewidzialnym.

M.W: To książka o samotności. Pobudzone ciało, łaknące usta nie mają nikogo. Mimo tego, nie chcą zbudzić fotografii-to z wiersza "Erotyczna relacja". Cenisz sobie trzymanie cielesności na łańcuchu?

A.A: Ciało na łańcuchu? Kojarzy mi się to raczej z rytuałami BDSM. Bohaterka „Erotycznej relacji” nie musi uciekać się do aktów przemocy na samej sobie ani na obiekcie uczuć. Zresztą ona kocha tak gorliwie, że za nic nie przekroczyłaby granic, jakie w naturalny sposób zostały ustanowione przez mężczyznę, otoczyła go nawet dodatkową powłoką ochronną. Ale to nie z tej przyczyny spotyka ją samotność. Jak to zwykle bywa: ktoś kocha totalnie, a ktoś drugi nie jest przygotowany, by aż tyle mu ofiarowywano albo w ogóle nie potrzebuje takiej miłości.

M.W: Miłość odbiera czy daje? Chce się powiedzieć, że daje. Z pewnością nie odbiera, to do miłości niepodobne. Jednak głębokie uczucie to również stan umysłu, uczucie emanuje na zewnątrz. Zmienia nasz system wartości, ponieważ zmienia nas, nasze duchowe życie. "Straciłam wszystko" - to tytuł wiersza o miłości. Jak to jest, miłość odbiera?
A.A: No jasne, że odbiera. Przecież miłość to oszołomienie, które oczywiście dużo daje, jako że wchodzimy w głębię interakcji z drugą osobą, ale równolegle ogranicza, bo powoduje całkowite skupienie się na ukochanym i wtedy to właśnie świat może iść w odstawkę - zacytuję samą siebie: „w głowie miałam tylko twój głos”... Ale czy zmienia nas duchowo? Ja tam jestem zdania, że to chemia i zamroczenie za sprawą przestrojenia hormonalnego w organizmie. Czasem bardzo długotrwałe zamroczenie.

M.W: Mężczyzna kocha inaczej? I znów poprawność nakazuje mówić, że miłość jest jedna, nie ma płci i tak dalej. A może jednak kobieta inaczej kocha?

A.A: 
Kobieta wszystko robi inaczej, a zatem sztukę kochania też inaczej uprawia.

M.W: Twoja książka składa się z dwóch części. W pierwszej dużo jest Ciebie i adresata, do którego kierujesz słowa. Druga część to książka deklaratywnie Bez niego. Bez niego spotykasz się z ocaloną w Auschwitz, bez niego śpiewasz pieśni żałobne. Opowiedz o tym pomyśle. Właśnie, to pomysł czy rzeczywiście w pewnej chwili poznajesz świat i siebie, piszesz świat bez niego?

A.A: 
To nie jest pomysł a rzeczywistość. Jeśli jest miłość, a potem ktoś cię nie chce a ty go nadal chcesz, i tak jest w tobie nieustannie, choć go przy tobie nie ma. A życie płynie mimo że uczucie obumarło, świat nadal istnieje i dzieje się wokół to i owo. Ty nadal odczuwasz tę miłość, wszędzie gdziekolwiek się ruszysz ona idzie z tobą, boli cię, lecz równocześnie w każdej sekundzie daje radość. Czujesz ją jedząc jajecznicę i wchodząc na górę Synaj, jak powiedział Tadeusz Nyczek. Wiec gdy zdajesz z tego relację, z życia bez ukochanej osoby, to tak naprawdę zdajesz relację z braku. Pojawia się tu perspektywa ogołocenia: jesteś tą, która utraciła, czyli tą, która jednak coś miała. Miała i opowiada o tym w czasie przeszłym i teraźniejszym.

M.W: Dlatego są tak silne. Szczerość pozbawiona zabawy językowej, tak modnej w poezji dzisiejszej, odsłania poetę i jego świat, mówi o świecie i człowieku. Pisząc te wiersze, myślałaś o ich opublikowaniu? Może miała to być autoterapia, potem zaś zdałaś sobie sprawę, że powinny ujrzeć światło dzienne?

A.A: 
Publikowanie jest marzeniem każdego piszącego. Czy to aż autoterapia? No nie, pamiętaj, że to jednak nie jest spowiedź, że jest tam kreacja świata mocno przemyślanego i ułożonego, tak by czytelnik dostał zwartą historię opowiedzianą od początku do końca. Zdarza sie i zabawa językiem, może nie ma współczesnych gier oraz modnych zderzeń, mocnych uderzeń, szarż i szturmów, używanych tylko po to, żeby zaszokować, ale są miejsca obliczone na czarowanie czytającego, na przypodobanie mu się, jest i bezceremonialna próba wzbudzenia podziwu, że tak można pisać o kochaniu się! W „Nie igra się z miłością” Alfred de Musset (który sam stracił głowę dla Georege Sand i został przez nią odrzucony, z czego nie podniósł się do końca życia) mówi, że kto kocha to i doznaje zawodu, bywa nieszczęśliwy, ale kocha i to jest ważniejsze nawet od cierpienia, które wpisane jest w każde uczucie, a kiedy znajdzie się na krawędzi grobu, obraca się, aby spojrzeć wstecz i cieszy się z tego, że jego życie nie upłynęło na byle czym, że kochał, właśnie że kochał…

M.W: Zdarza Ci się promować swoją książkę podczas spotkań autorskich? Na jakie pytania najczęściej odpowiadasz? Czy trudno Ci przychodzi mówić o swoich wierszach, intymnych często

A.A 
Czy to zdarzyło się naprawdę? Pytają: to wszystko się pani przytrafiło? Pytają wiec o dosłowność i odbierają, jakbym rzeczywiście spisała swoje pragnienia, traumy, ujawniła sekrety. A przecież te wiersze to wynik długotrwałej pracy nad obrazami i słowami, które wchodziły w interakcje ze sobą i wytworzyła się nowa wartość. Wypłynęła na powierzchnie opowieść o miłości. Być może jest mocno cielesna, bo o namiętność tu szło, lecz czy intymna? Kiedy wiec słyszę o intymności, o którą i ty pytasz, czuję się jakbym naruszała jakąś zasadę przyzwoitości, jakbym robiła coś czego inni nie robią, opowiadała historie, jakich inni nie opowiadają…

M.W: Nadal piszesz?

A.A: 
Piszę, cały czas piszę i to jest arcyprzyjemne, choć czasem sama siebie bawię tym, co przychodzi mi do głowy. Na szczęście istnieje na klawiaturze klawisz backspace!

M.W:
  Życzę kolejnych wierszy. I oby przetwarzanie owych obrazów i emocji nie zmęczyło Cię, ja nadal uważam, że intymność jest towarzyszką wiersza, że tak się wyrażę, i nie można się jej wstydzić, raczej trzeba umieć ją znieść, dać jej radę. Powodzenia.

wtorek, 30 czerwca 2015

„(…) Wypłynęła na powierzchnię opowieść o miłości” wywiad z Anną Augustyniak sprowokowany jej książką poetycką pt. „Bez ciebie”


„(…) Wypłynęła na powierzchnię opowieść o miłości” wywiad z Anną Augustyniak sprowokowany jej książką poetycką pt. „Bez ciebie”.



Marcin Wodarski: W Twoich wierszach sakralne spotyka się z tym, co cielesne. Dlaczego?

Anna Augustyniak: To chyba dobrze jak świętość z profanum się zespala? Ciało łaknie nieograniczoności, jakiejś tajemnicy poza swoją egzystencją. Ja czuję pełnię dopiero wówczas, gdy codzienność, ta sfera świeckości, stroi się w przeczucia, wierzenia, obrzędy, gdy widzialne przenika się z niewidzialnym. 

M.W: To książka o samotności. Pobudzone ciało, łaknące usta nie mają nikogo. Mimo tego, nie chcą zbudzić fotografii-to z wiersza "Erotyczna relacja". Cenisz sobie trzymanie cielesności na łańcuchu?


A.A: Ciało na łańcuchu? Kojarzy mi się to raczej z rytuałami BDSM. Bohaterka „Erotycznej relacji” nie musi uciekać się do aktów przemocy na samej sobie ani na obiekcie uczuć. Zresztą ona kocha tak gorliwie, że za nic nie przekroczyłaby granic, jakie w naturalny sposób zostały ustanowione przez mężczyznę, otoczyła go nawet dodatkową powłoką ochronną. Ale to nie z tej przyczyny spotyka ją samotność. Jak to zwykle bywa: ktoś kocha totalnie, a ktoś drugi nie jest przygotowany, by aż tyle mu ofiarowywano albo w ogóle nie potrzebuje takiej miłości.


M.W: Miłość odbiera czy daje? Chce się powiedzieć, że daje. Z pewnością nie odbiera, to do miłości niepodobne. Jednak głębokie uczucie to również stan umysłu, uczucie emanuje na zewnątrz. Zmienia nasz system wartości, ponieważ zmienia nas, nasze duchowe życie. "Straciłam wszystko" - to tytuł wiersza o miłości. Jak to jest, miłość odbiera?

A.A: No jasne, że odbiera. Przecież miłość to oszołomienie, które oczywiście dużo daje, jako że wchodzimy w głębię interakcji z drugą osobą, ale równolegle ogranicza, bo powoduje całkowite skupienie się na ukochanym i wtedy to właśnie świat może iść w odstawkę - zacytuję samą siebie: „w głowie miałam tylko twój głos”... Ale czy zmienia nas duchowo? Ja tam jestem zdania, że to chemia i zamroczenie za sprawą przestrojenia hormonalnego w organizmie. Czasem bardzo długotrwałe zamroczenie.

M.W: Mężczyzna kocha inaczej? I znów poprawność nakazuje mówić, że miłość jest jedna, nie ma płci i tak dalej. A może jednak kobieta inaczej kocha?

A.A: 
Kobieta wszystko robi inaczej, a zatem sztukę kochania też inaczej uprawia. 


M.W: Twoja książka składa się z dwóch części. W pierwszej dużo jest Ciebie i adresata, do którego kierujesz słowa. Druga część to książka deklaratywnie Bez niego. Bez niego spotykasz się z ocaloną w Auschwitz, bez niego śpiewasz pieśni żałobne. Opowiedz o tym pomyśle. Właśnie, to pomysł czy rzeczywiście w pewnej chwili poznajesz świat i siebie, piszesz świat bez niego?

A.A: 
To nie jest pomysł a rzeczywistość. Jeśli jest miłość, a potem ktoś cię nie chce a ty go nadal chcesz, i tak jest w tobie nieustannie, choć go przy tobie nie ma. A życie płynie mimo że uczucie obumarło, świat nadal istnieje i dzieje się wokół to i owo. Ty nadal odczuwasz tę miłość, wszędzie gdziekolwiek się ruszysz ona idzie z tobą, boli cię, lecz równocześnie w każdej sekundzie daje radość. Czujesz ją jedząc jajecznicę i wchodząc na górę Synaj, jak powiedział Tadeusz Nyczek. Wiec gdy zdajesz z tego relację, z życia bez ukochanej osoby, to tak naprawdę zdajesz relację z braku. Pojawia się tu perspektywa ogołocenia: jesteś tą, która utraciła, czyli tą, która jednak coś miała. Miała i opowiada o tym w czasie przeszłym i teraźniejszym. 


M.W: Dlatego są tak silne. Szczerość pozbawiona zabawy językowej, tak modnej w poezji dzisiejszej, odsłania poetę i jego świat, mówi o świecie i człowieku. Pisząc te wiersze, myślałaś o ich opublikowaniu? Może miała to być autoterapia, potem zaś zdałaś sobie sprawę, że powinny ujrzeć światło dzienne?

A.A: 
Publikowanie jest marzeniem każdego piszącego. Czy to aż autoterapia? No nie, pamiętaj, że to jednak nie jest spowiedź, że jest tam kreacja świata mocno przemyślanego i ułożonego, tak by czytelnik dostał zwartą historię opowiedzianą od początku do końca. Zdarza sie i zabawa językiem, może nie ma współczesnych gier oraz modnych zderzeń, mocnych uderzeń, szarż i szturmów, używanych tylko po to, żeby zaszokować, ale są miejsca obliczone na czarowanie czytającego, na przypodobanie mu się, jest i bezceremonialna próba wzbudzenia podziwu, że tak można pisać o kochaniu się! W „Nie igra się z miłością” Alfred de Musset (który sam stracił głowę dla Georege Sand i został przez nią odrzucony, z czego nie podniósł się do końca życia) mówi, że kto kocha to i doznaje zawodu, bywa nieszczęśliwy, ale kocha i to jest ważniejsze nawet od cierpienia, które wpisane jest w każde uczucie, a kiedy znajdzie się na krawędzi grobu, obraca się, aby spojrzeć wstecz i cieszy się z tego, że jego życie nie upłynęło na byle czym, że kochał, właśnie że kochał…

M.W: Zdarza Ci się promować swoją książkę podczas spotkań autorskich? Na jakie pytania najczęściej odpowiadasz? Czy trudno Ci przychodzi mówić o swoich wierszach, intymnych często

A.A 
Czy to zdarzyło się naprawdę? Pytają: to wszystko się pani przytrafiło? Pytają wiec o dosłowność i odbierają, jakbym rzeczywiście spisała swoje pragnienia, traumy, ujawniła sekrety. A przecież te wiersze to wynik długotrwałej pracy nad obrazami i słowami, które wchodziły w interakcje ze sobą i wytworzyła się nowa wartość. Wypłynęła na powierzchnie opowieść o miłości. Być może jest mocno cielesna, bo o namiętność tu szło, lecz czy intymna? Kiedy wiec słyszę o intymności, o którą i ty pytasz, czuję się jakbym naruszała jakąś zasadę przyzwoitości, jakbym robiła coś czego inni nie robią, opowiadała historie, jakich inni nie opowiadają…

M.W: Nadal piszesz?

A.A: 
Piszę, cały czas piszę i to jest arcyprzyjemne, choć czasem sama siebie bawię tym, co przychodzi mi do głowy. Na szczęście istnieje na klawiaturze klawisz backspace!

M.W:
  Życzę kolejnych wierszy. I oby przetwarzanie owych obrazów i emocji nie zmęczyło Cię, ja nadal uważam, że intymność jest towarzyszką wiersza, że tak się wyrażę, i nie można się jej wstydzić, raczej trzeba umieć ją znieść, dać jej radę. Powodzenia.



Wywiad pierwotnie opublikowany w kwartalniku SZAFA

czwartek, 2 kwietnia 2015

Wywiad dla Szafy z Anną Augustyniak


Fragment wywiadu przeprowadzonego dla Kwartalnika literackiego Szafa.

M.W: Twoja książka składa się z dwóch części. W pierwszej dużo jest Ciebie i adresata, do którego kierujesz słowa. Druga część to książka deklaratywnie Bez niego. Bez niego spotykasz się z ocaloną w Auschwitz, bez niego śpiewasz pieśni żałobne. Opowiedz o tym pomyśle. Właśnie, to pomysł czy rzeczywiście w pewnej chwili poznajesz świat i siebie, piszesz świat bez niego?

A.A: 
To nie jest pomysł a rzeczywistość. Jeśli jest miłość, a potem ktoś cię nie chce a ty go nadal chcesz, i tak jest w tobie nieustannie, choć go przy tobie nie ma. A życie płynie mimo że uczucie obumarło, świat nadal istnieje i dzieje się wokół to i owo. Ty nadal odczuwasz tę miłość, wszędzie gdziekolwiek się ruszysz ona idzie z tobą, boli cię, lecz równocześnie w każdej sekundzie daje radość. Czujesz ją jedząc jajecznicę i wchodząc na górę Synaj, jak powiedział Tadeusz Nyczek. Wiec gdy zdajesz z tego relację, z życia bez ukochanej osoby, to tak naprawdę zdajesz relację z braku. Pojawia się tu perspektywa ogołocenia: jesteś tą, która utraciła, czyli tą, która jednak coś miała. Miała i opowiada o tym w czasie przeszłym i teraźniejszym. 


M.W: Dlatego są tak silne. Szczerość pozbawiona zabawy językowej, tak modnej w poezji dzisiejszej, odsłania poetę i jego świat, mówi o świecie i człowieku. Pisząc te wiersze, myślałaś o ich opublikowaniu? Może miała to być autoterapia, potem zaś zdałaś sobie sprawę, że powinny ujrzeć światło dzienne?

A.A: 
Publikowanie jest marzeniem każdego piszącego. Czy to aż autoterapia? No nie, pamiętaj, że to jednak nie jest spowiedź, że jest tam kreacja świata mocno przemyślanego i ułożonego, tak by czytelnik dostał zwartą historię opowiedzianą od początku do końca. Zdarza sie i zabawa językiem, może nie ma współczesnych gier oraz modnych zderzeń, mocnych uderzeń, szarż i szturmów, używanych tylko po to, żeby zaszokować, ale są miejsca obliczone na czarowanie czytającego, na przypodobanie mu się, jest i bezceremonialna próba wzbudzenia podziwu, że tak można pisać o kochaniu się! W „Nie igra się z miłością” Alfred de Musset (który sam stracił głowę dla Georege Sand i został przez nią odrzucony, z czego nie podniósł się do końca życia) mówi, że kto kocha to i doznaje zawodu, bywa nieszczęśliwy, ale kocha i to jest ważniejsze nawet od cierpienia, które wpisane jest w każde uczucie, a kiedy znajdzie się na krawędzi grobu, obraca się, aby spojrzeć wstecz i cieszy się z tego, że jego życie nie upłynęło na byle czym, że kochał, właśnie że kochał…

poniedziałek, 16 marca 2015

KSIĄŻKA TO NIE ROSÓŁ W PROSZKU – wywiad z Joanną Dziwak autorką Gier losowych

Joanna Dziwak. Fot. z archiwum autorki
KSIĄŻKA TO NIE ROSÓŁ W PROSZKU – wywiad z Joanną Dziwak autorką Gier losowych

MARCIN WŁODARSKI: Napisałaś książkę. To pierwsza? Może już wcześniej coś się rodziło, ale nie przeszło Twojej weryfikacji?
JOANNA DZIWAK: Tak, to pierwsza książka, którą napisałam prozą. Wcześniej były przede wszystkim wiersze. W notce na Wikipedii zresztą do tej pory figuruję jako poetka.

M.W: "Gry losowe" to według mnie wielkie szyderstwo ze wszystkiego, z teraźniejszości. Taka "szydera", jak mawia mój kolega. Trafiłem? Może intencje były inne?

J.DZ: Wyjdźmy od tego, że słowo „intencje” nie jest tu do końca na miejscu. Pisząc tę książkę nie miałam nakreślonego „planu działania”, pisana była w sposób raczej spontaniczny i, szczerze mówiąc, sama nie wiedziałam, dokąd to wszystko zmierza. Na przykład postać Arkadiusza Pszczoły przyszła mi do głowy pewnego razu, kiedy wracałam z pracy tramwajem. Padał deszcz, byłam zmęczona i znudzona i pomyślałam, że chcę napisać historię niespełnionego poety w średnim wieku, w którego życiu nic się nie wydarza, głównie publikuje wiersze w Internecie i pijąc herbatę patrzy przez okno. To jest postać wymyślona od początku do końca, nie ma żadnego prototypu w rzeczywistości; dodatkowo kazałam mu mieszkać w Bytomiu, w którym sama nigdy nie byłam. Ale dobrze, odniosę się do tej szydery. Trudno mi cokolwiek na to poradzić, ale mam po prostu mocno krytyczny stosunek do rzeczywistości. I nawet jak świeci słońce, jest niebo niebieskie, a ja na łące plotę wianek z fiołków i stokrotek, to nie do końca potrafię cieszyć się tą sytuacją (szczerze mówiąc to nawet nie potrafię pleść wianków). Na szczęście oprócz krytycznego nastawienia, mam też wspomniane wcześniej poczucie humoru i stąd w efekcie bierze się ta ironia, czy – jak wolisz – szydera.

M.W: W tym tygodniu wspomniałem na swoim blogu o piśmie historycznym redagowanym w moim miasteczku. Myślałem, że tej przeszłości coraz więcej wokół, że przyszłość już nikogo tu nie interesuje, nikt w nią nie wierzy, teraźniejszość się sprała, no i zostaje przeszłość, tym bardziej na ziemiach odzyskanych, czyli przeszłość dla nas bezpieczna. Ty jednak pławisz się w teraźniejszości, ona Cię inspiruje. Nie masz z nią na pieńku? Nie bawią cię inne czasy?

J.DZ: Te czasy to jedyne, w których żyłam, siłą rzeczy mam więc o nich najwięcej do powiedzenia. Jako dziecko grałam w gry komputerowe i oglądałam na video amerykańskie filmy, trudno żeby nie miało to wpływu na moje późniejsze postrzeganie świata. Choć z drugiej strony czytałam też dużo książek. Miałam dziewięć albo dziesięć lat, kiedy ojciec kupił mi "Krzyżaków" i "Quo Vadis" i ja te książki wtedy od początku do końca przeczytałam, bo byłam ambitnym dzieckiem. Ale, odpowiadając na Twoje pytanie, nie ma we mnie jakiejś wielkiej fascynacji przeszłością. Interesują mnie pewne zjawiska czy postacie z nią związane (ostatnio np. spędziłam tydzień w Wiedniu szukając miejsc związanych z młodością Hitlera, bo jest to dla mnie fascynujące, że człowiek, który malował akwarelki i chciał zostać artystą, stał się jednym z symboli zła XX wieku), ale nie mam takich fantazji, żeby podróżować w czasie. To, co jest teraz - jest materiałem na jeszcze wiele książek. I mówiąc "to, co jest teraz" nie mam na myśli wyłącznie ani przede wszystkim Internetu.

M.W: W "Grach losowych" bardzo dużo się dzieje. To teraźniejszość dynamiczna, z wieloma bohaterami, Ci ludzie z malowniczo wykręconym życiem czynią świat tej książki atrakcyjnym. Tak postrzegasz teraźniejszość, dzisiejszość? Atrakcyjna, chociaż zmusza wręcz do wyśmiania?

J.DZ: Wrażenie tego, że dużo się dzieje, wywołane jest pewnie przez fakt, że mamy w "Grach" kilka różnych, nieprzeplatających się ze sobą wątków. Bo przecież w życiu bohaterów nie wydarza się szczególnie wiele. Jo ma w pewnym momencie jakiś romans, ale poza tym nie prowadzi szczególnie fascynującego życia. Autor bestsellerów, Janusz Czereśniewski głównie chodzi po mieście albo sprawdza Facebooka, a o Arkadiuszu Pszczole wspominałam już wcześniej. Więc ta "teraźniejszość dynamiczna", o której mówisz, wykreowana jest chyba głównie przez język, narrację, w której sporo się dzieje. Dużo dzieje się w głowach bohaterów, ale nie przekłada się to na to, co zwykło się określać jako „wartką akcję”. Nie ma „mrożących krew w żyłach” przygód i nie staram się trzymać odbiorcy w napięciu. Zresztą sama nie przepadam za czytaniem tego typu książek. To, co przydarza mi się w życiu, jest wystarczająco zajmujące, więc nie kręcą mnie specjalnie wymyślne fabuły. W literaturze szukam innych rzeczy. Na przykład bardzo lubię taką książeczkę Georgesa Pereca pt. "O sztuce i sposobach usidlenia kierownika działu w celu upomnienia się o podwyżkę". Nic się tam nie wydarza, mamy po prostu sytuację, w której chcesz dostać podwyżkę i różne wersje tego, co może cię spotkać, gdy zdecydujesz się o nią poprosić; całość oparta na eksperymencie kombinatorycznym autora. Ja sama w "Grach" w wątku Arkadiusza Pszczoły też wprowadziłam coś w podobnym rodzaju: mamy sytuację i 3 różne możliwości tego, jak się rozwinie. Trochę jak w grach planszowych.

M.W: A lubisz seriale? To pytanie nie musi być głupie i od czapy, w końcu "Gry losowe" publikowane były pierwotnie w odcinkach na stronie ha!artu. Plus to o czym mówisz, że literatura nie musi opowiadać o spektakularnych wydarzeniach, wystarczy ciąg zdarzeń. Wiesz, ja też myślę, że z takiego ciągu można więcej wyciągnąć, hehe.

J.DZ: Lubię, ale bez przesady. Nie jestem jedną z tych osób, które uzależniły się od "Breaking Bad" czy "Gry o tron" i raczej formuła serialu nie była dla mnie szczególną inspiracją przy pisaniu "Gier". A jednym z ważniejszych czynników, dla których ta książka pisana była w cyklicznie ukazujących się odcinkach, jest fakt, że jako osoba pracująca na pełnym etacie, nie mogę sobie pozwolić na to, żeby spędzić cały dzień na pisaniu książki. Umówiliśmy się więc z Wydawnictwem, że będzie jeden fragment raz na tydzień – 2 tygodnie. Przyznaję, że taka dyscyplina bardzo mi odpowiadała.

M.W: Pisząc kolejne odcinki, myślałaś o czytelnikach? Chciałaś, by książka była atrakcyjna, że tak głupio się wyrażę? Pytam, bo "Gry losowe" świetnie się czytają, płyną wartko w stronę mózgu, bawią, czasem człowiek lekko sie zamyśli nawet, ale nie widzę tu żadnego klucza, według którego mogłyby powstawać. Po prostu kabaretowi, groteskowi bohaterowie narysowani grubą kreską.
J.DZ: Nie wierzę, że można w ogóle nie myśleć o czytelniku, przy bliskim mi założeniu, że literatura to forma komunikacji. Nie przemawia do mnie wizja pisarza, który niczym szaman przy ognisku wypowiada średnio zrozumiałe zaklęcia, a my się mamy tym zachwycać. Ale, z drugiej strony, pisanie z nastawieniem: „chcę się wam przypodobać”, też jest bez sensu, bo książka to nie rosół w proszku, który należy wcisnąć ludziom w jak największej ilości. Powtórzę po raz kolejny: "Gry losowe" nie powstawały z ambicją: chcę odmienić wasze życie, chcę powiedzieć wam, co jest dobre, a co złe. Nie czuję się kompetentną osobą, by przemycać takie treści w swoich tekstach. Choć, być może, napiszę kiedyś książkę dużo bardziej "na serio".

M.W: Myślisz, że to banalna książka? Czy może już nie zastanawiasz się nad "Grami losowymi" ?

J.DZ: Gdybym uważała, że to banalna książka, to przecież w ogóle nie chciałabym jej publikować. Nie miałabym śmiałości wciskać odbiorcom produktu literaturopodobnego, a podejście: wydać książkę, żeby tylko wydać, jest mi obce. No bo po co? Przecież nie dla pieniędzy ani fejmu, bo jeśli o tym się marzy, to przecież bycie akurat pisarzem nie jest, mówiąc delikatnie, najlepszym pomysłem. A czy się zastanawiam? Książka wyszła z drukarni prawie 3 miesiące temu i od tego momentu żyje własnym życiem. Mam jeden egzemplarz na stoliku nocnym (bo mam całkiem sporo książek na stoliku nocnym) i czasem ją sobie otworzę w przypadkowym miejscu. Wstydu nie ma.

M.W: „To uczucie, gdy po zimie od razu przychodzi lato” – mówi Hieronim Osa (jeden z bohaterów „Gier losowych”) siadając na ławce. Nas niech spotka uczucie podobne, gdy od razu przejdę do ostatniego pytania: kiedy kolejna książka? 


J.DZ: Jest pomysł na razie, ale pierwszego zdania jeszcze nie ma. Ostatniego tym bardziej. Dostałam propozycję od BookRage, żebym napisała coś dla nich na rok 2015 i raczej coś z tego wyjdzie – kiedy jestem ścigana terminami, pisze mi się lepiej. Co nie znaczy wcale, że chcę zakończyć współpracę z Ha!artem, bo cenię ją sobie, a z niektórymi autorami, np. Sławkiem Shuty czy Ziemkiem Szczerkiem chodzę też czasem na piwo. A nawet na wódkę. Także dla mnie to nie tylko "jakieś tam" wydawnictwo, ale też związani z nim ludzie i wspólny sposób patrzenia na pewne sprawy. Ale tymczasem cieszmy się "Grami losowymi".

M.W: Cieszymy się! Jest Shuty, jest Szczerek, jesteś Ty… znaczy się powstanie bestseller, którego akcja toczyć się będzie na Warmii w Suszu, gdzie wszyscy mają wszystko w normie prócz jednego świetlicowego płuczącego gardło w piwnicy i czytającego „Gry losowe”. Życzę Ci kolejnych książek wytrącających z komfortu ludzi z wyższym wykształceniem np. pedagogicznym.


Wywiad pierwotnie ukazał się w 51 nr Kwartalnika Literackiego Szafa

sobota, 27 grudnia 2014

Sławomir Maria Nietupski dla Szafy nr 52



Fragment mini wywiadu dla Szafy nr 52. Więcej tu http://szafa.kwartalnik.eu/52/jpg/nietupski.html

Marcin Włodarski: W Twoich pracach widzę wpływ surrealizmu... jak to się stało? W tak zmechanizowanym, matematycznym świecie?
Slavomir Maria Nietupski: Świat się mieni i tętni swoim bezdusznym życiem, ja tylko portretuję jego aktualny stan, który przepływa przeze mnie, jestem czymś w rodzaju medium. Nie zakładam, że tematyka jaką wezmę na tapetę będzie akurat aktualna czy nośna. To pewien zapis chwili i, co najważniejsze, emocji jakie mienią się we mnie. Staram się dodać nieco kolorytu temu - jak to nazwałeś zmechanizowanemu światu, czy nawet zindustrializowanej rzeczywistości. 
Od wielu lat postrzegam mrowie spraw codziennych jako swoisty paradoks i faktycznie wykładnią najlepiej definiującą ten przepływ wrażeń jest bliski mi surrealizm. Choć z drugiej strony, nie zakładam nigdy z automatu, że dana konwencja będzie wspólnym mianownikiem dla efektu końcowego moich wizualizacji. To bezkompromisowy i naturalny proces, który poniekąd charakteryzuje mój styl tworzenia.

wtorek, 16 grudnia 2014

"Hipochondryk przeciwko homo "fitness"- wywiad z Mariuszem Sieniewiczem

W nowym numerze Szafy wywiad z Mariuszem Sieniewiczem.

Marcin Włodarski:

"Walizki Hipochondryka" to tytuł Twojej nowej powieści. Opowiedz, jeśli możesz, dlaczego bohaterem jest hipochondryk? Dlaczego nie walizki uciekiniera, mechanika, aktora, nauczyciela, marzyciela ...tylko właśnie hipochondryk staje się dziś bohaterem na miarę powieści?

Mariusz Sieniewicz:


Bo hipochondria zaczyna określać naszą, mówiąc górnolotnie, tożsamość. Jesteśmy przewrażliwieni na swoim punkcie, jesteśmy egocentrycznie skoncentrowani na swoich lękach, fobiach, defektach, potęgowanych i kumulowanych przez filozofię doskonałości oraz dyktat nowego typu człowieka. Nazywam go sobie homo fitness. Czyli: eliminacja kalorii i refleksji, maksymalizacja wrażeń, płatków i kiełków, kastracja perspektywy metafizycznej. Poza tym, cholera jasna!, ja naprawdę się starzeję… Ja, choć to wręcz nieprawdopodobne, umieram i boję się umierania. A miało być przecież tak pięknie. O umieraniu, starości, śmierci mówili wyłącznie poeci.

Całość wywiadu znajdziecie tu: wywiad z Mariuszem Sieniewiczem

poniedziałek, 29 września 2014

Wywiad z Joanną Dziwak

W najnowszym numerze SZAFY wywiad z autorką "Gier losowych".

"Nie wierzę, że można w ogóle nie myśleć o czytelniku, przy bliskim mi założeniu, że literatura to forma komunikacji. Nie przemawia do mnie wizja pisarza, który niczym szaman przy ognisku wypowiada średnio zrozumiałe zaklęcia, a my się mamy tym zachwycać. Ale, z drugiej strony, pisanie z nastawieniem: „chcę się wam przypodobać”, też jest bez sensu, bo książka to nie rosół w proszku, który należy wcisnąć ludziom w jak największej ilości. Powtórzę po raz kolejny: "Gry losowe" nie powstawały z ambicją: chcę odmienić wasze życie, chcę powiedzieć wam, co jest dobre, a co złe. Nie czuję się kompetentną osobą, by przemycać takie treści w swoich tekstach. Choć, być może, napiszę kiedyś książkę dużo bardziej "na serio"."

Całość Wywiad z Joanną Dziwak

poniedziałek, 16 czerwca 2014

Wywiad z Adamem Pluszką

W 50 numerze Szafy ukazała się moja rozmowa z autorem "Zestawu do besztań." Książka wydana przez WBPCiK w Poznaniu inspiruje do wielu pytań. Ja zadałem zaledwie kilka. To wystarczy, by zorientować się w zawartości tomiku i jego wartości. 

Link do wywiadu

Fragment:

M.W: W wierszach należących do nowego zbioru często pojawia się małe dziecko, córka. Była inspiracją, powodem powstawania wierszy?
A.P: Pojawiają się dzieci i zwierzęta jako pewne figury bezbronności. Są od nas, dorosłych, zależne w stu procentach i to my decydujemy, jak wygląda ich życie. A często wygląda mocno tak sobie. Nie mam zbyt wysokiego mniemania o człowieku i tym, co sobą reprezentuje. Człowiek, sądząc – złudnie zresztą – że jest ukoronowaniem ewolucji, z pogardą pochodzi do tych, którzy są od niego słabsi. Mniej widać to w przypadku dzieci, bardziej w przypadku zwierząt – już nawet nie mówię o tym, że je zjada, choć to także nie jest w porządku. Mówię o tym, że bezmyślna przemoc uderza zwykle w słabych. Kiedy Arystoteles pisze o bestialstwie, ma na myśli upodobnienie się człowieka do zwierzęcia: krytykuje w ten sposób ludzi, którzy przekraczają miarę nikczemności. No więc nie. Dla mnie prawdziwym bestialstwem jest człowieczeństwo – zwłaszcza na poziomie wykorzystywania swojej przewagi.

wtorek, 29 października 2013

Fragment wywiadu z Tomaszem Ososińskim

Całość wywiadu w nowym numerze Szafy. Klik po prawej stronie na blogu.


KONFLIKT NIE JEST MOIM CELEM, wywiad z Tomaszem Ososińskim 

autorem książki poetyckiej Pięć bajek.

Marcin Włodarski: Zacznę od pytań nie związanych bezpośrednią z Twoją książką Pięć bajek i, co tu dużo mówić - banalnych. Dlaczego piszesz wiersze? To w gruncie rzeczy trudne pytanie, prawda?

Tomasz Ososiński: Bo na powieści mam za mało czasu… No dobrze, serio: pytanie oczywiście trudne. Dlaczego robi się cokolwiek? Dlaczego jest się hydraulikiem albo kierowcą? Żeby poradzić sobie jakoś z rzeczywistością, uporządkować ją, a jednocześnie: odnaleźć swoje miejsce w społeczeństwie, wśród ludzi. Również pisanie jest sposobem na odnalezienie się wśród ludzi. Jednak jest rzeczywiście pewna różnica między naprawianiem rur a pisaniem wierszy. W tym drugim przypadku chodzi nie tylko o znalezienie się wobec innych i włączenie w społeczne struktury, lecz również o poznanie tego, co wciąż jeszcze znajduje się poza granicami społeczności, o eksplorowanie nieznanej przestrzeni. O kolonizowanie obszarów niewidocznych. Są działalności ludzkie, które rozgrywają się niejako całkowicie w ramach społecznych układów, z powodu innych i dla innych; ten rodzaj stanowi większość. Ale są też takie, które odbywają się w pobliżu granic społeczeństwa, lub w każdym razie poza wytyczonymi szlakami, a więc tylko po części wśród ludzi. Pisarz podobnie jak wynalazca jest osobą działającą w strefach granicznych lub społecznie nie do końca zdefiniowanych i bardziej niż na zagospodarowywaniu znanych obszarów zależy mu na odkrywaniu nowych.
Mnie bardziej niż funkcjonowanie w ramach społeczeństwa (bycie szanowanym dyrektorem archiwum czy sekretarzem komisji do spraw czytelnictwa w klasach I-III) ciekawiło zawsze właśnie eksplorowanie nieodkrytych stref. To, co nieznane i niewidoczne.

M.W.: Twoja liryka nie jest zorganizowana wersyfikacyjnie. Co chcesz powiedzieć obierając taką formułę. 

T.O.: Ostatnio rzeczywiście brak w moich tekstach podziału na wersy – choć wcześniej pisałem też sporo tzw. wierszy. Dlaczego to się zmieniło? Może forma wiersza wydała mi się w pewnym momencie już zbyt teatralna (to oczywiście wyłącznie subiektywne odczucie; zbyt teatralna na to, żebym potrafił się w niej na poważnie wypowiadać), zbyt ostentacyjna… Ostatnio przy jakiejś okazji pomyślałem, że podział na wersy to jakby sygnalizowanie czytelnikowi, że zdania, które czyta, są niedokończone, że musi czytać również to, co nie jest napisane, dokańczać zdania sam – i może w końcu wydało mi się to upominanie czytelnika, to ciągłe świecenie mu w oczy bielą papieru, zbyt małostkowe – ostatecznie przecież nie jest głupi i sam się domyśli…
Zresztą zawsze interesowały mnie pogranicza, więc też i forma prozy poetyckiej (z jakich składa się tom Pięć bajek), graniczna pomiędzy wierszem a prozą. 

niedziela, 21 października 2012

Rozmawiałem z Białkowskim

Rozmawiałem z Białkowskim. Tomaszem. Mówię tylko z nazwiska, bo to brzmi tak branżowo, nie wiem jak inaczej to brzmienie ująć, stare wyrażacze tak mówią. Kiedyś z nim rozmawiałem i powiedział, że z koncentratu pomidorowego zrobi smaczny sok, żebym też kupił przy okazji kupowania innych rzeczy. Soku nie zrobił, ale to było 10 lat temu, może 11. Ludzie się zmieniają i teraz pewnie robi sok. Wtedy był po debiucie książkowym, świeżo upieczone "Leze" leżało w jego głowie.

Teraz jest po debiucie kryminalnym. I pewnie przede wszystkim o tym gadałem z nim w Szafie: http://www.szafa.prezentacje.pl/
co teraz można również przeczytać w artpubkulturze



piątek, 10 czerwca 2011

O poezji raczej z musu - rozmowa z Maciejem Gierszewskim


Od lat spisujesz sny. Dlaczego?

Pierwsze moje "próby" literackie polegały, właśnie na spisywaniu snów. Było to bardzo dawno temu, nie wiem dlaczego zacząłem je zapisywać, nie pamiętam. Pewne jest, że nadal to robię, spisuję swoje własne sny, zapisuję sny, które mi zostały opowiedziane, przepisuję sny z książek, gazet, blogów... Dlaczego? Niektórzy zbierają znaczki, inni monety, jeszcze inni kartki pocztowe, a ja zbieram sny. Taki „kompleks kolekcjonera”, jak się już raz zaczęło, to ciężko przestać, ciężko skończyć.

Czy sny bywają inspirujące? Zapładniają Twoja poezję?

Sny bywają inspirujące, w końcu to odrębna rzeczywistość, w której wszystko jest możliwe, w której wszystko może istnieć razem i od razu. Staram się nie przelewać onirycznych opowieści do swoich wierszy, czyli - odpowiadając wprost na Twoje pytanie - nie zapładniają one mojej poezji, nie pozwalam im na to. Gdy siedzę nad białą kartką, na której za chwilę zacznę stawiać słowa, to widzę rój onirycznych plemników, zdążających do niepokalanego jaja kartki. W takich wypadkach biorę gazetę, zwijam ją w rulon i zaczynam je regularnie tłuc. A tak bardziej poważnie, to pamiętam jeden wers, który mi się przyśnił i który wplotłem dosłownie do jakiegoś wiersza: "łapy łabędzi w lodzie ogryzione przez psy". A w "Profilach" jest wiersz "7 snów z nazwiskami", ale jest to tekst zbudowany z całych snów, kiedyś spisanych, które tylko połączyłem w wiersz.

Jeśli już mam się do czegoś przyznać, to sny zapładniają moją prozę. Większość opowiadań przeze mnie napisanych, jest zbudowana z wyśnionych motywów. W "Luźnych związkach" jest opowiadanie "Wycieczka do Hajfy", które zostało napisane na podstawie onirycznego objawienia.


"Luźne związki" to dla mnie zalecenie, by nie angażować się zbytnio z rzeczywistość, otoczenie. Mam racje? Jeśli tak to dlaczego?

Marcin, jestem, jako autor i jako człowiek, daleki od tego, aby komukolwiek cokolwiek zalecać. Mogę mówić jedynie o sobie i do siebie. Może faktycznie, zalecam sobie, aby nie mieć za głębokich relacji z rzeczywistością. Tak jest lżej. Tak jest łatwiej. Przecież życie samo w sobie i tak boli, więc po jaką cholerę wbijać sobie dodatkowe szpilki pod paznokcie? Wystarczy monotonia codzienności, już samo to może człowieka zabić, a jeśli nie zabić, to chociaż przyprawić o jakąś ciężką chorobę, którą leczą w pokojach bez klamek.

Ja wychowałem się w małym mieście, miałem szczęście wzrastać wśród ludzi, znajomych, kolegów, dla których miarą każdego kroku jest zaangażowanie. Znam ludzi, którzy dla muzyki, dla swoich artystycznych działań rezygnowali ze sławy, bo uważali, że ona zniszczy ich sztukę. Teraz nie mają ani sławy, ani sztuki, ale gdyby się urodzili ponownie, nie zmieniliby ani trochę swoich decyzji. To brzmi jak wyidealizowany świat. Co ty na to?

Jestem święcie przekonany o tym, że w życiu należy robić tylko te rzeczy, które sprawiają nam niekłamaną przyjemność i radość. Czy należy "się sprzedawać"? Mam wrażenie, że właśnie o to pytasz. Myślę, że to zależy tylko od psychicznych predyspozycji. Niektórzy muszą stać, aby czuć się szczęśliwymi, wysoko na świeczniku i zrobią wszystko, aby się tam znaleźć, bo dopiero wtedy czują, że żyją. A inni wolą, gdy "świecznik" przechodzi do nich, gdy prosi, błaga, kusi, łudzi i wtedy mogą lekko się nagiąć, siebie oszukać, bo to niby nie oni zabiegali, a o nich zabiegano. A jeszcze inni, grupa twoich znajomych, woli odmówić i nie wstępować na "świecznik". Odmowa jest pozorna. W każdym razie strategii jest wiele, są różne, która jest dobra, słuszna, właściwa? Nie wiem. Ja staram się robić swoje, lubię właśnie tak. Niezależnie od tego, czy wstępuję, czy mnie się wypycha.

W wierszach z tomu „Luźne związki” zarejestrowałeś wiele szczegółów dnia codziennego. Nie ukrywam, że lubię takie kadry zarejestrowane na papierze, które uciekłyby bezpowrotnie, gdyby nie oko i pióro autora. Co powiesz jednak na tematy, he, na nowy wiek? Czy jest jakiś temat, który warto podjąć w drugiej dekadzie XXI wieku?

A czym wg Ciebie powinny/mogą się różnić tematy podejmowane przez poetów w XXI, od tych podejmowanych w wieku XX? Na czym ma polegać jakościowa różnica? Czy może być jakościowa różnica? Czy powinna być jakaś różnica? Moim zdaniem: Nie! Broń Cię Panie Boże. Warto podejmować te same tematy, jakie warto było podejmować w ubiegłym wieku. Warto podejmować tematy, które są żywe. Pewnie od razu będziesz pytał: "Co to są żywe tematy?". Otóż wg mnie to tematy, które dotykają. Nie pozostawiają czytelnika biernym, letnim (aby użyć słów znanych już od tysiącleci: "A tak, żeś letni, a nie gorący ani zimny, wypluję cię z ust moich" (Ap 3:16)). Dla mnie zasada jest dość prosta: pisać powinno się o tym, co dotyczy i dotyka osobę stojącą/siedzącą obok poety.

Oczywiście, że data nie może przerwać pewnej ciągłości. Oczywiście, są tematy uniwersalne, do których ludzie powracają, bo taka jest wręcz ich biologia, hehe. To oczywiste, że dla człowiek mówi o tym, o czym chce i jak chce bez względu na wszystko. Pytałem o to, czy dziś wyłania się coś nowego na horyzoncie. Świat zmienia się do tego stopnia, że pojawiają się nowe tematy? Czy raczej poezja idzie w kierunku eksperymentów językowych na płaszczyźnie leksykalnej, składniowej?

Myślę, że świat nie zmienia się wcale aż tak bardzo, jak nam się to czasem, na pierwszy rzut oka wydaje. Pojawiają się nowe media, szybki i megaszybki przepływ informacji, inna (uproszczona) jakość i forma komunikatu. Jednak to nie są zmiany, które powodują nagły wybuch nowych tematów poetyckich. Nadal jednym z głównych tematów poetyckich pozostaje: ja/my w świecie, ja/my wobec świata i odwrotnie naciski i oddziaływanie typu świat na mnie. Nie uważam, żeby tematy zaangażowane (z grupy życie w/z korporacją, konsumpcjonizm, polityczność), były tematami nowymi. Nie są to tematy nagle odkryte, nowe, oświecone.

Czy zamieszczanie w wierszach symboli i rekwizytów kultury popularnej oraz informacji telewizyjnych o działaniach wojennych w Egipcie, Libii czy Tunezji, to coś nowego dla poezji? Nie. Poezja nigdzie nie idzie, jest. A mówi się do czytelnika w taki sposób, za pomocą m.in. eksperymentów językowych, bo to jest dla czytelnika atrakcyjne, rozpoznawalne i zrozumiałe. Ale czy to jest postęp samej poezji? Nie sądzę.

Pozwolisz, że na tym skończę ten wywiad o poezji?

Pozwolę. O poezji ciężko mi się rozmawia. Może łatwiej rozmawiało by mi się o komiksie. Jestem wielkim fanem komiksu, a poezji niekoniecznie. Myślę o poezji raczej „z musu”.

Chciałbyś kogoś pozdrowić?

Tak, przede wszystkim mego kota, Dżejmsa.



Maciej Gierszewski:

ur. 1975, poeta, bloger. Opublikował: „Profile” (Olsztyn 2006), „Luźne związki” (Poznań 2010). Zredagował (ze Szczepanem Kopytem) antologię poetycką pt: „Słynni i świetni. Antologia poetów Wielkopolski debiutujących w latach 1989 – 2007” (Poznań 2008). Prowadzi bloga o komiksach: http://dybuk.wordpress.com . Mieszka w Poznaniu.

niedziela, 13 lutego 2011

Facet z sześcioma wierszami. Wywiad z Piotrem Gajdą.


Marcin Włodarski: Poetów debiutujących zaraz po liceum jest coraz więcej. Nie wpisujesz się w ten "trend". Dlaczego tak późno? Po czterdziestce?

Piotra Gajda: No tak, aż do roku 2000 powtarzałem za moim ulubionym Wojaczkiem: „Ty mogłeś być poetą. Ale ciągle „nie”/ Uparcie powtarzając dziś nie wiesz, / kimś jest”. A przecież, jeszcze w drugiej połowie lat osiemdziesiątych Marek Garbala na warsztatach literackich we Wrocławiu, na które dojeżdżałem w czasie służby wojskowej z Poznania, po przeczytaniu jednego z moich tekstów publicznie rzekł: „I mamy tu wiersz”. Tym kategorycznym stwierdzeniem poniekąd „namaścił mnie” na poetę i w dodatku wystawił mi ustne, bo ustne, ale jednak świadectwo. Nie mogę w tym miejscu przecenić także roli mojego przyjaciela i poety Krzysztofa Kleszcza, który mnie, „dumnemu” laureatowi kilku lokalnych konkursów poetyckich otworzył oczy ( a było to w roku 2007) na poezję bardziej ambitną od tej, którą zachwycały się zasiadające w jury emerytowane polonistki przyznające mi w lokalnych konkursach pierwsze miejsca i stosowne puchary. Niedługo po tej drugiej dacie już razem wybraliśmy na spotkanie z ludźmi, którzy postanowili założyć Koło Młodych Pisarzy przy SPP w Łodzi. I tak w wieku czterdziestu jeden lat zostałem „młodym pisarzem”. Dlaczego tak późno? Pozwolisz, że odpowiem na to pytanie posługując się cytatem z Kierkegaarda: „Konieczność bycia kimś innym, niż się jest, stanowi dla człowieka źródło najgłębszej rozpaczy”. Przez tzw. „wyższe, życiowe konieczności” długo bywałem kimś innym, niż poetą. Za długo, bo przecież tak naprawdę jestem sobą dopiero wtedy. Życie i cała reszta to niejako przeszkoda, którą za każdym razem muszę od nowa pokonywać, żeby zachować w sobie tamtego chłopca, który przed laty po raz pierwszy „zachłysnął się” wierszem.

M.W.: Twoja poezja jest dowodem na to, że warto poczekać z debiutem. Co w Tobie kiełkowało - miłość do świata czy nienawiść?

P.G.: Nie wiem, czy aby na pewno jest to dowód, którego nie da się obalić. Nie jestem najlepszym obrońcą swoich wierszy – ich obiektywna wartość jest mi subiektywnie nieznana. Zauważyłem, że w drugiej części swojego pytania zawarłeś jedynie dwie możliwe odpowiedzi, dlatego muszę w tym miejscu powtórzyć za Cioranem: „Jeśli jestem coś wart, to tylko dzięki temu, co mnie oddziela od świata”. W tej chwili, kiedy myślę nad właściwą odpowiedzią jestem przekonany, że z jednej strony jestem optymistą zaciągającym długoterminowy kredyt w banku i posiadającym własne dzieci, z drugiej jednak strony dosyć często nie chce mi się pełnić wobec świata jakichkolwiek powinności.

M.W.: Ja odczytuję Twoją poezję jako swego rodzaju oskarżenie świata o jego brzydotę. Mylę się?

P.G.:
Brzydota to jedna z cech nas samych. Stąd oskarżanie świata staje się oskarżeniem kierowanym przeciwko sobie. Ja nikogo i niczego nie oskarżam – w takim samym stopniu odpowiadam za wygląd świata jak i za mój pogląd na jego temat. Sam przecież „jestem światem”, sztuka w tym, żeby być nim dla kogoś jeszcze lub odnaleźć coś absolutnie istotnego w jego (swojej) brzydocie. Właściwie postawić pytanie: co chcę (co mogę) z niej wydobyć na światło dzienne – diamenty, ropę, a może torf, robaki, spróchniałe kości?





M.W.: Czy ludzie są bliżej niedoskonałości zwierząt, czy raczej niezaprzeczalnie jesteśmy istotami, które zostały wyposażone lepiej.

P.G.:
Zarówno my jak i zwierzęta zostaliśmy wyposażeni w ból, strach, głód, radość i sen, ta sama czeka na nas śmierć. To, że akurat jesteśmy dominującym na Ziemi gatunkiem jest poniekąd naszym przekleństwem. Musimy coś jeść, chronić siebie i naszych bliskich przed chłodem, rozmnażać się. Dominując decydujemy o tym, który gatunek zwierząt będziemy hodowali i zabijali a któremu pozwolimy żyć na wolności. Mają świadomość tego, że to ludzie wymyślili i przeprowadzili holocaust „trudno jest być bogiem”. Pewnym pocieszeniem jest myśl, że i wobec nas Bóg bywa często okrutny w sposób zupełnie niezrozumiały. Niezrozumiały bywa jego plan…

M.W.: W Twoich wierszach człowiek otoczony jest destrukcyjnymi siłami przyrody i zwierzętami niosącymi znamiona rozkładu - tak to widzę. To tylko poetycka wizja? Może jest w tym ostrzeżenie?

P.G.:
Poezja nie ma dziś takiej siły, żeby kogokolwiek przed czymkolwiek ostrzegać. Pod jej sztandarami maszerują nieliczni. Towarzyszący moim wierszom rozkład (ciała, pomieszczeń, jazdy) to tylko metafora, wydaje mi się ona być najbliższa tkwiącej we mnie prawdzie, która w takim samym stopniu jest kreacją co światem, jego odbicie znajduje się we mnie
a jednocześnie to także w miarę wierne odbicie mojego „ja” w konkretnej czasoprzestrzeni.

M.W.: Z Krzysztofem Kleszczem prowadzisz blog "Biała fabryka". Skąd pomysł, by zajmować się poezją. Masz na to czas?

P.G.:
Prawda, że to niedorzeczne? Dwóch dorosłych mężczyzn zajmujących się poezją. Widzisz, cała przyjemność w tym, że robisz coś, co dla wielu żyjących obok ciebie ludzi nie przedstawia żadnej wartości. A więc robisz coś tylko dla siebie i w swoim egoizmie jesteś najprawdziwszy. Na to nie szkoda czasu. To naprawdę niezła motywacja.

M.W.: Na koniec. Piszesz dalej? Twoja poezja ewoluuje?

P.G.:
Staram się pisać. Od czasu ukończenia drugiej książki w lipcu ubiegłego roku, napisałem sześć nowych wierszy. Kiedy napiszę następnych dwadzieścia pięć, poszukam wydawcy i opublikuję je razem z tymi sześcioma. Wtedy wyślę ci nową książkę, a ty mi to powiesz. Ode mnie nie oczekuj odpowiedzi, bo ja tego nie wiem.

M.W.: Dziękuję za rozmowę. Czekam na Twoją nową książę, oby ujrzała światło dzienne jak najszybciej. Trzymaj się.


Piotr Gajda - poeta, autor dwóch książek poetyckich: "Hostel" i "Zwłoka". Prowadzi wraz z Krzysztofem Kleszczem blog Biała Fabryka.