Piosenkę zespołu PHILOSOPHER dedykuję dziś poetom. Jutro komu chcecie.
piątek, 25 lutego 2011
czwartek, 24 lutego 2011
Roman Honet, "Piąte królestwo". Piwniczne księstwo

Ja też mam swoją wytrzymałość. Chyba nie wytrzymuję jakiegoś ciśnienia i sam siebie zaczynam oskarżać o poważne przewinienia. Nie wiem czy słusznie, ale oskarżam siebie, że zaczynam poddawać się mamiącym frazom poetów, którzy nie mają nic więcej do zaoferowania prócz budowy słowem sugestywnych obrazów, od których mi robi się ciepło i wygodnie. Czytam Romana Honeta:
Kat
wybiegłem w morze, w ustach
miałem sól, obfitą plażę.
w wodzie leżały – rower, maszyna do drinków,
wiatr był jak mowa zwierząt wychowanych
w cieniu. Dziki był wiatr,
kiedy powstawał z gniewu
i wręczał mi piłkę. Kiedy uderza,
rżnie: płatki śniegu błyszczące
na sieci trakcyjnej, żniwo
ostatniej nocy – białe,
bezwłose ciało i ruchanie
Ot taki sobie obrazek, który może trochę przestraszyć, zastanowić. Tym bardziej, że żyjemy w czasach, w których wszystko i wszyscy wokół próbują być piękni, nawet moje rybki w akwarium mają swoje sezony, zmieniają ubarwienie i styl zachowania. W tym kontekście Roman Honet wypada świetnie. Jego świat nie jest przyjemny w dotyku, a bywa i niebezpieczny. Zarzucam sobie jednak, że niepotrzebnie mnie to wszystko obchodzi, bo dlaczego miałyby mnie obchodzić jakieś obrazki słowem malowane, nawet takie, z których wystają owrzodziałe języki pełne żądzy? To w końcu tylko obrazy. Jeszcze niedawno nawet bym nie splunął.
Mówię do siebie, że „Piąte królestwo” to książka napisana bez charakteru, bo za mało otwarta, zbyt dużo tu eufemizmów, za mało bezpośredniego, szczerego przekazu. Honet to przykład poety, który nie ma nic do powiedzenia i ucieka w obrazy, w odwzorowywanie słowem tego, co widzi pod powiekami.
I odpowiadam: dobrze, dobrze. Warto jednak poczytać uważniej i docenić emocje zawarte w tych obrazach. Prawda, że wydają się one wydumane, są tylko literacką kreacją – tak myślę, ale jak to jest napisane! O, to warto docenić.
I doceniam. Czytam cały czas książkę Honeta i naczytać się nie mogę. Po odłożeniu książki wracają do mnie te obrazy, które słowem odmalował. Trzymam pod powiekami tiry wiozące mięso, nie wiem już nawet czy o tym pisał, wszystko miesza mi się, popadam w histerię. Widzę topielca w brudnym, pełnym wodorostów piasku plaży i spalone słońcem, wysuszone owady na szybie szklarni. Cóż to jednak takiego? Ile trzeba mieć siły żeby snuć przeróżne fantazje?
Myślę, że o takiej poezji chętnie będą pisać krytycy literaccy, redaktorzy pism poświęconych współczesnej literaturze. Odnajdą tam zawiłości semantyczne, będą pochylać się nad tymi wierszami wiercąc sobie dziury w głowach i za wszelką cenę wydłubią z siebie interpretacje. Wiersze Honeta to miękka gleba, w której można grzebać bardzo długo bez obawy, że wyrośnie coś nieoczekiwanego.
Andrzej Skrendo i Konrad Wojtyła w audycji dla Radia Szczecin zastanawiali się, co oznacza, czym jest „Piąte królestwo”? Odpowiadam za Honeta: niczym. To tytuł atrapa. Wiele takich tytułów krąży w świecie publikacji poetyckich, ponieważ coraz częściej ceni się nie konkret i odwagę a wielowarstwowość, przeintelektualizowanie i wywieranie wrażenia, pustego wrażenia. Jedno trzeba przyznać – Piąte królestwo to nazwa wpadająca w ucho.
Skrendo i Wojtyła podjęli też krótko ciekawy wątek: czy Roman Honet jest trudnym w odbiorze poetą? Dochodzą do wniosku, że tak, ponieważ tworzy obrazy, przez które trudno się przebić, autor jest tu „opancerzony” obrazami. Przywołuję tu ową rozmowę, ponieważ trudno się z pewnymi tezami nie zgodzić. Choćby z tą, że Honet za wszelką cenę unika mówienia wprost i z tego powodu wpisuje się raczej w tradycje awangardowe, jak stwierdził Andrzej Skrendo.
Mam jednak nadal pytanie o sposób pisania. W końcu można być trudnym poetą, ponieważ jest się skomplikowaną istotą i odczuwanie świata nie mieści się w żadnym dostępnym przewodniku towarzyskim. Można być też trudnym poetą, bo ma się pełen wachlarz możliwości intelektualnych i warsztatu pisarskiego, i komponuje się wymyślone głupoty. Rafał Ch. Niedawno powiedział mi, że artysta nie musi niczego przeżyć, by o wielu sprawach pisać dobrze, tak, że będzie się chciało czytać. Ważny jest talent.
Talentu Romanowi Honetowi nikt nie odmówi. Ja również. Wolałbym jednak więcej się od niego dowiedzieć, ale już słyszę Rafała, który pyta: niby czego dowiedzieć? Co nowego do magazynu wiedzy o świecie i życiu może wnieść poeta? Liczy się treść niesiona przez obraz.
Na wiele naiwnych już, ale zawsze ważnych według mnie pytań tym razem sobie nie odpowiem. Pozostaje czytać dalej „Piąte królestwo” Romana Honeta i pławić się w tych sugestywnych i pięknych obrazach, które przenikają skórę i zdają się zostawać w nas jak tatuaż. No i odkażać się czasem liryką bardziej bezpośrednią, od której można zarobić w zęby.
Poczytajcie sami. Czyż nie jest miło poczytać w piwnicy takie wiersze? Każdy będzie wracał do tej książki! I każdy sam musi sobie odpowiedzieć dlaczego.
GOŁĘBICE
ta głowa, zdjęta z końskiej szyi,
park, tam gdzie cztery kobiety w poświacie
piły borygo z rozerwanych chłodnic
i płyn do spryskiwaczy.
tam żeśmy się widzieli
i rozłączyli. Dla tej przysięgi ciemnej
na zimowym polu, rąk dźwigających
krwiobieg z rozgrzanego gazu –
była ta noc – i kurwy, moje
kurwy w miłości i w żartach
jak gołębice w śniegu nad klasztorem,
śpiewały gorzkie żale
środa, 23 lutego 2011
"Romeo i Julia" w PKPzin kiedyś tam
poniedziałek, 21 lutego 2011
Charles Bukowski, "Fragmenty winem poplamionego notatnika"

Kilka słów od Charlesa Bukowskiego z książki "Fragmenty winem poplamionego notatnika". Bukowskiego większość zna, co tu dużo gadać. Przepisywać fragmentów nie miałem ochoty, ale z nagraniem, przetworzeniem i umieszczeniem jest chyba więcej kłopotu.
Tymczasem posłuchajmy doniesień z piwnicy. Czytane w zmęczeniu.
Charles Bukowski, "Fragmenty winem poplamionego notatnika" Noir Sur Blanc 2010
niedziela, 20 lutego 2011
Donosy
Pod tym linkiem znajdziecie kilka moich "donosów".
http://www.pkpzin.pl/index.php?link=_material_view_user&id=2010&m=2&r=2011&kat=poezja
Poza tym byłem u teściowej na wsi, zjadłem kawałek kury, śmietana była bardzo tłusta.
Rada: Jedzcie tłusto! Przede wszystkim mięso i podroby - podroby są bardzo zdrowe. Nie bójcie się prawdziwej śmietany - jest tłusta, ale pachnie powietrzem, nie mleczarnią. To pozwoli wam zachować dystans wobec nowoczesnych nurtów wychowania
i muzyki
.
Zapomniałem co to jest Starogardzka, Niagara, Batory, Sobieski - to król? Na wszelki wypadek też polecam.
piątek, 18 lutego 2011
Nie osłabia, wzmacnia. Grzegorz Kwiatkowski, "Osłabić"

Tom „Osłabić” to książka, która rozlicza się z tym, co zwykliśmy nazywać instynktem macierzyńskim albo opiekuńczym. Rozgrzebuje w takich wierszach jak „Sprawcy” ustalony porządek, w którym rodzice są najważniejsi a ich intencje są zawsze wspaniałomyślne.
Nie da się, czytając te wiersze, nie pomyśleć, że człowiek od chwili narodzin jest sam. Nikt go nie prowadzi, niczego nie podpowiada, nie ułatwia. To, co zwykliśmy nazywać szczęściem jest zaledwie złudzeniem, które roimy sami przed sobą tylko dlatego, że trudno żyć patrząc prawdzie w oczy.
Jak w wierszu „Opuścił” człowiek próbuje żyć nawet ze świadomością, że Bóg odszedł od niego. Zaczepia się wtedy o byle głupstwo, ponieważ trudno jest żyć bez punktu odniesienia, bez punktu zaczepienia.
Książka mówi do mnie o ciągłym poczuciu straty. Adam Wiedemann w wywiadzie do pierwszego numeru NEUROKULTURY mówi: „Życie jest uwstecznianiem się, kostnieniem, wychodzi od nieograniczonych możliwości, a kończy się na zaspokajaniu podstawowych potrzeb”. I w wierszach Grzegorza Kwiatkowskiego człowiek ukazuje się jako ssak zredukowany do realizacji biologicznego aspektu życia, reszta to tylko wypadkowa jakiegoś przypadku, który możemy nazwać np. zbrodnią lub kradzieżą, bo jesteśmy ludźmi i potrafimy siebie ocenić przez pryzmat naszych marzeń o sobie samym, bo lubimy nazywać rzeczy i określać czyjeś postępowanie. Dlatego rodzice nazwani są „sprawcami pogrzebów i wojen” – jak pisze Kwiatkowski. Ich zrealizowana potrzeba przedłużenia gatunku, przekazania swoich genów sprowadza się do stworzenia kolejnych, być może, potworów. Żyjemy w świecie samozachwytu posuniętego do tego stopnia, że takie stwierdzenie wydaje się kontrowersyjne, nie licuje z katolickim rozumieniem narodzin i tak dalej. A chodzi o to, że poezja nie musi licować z niczym. Cieszę się, że mogę czytać wiersze, które pokazują inną stronę naszej codziennej walki o to, by się podobać sobie i innym. Wiersze napisane z taką rezerwą emocjonalną, że można odnieść wrażenie, że są skalpelem w rękach chirurga otwierającego bez narkozy żywe mięso naszych ambicyjek.
Autor w wierszu „W domu” zdaje się mówić, że dziecko powoli staje się jedynie kolejnym elementem obrzydliwego życia, to jakby zaledwie rekwizyt w domu pełnym napięć i wojen. Nie myślcie, że Kwiatkowski napisał zestaw wierszy dla pedagogów o społecznych problemach dzieci. Nie, to starannie wycyzelowana liryka, pozbawiona ozdobników, która brakiem jędrności języka pokazuje suchy i bezbarwny świat. W tym Kwiatkowski dochodzi do mistrzostwa.
Powalająca prostota tych wierszy nie brzmi jak wyznanie zagubionej zakonnicy. To głęboka liryka, która obnaża rzeczy oczywiste a chowane przez nas tak, byśmy nie musieli o nich myśleć, mówić. W ten sposób poezja ta staje się oczyszczeniem, bo wszystko to, co skrzętnie ukryliśmy, zakopaliśmy za domem tak głęboko, że nawet najbardziej wścibskie bachory się nie dokopią, Kwiatkowski podaje nam na tacy.
Celowo nie cytuję fragmentów wierszy, ponieważ ich forma jest tak zwarta i skończona, że właściwie dużym dla nich okaleczeniem byłoby cytowanie wyrwanych sercu wersów. A ślamazarne i nieudolne muszą się wydać każde , próby zreferowania tego o co w wierszu chodzi, jak się zaczyna itede. Nie możemy sobie pozwolić na najmniejsze kompromisy w przypadku wierszy Kwiatkowskiego. Nie wolno ich kroić, mylić chociażby zaledwie jednego słowa. Czyta się wiersze, w których słowa nie są tak ważne, można je zamienić synonimami. Mam wrażenie, że każda fraza Kwiatkowskiego jest jak idiom, nie można tu pozwolić na jakąkolwiek modyfikację w warstwie leksykalnej. Tak jak nie można zmienić niczego w śmierci, a ta pełza po każdej stronie tej książki i wcale nie wydaje się taka straszna w porównaniu z życiem.
Dlaczego kosztem wielu wyrzeczeń jeździcie plażować do ciepłych krajów, zwiedzacie jakieś stare mury, robicie sobie zdjęcia na tle nowoczesnych i brzydkich obiektów sakralnych albo użyteczności publicznej a nie kupujecie książek Grzegorza Kwiatkowskiego?
sprawcy
zabili im dziecko
ale mieli wciąż swoje ciała
zdjęli z siebie ubrania
i zaczęli się kochać
będą mieć nowe dziecko
mocno w to wierzą
ich ruchy są rytmiczne
są czystą energią
ich ruchy są rytmiczne
są czystym spalaniem
Alfa i Omega
Diter i Uve
sprawcy pogrzebów i wojen
autor II
kiedy żyłem w lesie malowałem lasy
kiedy żyłem nad brzegiem angielskich jezior
malowałem słońca chowające się
w jeziorach Little Tarn i Windermere
teraz żyję między wami
i jedyne co udaje mi się malować to śmierć
tak jest w istocie:
waszą istotą jest przede wszystkim umieranie
nieustające spalanie
nawet po rozpadzie ciała
bezlitosne
poniżające
tak jest w istocie:
waszą istotą jest przede wszystkim śmierć
osłabić
świeże bułki wkładaliśmy do zamrażarki
a potem do piekarnika
tak że znowu były świeże
tak bardzo chciałabym ci je mamusiu dać
ale mieszka w tobie rak
i to mogłoby go umocnić
i to mogłoby mnie osłabić
Grzegorz Kwiatkowski, "Osłabić", Mamiko 2010
niedziela, 13 lutego 2011
Facet z sześcioma wierszami. Wywiad z Piotrem Gajdą.
Piotra Gajda: No tak, aż do roku 2000 powtarzałem za moim ulubionym Wojaczkiem: „Ty mogłeś być poetą. Ale ciągle „nie”/ Uparcie powtarzając dziś nie wiesz, / kimś jest”. A przecież, jeszcze w drugiej połowie lat osiemdziesiątych Marek Garbala na warsztatach literackich we Wrocławiu, na które dojeżdżałem w czasie służby wojskowej z Poznania, po przeczytaniu jednego z moich tekstów publicznie rzekł: „I mamy tu wiersz”. Tym kategorycznym stwierdzeniem poniekąd „namaścił mnie” na poetę i w dodatku wystawił mi ustne, bo ustne, ale jednak świadectwo. Nie mogę w tym miejscu przecenić także roli mojego przyjaciela i poety Krzysztofa Kleszcza, który mnie, „dumnemu” laureatowi kilku lokalnych konkursów poetyckich otworzył oczy ( a było to w roku 2007) na poezję bardziej ambitną od tej, którą zachwycały się zasiadające w jury emerytowane polonistki przyznające mi w lokalnych konkursach pierwsze miejsca i stosowne puchary. Niedługo po tej drugiej dacie już razem wybraliśmy na spotkanie z ludźmi, którzy postanowili założyć Koło Młodych Pisarzy przy SPP w Łodzi. I tak w wieku czterdziestu jeden lat zostałem „młodym pisarzem”. Dlaczego tak późno? Pozwolisz, że odpowiem na to pytanie posługując się cytatem z Kierkegaarda: „Konieczność bycia kimś innym, niż się jest, stanowi dla człowieka źródło najgłębszej rozpaczy”. Przez tzw. „wyższe, życiowe konieczności” długo bywałem kimś innym, niż poetą. Za długo, bo przecież tak naprawdę jestem sobą dopiero wtedy. Życie i cała reszta to niejako przeszkoda, którą za każdym razem muszę od nowa pokonywać, żeby zachować w sobie tamtego chłopca, który przed laty po raz pierwszy „zachłysnął się” wierszem.
M.W.: Twoja poezja jest dowodem na to, że warto poczekać z debiutem. Co w Tobie kiełkowało - miłość do świata czy nienawiść?
P.G.: Nie wiem, czy aby na pewno jest to dowód, którego nie da się obalić. Nie jestem najlepszym obrońcą swoich wierszy – ich obiektywna wartość jest mi subiektywnie nieznana. Zauważyłem, że w drugiej części swojego pytania zawarłeś jedynie dwie możliwe odpowiedzi, dlatego muszę w tym miejscu powtórzyć za Cioranem: „Jeśli jestem coś wart, to tylko dzięki temu, co mnie oddziela od świata”. W tej chwili, kiedy myślę nad właściwą odpowiedzią jestem przekonany, że z jednej strony jestem optymistą zaciągającym długoterminowy kredyt w banku i posiadającym własne dzieci, z drugiej jednak strony dosyć często nie chce mi się pełnić wobec świata jakichkolwiek powinności.
M.W.: Ja odczytuję Twoją poezję jako swego rodzaju oskarżenie świata o jego brzydotę. Mylę się?
P.G.: Brzydota to jedna z cech nas samych. Stąd oskarżanie świata staje się oskarżeniem kierowanym przeciwko sobie. Ja nikogo i niczego nie oskarżam – w takim samym stopniu odpowiadam za wygląd świata jak i za mój pogląd na jego temat. Sam przecież „jestem światem”, sztuka w tym, żeby być nim dla kogoś jeszcze lub odnaleźć coś absolutnie istotnego w jego (swojej) brzydocie. Właściwie postawić pytanie: co chcę (co mogę) z niej wydobyć na światło dzienne – diamenty, ropę, a może torf, robaki, spróchniałe kości?
M.W.: Czy ludzie są bliżej niedoskonałości zwierząt, czy raczej niezaprzeczalnie jesteśmy istotami, które zostały wyposażone lepiej.
P.G.: Zarówno my jak i zwierzęta zostaliśmy wyposażeni w ból, strach, głód, radość i sen, ta sama czeka na nas śmierć. To, że akurat jesteśmy dominującym na Ziemi gatunkiem jest poniekąd naszym przekleństwem. Musimy coś jeść, chronić siebie i naszych bliskich przed chłodem, rozmnażać się. Dominując decydujemy o tym, który gatunek zwierząt będziemy hodowali i zabijali a któremu pozwolimy żyć na wolności. Mają świadomość tego, że to ludzie wymyślili i przeprowadzili holocaust „trudno jest być bogiem”. Pewnym pocieszeniem jest myśl, że i wobec nas Bóg bywa często okrutny w sposób zupełnie niezrozumiały. Niezrozumiały bywa jego plan…
M.W.: W Twoich wierszach człowiek otoczony jest destrukcyjnymi siłami przyrody i zwierzętami niosącymi znamiona rozkładu - tak to widzę. To tylko poetycka wizja? Może jest w tym ostrzeżenie?
P.G.: Poezja nie ma dziś takiej siły, żeby kogokolwiek przed czymkolwiek ostrzegać. Pod jej sztandarami maszerują nieliczni. Towarzyszący moim wierszom rozkład (ciała, pomieszczeń, jazdy) to tylko metafora, wydaje mi się ona być najbliższa tkwiącej we mnie prawdzie, która w takim samym stopniu jest kreacją co światem, jego odbicie znajduje się we mnie
a jednocześnie to także w miarę wierne odbicie mojego „ja” w konkretnej czasoprzestrzeni.
M.W.: Z Krzysztofem Kleszczem prowadzisz blog "Biała fabryka". Skąd pomysł, by zajmować się poezją. Masz na to czas?
P.G.: Prawda, że to niedorzeczne? Dwóch dorosłych mężczyzn zajmujących się poezją. Widzisz, cała przyjemność w tym, że robisz coś, co dla wielu żyjących obok ciebie ludzi nie przedstawia żadnej wartości. A więc robisz coś tylko dla siebie i w swoim egoizmie jesteś najprawdziwszy. Na to nie szkoda czasu. To naprawdę niezła motywacja.
M.W.: Na koniec. Piszesz dalej? Twoja poezja ewoluuje?
P.G.: Staram się pisać. Od czasu ukończenia drugiej książki w lipcu ubiegłego roku, napisałem sześć nowych wierszy. Kiedy napiszę następnych dwadzieścia pięć, poszukam wydawcy i opublikuję je razem z tymi sześcioma. Wtedy wyślę ci nową książkę, a ty mi to powiesz. Ode mnie nie oczekuj odpowiedzi, bo ja tego nie wiem.
M.W.: Dziękuję za rozmowę. Czekam na Twoją nową książę, oby ujrzała światło dzienne jak najszybciej. Trzymaj się.

