poniedziałek, 4 czerwca 2012

Krzysztof Tabaczka, "Słowa unoszą ciszę tęczą"

Jakiś czas temu pisałem o Działdowskim Almanachu Poetyckim, Dziś w ręku trzymam książkę jednego z poetów, który w owym almanachu wstąpili. To działdowianin, czyli że z Działdowa Krzysztof Tabaczka. Tom wierszy nosi tytuł „Słowa unoszą ciszę tęczą”. Coraz częściej szukam książek poetów lokalnych, piszących wyświechtanymi obrazami, w których do znudzenia pojawiają się te same rekwizyty. To jednak literatura małej ojczyzny, która może zrobić dużo dobrego.

Zmorą Internetu może być to, że lokalny poeta zostanie zdemaskowany przez jakiegoś dzika z piwnicy i ochrzczony złym poetą, mimo że publikował w – jak piszą z tyłu książki, czyjeś ręce napisały – „publikował w prasie centralnej oraz w miesięczniku Poezja.”

Dlaczego Tabaczka jest złym poetą? Albo inaczej, dlaczego jego wiersze do mnie nie docierają? Bo nudzi. Nudzi ogranymi motywami. Popatrzmy co tu mamy:
Są oczywiście „naręcza kwiatów”, widnokręgi, ciągle przewija się księżyc („wygasić księżyc natchnieniem), jest i gałązka oliwna („gałązka oliwna niemocy”),
Tak, tak pełno tu mgieł, jakbyśmy się przenieśli w czasie do Młodej Polski, i krople rosy też oddychają tu pełną piersią, i o bosych krokach po łące jest i przewija się ta jesień ciągle w poezji

nie będę też
chodził boso po łące
bo w sobie noszę
jesieni liście

musiała się pojawić dusza, pojawić się musiały szepty, anioły i epitety wykręcone z licealnych zeszytów („bukietem uczynków”) też przylazły. „Samotni wędrowcy”, którzy patrzą sobie w oczy też się osiedlili w książce i wieczory, i poranki, kwiaty z ogródka, serce, wiosna, lato, łzy, „gwiazdy tańczą muzyką”, wrzosy, krople deszczu i te bociany.

Dobrze, koniec na tym, bo już mnie mdli. Mdli, chociaż w książce Tabaczki widzę pewną wartość. Nie jest to może wartość literacka pierwszej jakości, ale zastanawiające jest to, że Starostwo Powiatowe w Działdowie oraz Burmistrz Działdowa angażują się w wydawanie poezji. I zapewne każdy zdaje sobie sprawę z tego, że Krzysztof Tabaczka nie goni za tematem nowym, nie szuka już w sobie formy dla tych wierszy, co mogłoby się objawić chociażby z warstwie semantycznej owych słów, co tak ciszę tęczą unoszą, ale jednak ta poezja jest. Ja jestem zepsuty do szpiku kości i świata poza pająkami w piwnicy nie widzę, dlatego nie znoszę takiej poezji jak wiersze Tabaczki. Mam do tego prawo. Poeta z Działdowa dzieli się po prostu swoimi wrażeniami i przemyśleniami. Brawo jednak dla wydawców i poety, że chcą, widzą w tym sens, bo on zapewne jest. W końcu może obok Tabaczki wzejdzie coś świeżego z młodego ziarna.
Warto wspomnieć, że w Działdowie działa Działdowska Kuźnia Słowa, która promuje młodych, przynajmniej tyle wiem z Internetu, a sam Krzysztof Tabaczka też aktywnie angażuje się w tej akcji.
Widać, że Tabaczka jest nie tylko dyrektorem Urzędu Pracy, ale może też jako poeta w Działdowie w jakiś sposób kreuje kulturę, poezję. Być może pomaga młodym poetom, którzy – to bardzo możliwe – kisną po garażach i piwnicach Działdowa. Poza tym sam fakt, że Krzysztof Tabaczka objawia się ludziom jako poeta już przybliża nam słowo, oswaja z istnieniem poezji albo chociażby przypomina. Dlatego przyklaskuję takim publikacjom. Dzięki nim powstaje nowa grupa czytelników, odbiorców kultury pisanej.

Dodam, że niedawno ukazał się trzynasty już tom wierszy Tabaczki, jak zwykle pod intrygującym tytułem ANIOŁOWIE CODZIENNOŚCI.

Inne to:
Na skraju ciszy (1993)

Krajobrazy (1994)
Kwiaty łąk naszych (1996)
Nad blaskiem świec (1997)
Pasjans (1998)
Siódme niebo (2000)
Drzwi (2001)
Słowa jesieni (2002)
Nasze westchnienia (2003)
Dzień i noc (2005)
W stronę gwiazd w stronę serca (2007)
Słowa unoszą ciszę tęczą (2009)


Wniosek
Warto zwrócić uwagę na lokalnych literatów. Na prowincji też rodzą się talenty. Jeśli władze miasta są czułe na słowo poetyckie należy to wykorzystać i wspierać twórców. I robić dobrą reklamę takim gospodarzom. Oby tylko nie było tak, że wydaje się entą książkę średniego poety, spychając w niebyt prawdziwe uderzenie.

Na marginesie:
Pan wybaczy panie Tabaczka, że tak po książce sobie pojechałem, ale mam inny gust. Co nie znaczy, że nie jestem ciekawy „Aniołów codzienności”.

niedziela, 3 czerwca 2012

Joanna Lech odnaleziona. „Nothing of This”

Znalazłem książkę Joanny Lech „Zapaść”. Trzy lata temu, kiedy Biblioteka Arterii opublikowała wiersze poetki znanej z Internetu, tomik okazał się często omawiana pozycją. Nigdy nie wspominałem o Joannie Lech na blogu, mimo że dobrze się czuję w świecie, jaki autorka kreuje w swoich książkach. Nawet jeśli nie do końca wierzę w istnienie tego świata w Joannie Lech, bo rzeczywiście nie zawsze wierzę, że autorka widzi umarłych, ich zimne dłonie, że ma te obrazy w sobie, kusi mnie, by wejść do książki. Zawsze traktowałem te wiersze jako wyroby warsztatowe, które jednak potrafią zabrać mi czas, wchłonąć w siebie.
Wychodzę ze świata Joanny Lech okradziony z autentyczności jednak, nie wiem czyja to wina. Za mało szorstkości w świecie tak poronionym, tak rozłożonym na łopatki.
Joanna Lech po prostu potrafi pisać. To dużo.
Warto wspomnieć, że londyńskie wydawnictwo Off Press opublikowało dwie książki poetki „Zapaść” i „Nawroty” w jednym, powiedzmy, booku w jęku polskim i angielskim. Wydawnictwo nosi tytuł „Nothing of This”.
Cena książki nie jest przyjazna, mimo wszystko podpowiadam, że kupić ją można tu: http://off-press.org/main/books/joanna-lech-nothing-of-this/
Zatem czeka nas powtórka z rozrywki, tym razem podwójna.
1. Uważajcie, nie zachłyśnijcie się światłem wydychanym przez poranione trupy.
2. Poczytajcie jak można pisać wiersze.

czwartek, 31 maja 2012

Zliki Pit nie może pisać część 4, czyli wieczór Damiana Kuśki.

Słońce paliło w łeb, jak podczas kolonii w Mielcu. To wspomnienie roku 1985 owiało Zlikiego lekkim wiatrem, chłodzącym niezbyt skutecznie. Szedł rozmazany po gwarnej ulicy miasta, przenikał przez ludzi, trąbiące na siebie auta. Potykał się czasem o wspomnienia rodzinnego miasta nad jeziorem, w którym w szczęściu i rodzinnej atmosferze kisło kilku jego dobrych kolegów. Chciał być teraz z nimi. Odwiedzić ich świeże ogródki, pogadać z nudnymi kiełbasami na grillu, popatrzeć na ich spracowane żony, które nabrały krowich oczu, mimo że jeszcze 15 lat temu rozumiały podczas matury różnicę między Kasprowiczem a Asnykiem, rozejrzeć się co to świat zrobił z nimi wszystkimi, dlaczego chowają się w esemesach i mejlach, boją się wyjść ze swoich garaży i piwnic.
Na osiedlu przy bloku nr 6, w którym mieszka dwóch skurwysynów, którzy złupili mu niedawno dwie dychy i dali kopa w dupę, zauważył taką oto sytuację: mały facecik, z aktówką w ręku, która przy jego wzroście sprawiała wrażenie taczki potknął się o równość w nierównym chodniku. Zauważył to pies, który rozochocony postanowił dodać coś od siebie i rzucił się facecikowi do nogi. Ugryzł go raz, drugi raz, trzeci raz, aż w końcu wyleciał ten gnój, który skroił Zilkiego z dwóch dych i zawołał psa: „Terminator do mnie”. Myśląc o tym, co się zdarzyło od razu upomniałem Zlikiego, żeby się nie wtrącał. Wiedziałem, że po głowie chodzi mu ten kop w dupę od tego właśnie chuja[1]. Tłumaczyłem mu, że będzie inna sposobność. Niestety imię Terminator jeszcze bardziej negatywnie nastawiło Zlikiego do bujanego mieszczanina. Pies pobiegł do gnojka i schował się do klatki. Gnojek zamknął drzwi, by nie było już kłopotu z terminatorem i podbiegł do wstającego facecika, po czym przybił gwóźdź przydzielając mu kopniaka, który posłał go ponownie na chodnik. Teraz Zliki Pit. Idzie do gościa jak po kilo cukru w 86. Krok pewny, oko tygrysa. Gnój cieszy się na konfrontacje i nawet udaje bruslego. Bruce Lee dławi się w tym momencie kaczką po kantońsku za jeny św. Piotra. Zaczyna ruszać ramionami, powoli wywijać rękoma, czy tam ręcami kurwa[2], Zliki wykonuje proste kopnięcie na brzuch, które przełamuje osiedlowca. Do tego prawy cep i jest kotlet. Wyprostowuje mu twarz i znów prawy, tym razem prosty, w nos dla sosu. Gnój zaczyna lewitować. Zlikiemu nie o to chodziło, chciał jeszcze potańczyć i zaprawić gościa na dłużej. Pcha go na ścianę bloku i lewy na żebro. Coś pękło. Coś w ogóle pękło, bo Zliki odstąpił nagle i zmartwił się. To przecież zwykła zemsta!
Facecik poniżony, nie patrzył nawet na kwiaty. Wiedział, że całe osiedle będzie pisać o tym pieśni. Zliki zapragnął być u siebie w miasteczku, znów przy lesie wpadać na pomysły wierszy albo opowiadań, których nikt nie czyta, ale jest ciepło i spokojnie. „Proszę pana, dziękuje panu, skamle i dziękuję facecik. Nie wiem jak panu dziękować, ale nie wiem też czy dobrze pan zrobił. Należy pan do odważnych.  Proszę” – tu wręczył Zlikiemu kartkę, kartonik, co to może być. Zliki czyta pod nosem, do siebie: Zaproszenie na wieczór autorski Damiana Kuśki. Damian Kuśka, ur. W 1978 roku, nauczyciel, poeta, instruktor tańca. Opublikował trzy tomiki poezji: „Wstańcie kwiaty”, „Chwile kamienie, chwile motyle”, „Nie po drodze mi z marzeniami”. Opisuje świat takim jakim go widzi. Spotkanie finansowane przez Urząd Miasta.
Zliki po pierwsze bardzo się wkurwił, bo wiadomo najczęściej już po tytule z czym ma się do czynienia. Potem Wku.. się jeszcze bardziej, bo wyszło na to, że fajansiarzowi pomógł. Na koniec wkur… się zupełnie, bo zauważył krew na swojej koszulce. Ludzie przechodzili, uśmiechali się, stanowili bardzo łagodne tło tych wydarzeń, aż z pewną przesadą można powiedzieć, że na coś się przydali.
Nawet ja się rozemocjonowałem do tego stopnia, że nie poskąpiłem brzydkich słów dla dodania autentyczności temu obrazkowi. Mówię wam, jak ja lubię sobie coś czasem napisać….!

Wieczór autorski chodził Zlikiemu po głowie całą noc. Niby spał, niby nawet chrapał, ale i tak nikt tego nie słyszał. Wydawało mu się nawet, że ma pomysł na wiersz, ale teraz, kiedy wstał opuchnięty już nic nie pamięta. Śmierdział papierosami i piwem, które zesrało mu się w żołądku. Na biurku zaproszenie na spotkanie autorskie z Damianem Kuśką. Zliki odpalił google. Jest i nasz poeta. Ma swoją stronę internetową, na której zamieścił niezliczoną ilość zdjęć z wieczorów autorskich z kilkoma znajomymi stanowiącymi całą widownię. Rzucały się w oczy półki z książkami za jego postacią, co podpowiada, że spotkania odbywały się w starannie zaaranżowanym wnętrzu lub w bibliotece. Czapki z głów panowie i panie. Kuśka w kaszkiecie, czasem z parasolem wyglądał dostojnie mimo swojej łysiny i świńskich oczu.
Widząc minę Zlikiego żałuję, że do tej pory nie dałem mu możliwości wystąpienia w takim spotkaniu. To jego marzenie, które powinno się spełnić, by mógł zasnąć snem sprawiedliwego. To konieczne, by nie pogrążył się w alkoholizmie ze wstydem skrywanym przed rodziną i znajomymi, by nie zaczął słuchać Radia Maryja i szukać winnych swojej nieudanej kariery literackiej. Nie jestem jednak pewien czy uniosę na swoich wątłych barkach takiego bohatera.
Spotkanie z Kuśką odbyło się w miejskiej bibliotece. Nic ciekawego. Można było kupić książkę poety, zadać mu pytanie, porozmawiać z nim. Żadnych emocji. Więcej działo się na samej widowni. Po ludziach, którzy ją stanowili, po ich gestach, czapkach, marynarkach, oprawkach okularów pozwalam Zlikiemu wyciągnąć wniosek, że to nie hołota. To bezpośrednio zainteresowani. I tak, starszy, z siwą brodą, często wystawiający czubek języka to dyrektor domu kultury. Chuda, wysuszona, zniszczona, siwa, krzycząca, zwracająca na siebie uwagę to radna należąca zapewne do komisji oświaty i kultury. Postawny, szeroko się śmiejący to wydawca, czyli ktoś ze stowarzyszenia pisarzy, czegoś takiego. Był dziennikarz z porannej gazety, jakiś młody dwudziestoletni w czerwonej bluzie i czarnych bojówkach prawie łysy, prawie, bo z tyłu wystawało mu kilka związanych gumką włosów, na boku zaś tlenione kłaki utkane w warkocz, ale tylko z jednej strony taki imbryk. To student kulturoznawstwa na tutejszym uniwersytecie i student zaoczny tutejsze prywatnej szkoły wyższej wydziału informatycznego. Prowadzi własny portal informacyjny o zacięciu kulturalnym i stąd jego obecność na wieczorze autorskim Damiana Kuśki.
Ludzie ci rozmawiali ze sobą jakby się znali, jakby byli rodziną. Przyszło ich tu około 12, ale gwar taki, jakby trzy grupy przedszkolaków zwaliły się nagle na poetyckim spotkaniu z poetą, którego jeszcze dupa boli po wczorajszym kopniaku. Promieniał ze szczęścia, przyjmując kwiaty od bibliotekarki i bardzo żałował, że dyrektorka biblioteki nagle znalazła się w szpitalu. Tak bardzo chciał jej podziękować publicznie. Reszta załatwiała swoje sprawy. Rozmawiali o dotacjach. I tak młody nauczyciel, który zapewne nie znał nawet nazwiska Kuśki rozmawiał z radną o projekcie, w którym ona sama może być uwzględniona, niech tylko pomoże, zrobimy coś dla dzieciaków, pojadą nad morze, ktoś z nimi zrobi zajęcia korekcyjne, my sami się przy tym najemy, pozwiedzamy i jeszcze podzielimy tym, co wezmę za koordynowanie tego jakże przemiłego i fachowego projektu, bez którego rozwój dzieci byłby niekompletny. Oczywiście młody w czerwonej bluzie nagłośni odpowiednio sprawę, opiszę ją z naciskiem na walory merytoryczne projektu.
W końcu Kuśka zauważył Zlikiego.
- Witam, witam serdecznie mojego wybawiciela. Dziś mój dzień, musimy się bliżej poznać.
Zlikiemu przyszło do głowy, że to może jakiś pedał. Postanowił jednak brnąć w tą paranoję, pogadać z tym Kuśką. Może czegoś się dowie, może znajdzie jakąś robotę, w końcu nikogo tu nie zna. Szkoda, że zawieranie znajomości rozpoczyna od Damiana Kuśki poety, który przed chwilą czytał o motylach, które swym lotem uwieczniają to, co właśnie Kuśka pomyślał stojąc na ganku swej miłości nie wiedząc, w którą stronę iść. Przydałoby się jednak poznać kogoś.
Wyszli na ulicę, od której bił gorąc. Nagrzała się biedaczka przez cały dzień. Doszła też do nich jakaś poetka, poetka plus nauczycielka. Potrząsała głową jak aktorka Krystyna Janda, tak ceniona swego czasu. Cóż teraz, myślał sobie Zliki, ceni ją tylko Wajda, Seweryn i ktoś jeszcze, ale młodzi już nawet nie kojarzą jej nazwiska. Poetka potrząsając głową zarzucała Kuśce wtórność. On zerkał na Zlikiego i mrugał porozumiewawczo okiem, że to niby wariatka.
Usiedli w ogródku piwnym. Zliki zgarbił się, bo miał tylko 10 złotych a to nie jest suma, którą lubią ogródki piwne. Tak się złożyło, że kolejkę wziął dla niego Kuśka. Zliki nie czuł się dobrze w starym mieście miasta. Widział, że nie pasuje tu ze swoimi spodniami wyciągniętymi z piwnicy, schudł, więc znów się mieści w sztruksy z 1998 roku. Odstawał na kilometr ze swoimi wierszami, które czasem bywają nawet rymowane. Z kolei te lepsze poruszają tematy, których nie potrafił „sprzedać”. Odstawał na kilometr z nieumiejętnością sprzedania się.
- Trudno dziś sprzedać cokolwiek – zagadnął Kuśka. – Mówię o tym, bo chyba jest pan zdziwiony tym, że tak niewielu ludzi było na spotkaniu. To norma.
- Moja ciotka uprawia ziemniaki. Też ma kłopoty – odpowiedział Zliki tak, by można było kontynuować temat również z innej strony.

Czy Zliki spotka jeszcze Kuśkę?
Czy Kuśka opublikuje kolejny tomik z wierszami?
Czy dyrektor domu kultury przyjdzie na spotkanie z Kuśką?
Czy dom kultury wytrzyma kolejnego dyrektora?
Czy Zliki napisze swój wiersz?
Czy kultura przetrzyma Polskę?
Czy Polska jeszcze jest?
Czy Zliki założy swój blog?

Wszystkiego dowiecie się w kolejnym odcinku.





[1] To słowo jest konieczne w tym miejscu. Przepraszam wszystkie jednostki oświatowe i kulturalne.
[2] Kolejne brutalne słowo, ale jakże konieczne.



To jest moje. Nie podpisywać się pod tym!

poniedziałek, 28 maja 2012

Niesłowność





     Moje półki uginają się od nie oddanych komuś książek. Szuflady zapełnione są ponagleniami i wszelkiej maści groźbami wysyłanymi przez bibliotekarzy. W każdym kącie sterta nie oddanych na czas płyt. Na szczęście są chociaż zadbane. Po nocach śnią mi się oszuści podatkowi, matrymonialni, karciani, wszelkich odcieni fałszerze, kpiarze, prześmiewcy ludzkiej ufności. A przecież w gruncie rzeczy jestem uczciwym człowiekiem, któremu ludzie chętnie ufają. No, pieniądze zawsze oddaję na czas. Jestem w stanie przeprosić bibliotekarzy w każdym znajomym mi mieście, ale co to da? Nawet jeśli przyjmą przeprosiny, to sytuacja i tak zacznie się powtarzać, taki tok myślenia nakazuje zdrowy rozsądek. Wówczas uczciwi i rozgarnięci obywatele naszego dziwnego kraju nie będą mogli skorzystać z lektur, które ja właśnie posiadam. Może dać mi po zębach? Wynająć wypasionego obiboka i kazać mu przeflancować mi facjatę. Och, nie bierzmy tej propozycji nazbyt serio.
     W przypadku, kiedy panie bibliotekarki nie wybaczą mi mojej opieszałości (bo tym tłumaczę swoje zaległości, nie złośliwością), to już nigdy nie wypożyczą mi książki. Na tym straci moja przyszła (jeśli będzie takowa) rodzina, bo wtedy książki będę musiał kupować sam, a to kosztuje! I tak: albo nasz dziwny kraj będzie miał nikomu niepotrzebnego, bo oczytanego świetlicowego, albo utuczonego i rozleniwionego syna nieoczytanego, zacofanego świetlicowego, który czyta jedynie ogłoszenia kupna i sprzedaży samochodu, którego i tak się nie dorobi. Sytuacja jest patowa. Pozwolić mi czytać czy nie?
     To jeszcze nic. Uważam, że doskonale dałbym sobie radę bez bibliotek i księgarń. No, z księgarni mógłbym jeszcze ostatecznie skorzystać, gdyby jeden z drugim oddał mi nie jedną soczystą sumkę, którą pożyczył ode mnie na poczet przyszłej wypłaty, przyjazdu wuja z Francji, otrzymanego spadku i innych przyjemnych wypadków losowych. Nie będę wymieniał nazwisk, tylko przypominam.
     NIE RÓB BLIŹNIEMU, CO TOBIE NIEMIŁE lub imperatyw kategoryczny I. Kanta można by teraz przytoczyć. Na swoją obronę, ale niestety przy tej okazji również na obronę moich dłużników, dojdę do modnego w epoce globalizacji wniosku, że w naturze nic nie ginie. Dlatego, drodzy bibliotekarze, pomyśleć wypada, że nic to wielkiego, że wy nie macie książki lub inny wasz czytelnik. Ja ją mam i na pewno na marnacje ona nie idzie. Przeciwnie, wyręczam was często z garba bibliotekarskiego i sam pożyczam ją wielu moim znajomym, którym nie obce są moje gusta czytelnicze. Indywidua, które winne są mi pieniądze być może w coś je zainwestowali, i jeśli nie ja, to może ktoś inny będzie miał z nich pożytek, choćby mój daleki kuzyn po kądzieli albo przyszły potencjalny potomek.
     Po tak wspaniałomyślnym stwierdzeniu, pełen uznania dla swej dobroci usiądę wygodnie w tę deszczową pogodę, której tak bardzo mi brakowało, odsunę na bok egzemplarz „Elementarza etycznego” Wojtyłły należącego do jednej z bibliotek powiatu Iławskiego i wezmę się za spokojne czytanie toruńskiego UNDRGRUNTU, które to pismo literackie pożyczyłem od Onichimowskiego bodaj w lutym, spokojnie, spokojnie – tego roku. Znużony młodą literaturą zasnę snem sprawiedliwych omotany deszczem, co o szyby dzwoni.

wrzesień 2003

Tomasz Białkowski DRZEWO MORWOWE

Tomasz Białkowski napisał nową książkę. Tym razem, jak zapowiada na swoim blogu, jest to kryminał, który należy do trylogii. Do tej pory znamy Białkowskiego jako autora powieści o ludziach, których dopadł jakiś koniec, jakaś rozpadlina. Smutek i samotność. Alienacja i poszukiwanie lub ratowanie tożsamości.
Czego Białkowski chce od kryminału? Co zauważył tym razem? Czy będzie to kryminał, który wytropi w nas nasze własne świństwa?

Już 12 czerwca można robić skoki na księgarnie.


















Plus info, że codziennie na kanale13th Street Universal odcinki serialu kryminalnego "Columbo".

sobota, 26 maja 2012

promocja

Ten post jest promocją niezdrowego trybu życia.
















Wykorzystajcie sobotę we właściwy sposób.
A pójdziecie do nieba.
Jeśli zaś będziecie udawać, że nie lubicie zabawy i alkoholu czeka was piekło.
Gadałem z Chinaskim.
Jest w niebie.
Ma wszystkiego pod dostatkiem.
Brak mu tylko czytelników, bo w niebie wszyscy są szczęśliwy i nikt nie czyta.
Ale jemu teraz chodzi tylko o pisanie.

poniedziałek, 21 maja 2012

Balla, ŚWIADEK

Nie miałem ochoty na czytanie powieści. Wzięło mnie na opowiadania, krótszą formę. Gdzie szukać jednak opowiadań? Wydawnictwa nastawione są na wydawanie cegieł, które ludzie kupią choćby dlatego, że ładnie wyglądają na półce.
Na podorędziu miąłem Sławomira Mrożka. Przypomniałem sobie kilka opowiadań. Chwyciłem też Lema. Te książki zazwyczaj gdzieś się plączą, zachodzą z mańki, wyglądają przez okno, czego nie robią te książki. Ale ciągle czułem niedosyt. Chciałem czegoś równie niezwykłego, ale nowego, wydanego dziś, teraz, o mnie, o sąsiadach, o piwnicy, o jeziorze, o fasoli po bretońsku, o lewakach po prawicy ojca, o katastrofach w najwyższym stopniu zmanipulowanych.
Balla. Vladimir Balla, który podpisuje się po prostu Balla. Jego zbiór opowiadań pt. „Świadek”. Pisarz rzeczywiście wywrotowy, chociaż nie angażuje się w wywiadach za bardzo, nie wymądrza się i nie składa deklaracji. Mówi się o nim, to znaczy wydawca, czyli Biuro Literackie z tyłu książki powiada, że to „najdziwniejszy” pisarz słowacki, mistrz czarnego humoru i egzystencjalnych rozważań. Zgadzam się, właściwie nie mam nic więcej do dodania. Obcowanie z opowiadaniami Balli nastraja mnie do wyjścia z piwnicy. Przede wszystkich podpowiada mi, że jestem ogórkiem uwolnionym ze słoika, podobnie jak jeden z bohaterów zorientował się, że jest robakiem. Nastraja mnie do wyjścia z piwnicy, ale i boję się, bo widzę przez małe okienko biegające po osiedlu ogórki. Kiszone chodzą spokojnie, podparte laską oceniają te, które mają siłę , by biegać i krzyczeć, czyli świeże gruntowe. Widzę jeszcze te długie, duże, chodzą z teczkami i coś podliczają, WYPOWIADAJĄ SIĘ. I korniszony też są, nikt nie chce z nimi gadać. Ja jestem chyba kiszony.
Balla jest przewrotny w pokazywaniu rzeczywistości, bo odrealnia ją, ale jednocześnie jest bardzo skrupulatny i drobiazgowy w opisie groteskowego świata, dotkliwy jest. I właśnie u Balli znalazłem to, czego szukałem. Literatury zamkniętej w małej formie sprytnego opowiadania, które wzorem prawdziwego spryciarza uwalnia się z książki i włazi mi pod koszulę, pod biurko, pod rozmowę z żoną, pod sprawdzane klasówki.



Balla, ŚWIADEK,  Biuro Literackie, Wrocław 2011, przełożył Jacek Bukowski.